Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

melodramat · 11 min czytania

"Mróweczka" i Rezurekcja

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Poprzednia zmiana trwała ponad dwanaście godzin. Ta dzisiejsza ciągnęła się już bodajże dziewiątą. Wczoraj, gdy ledwie zdążyłem przysnąć po całym dniu jazdy, obudziło mnie piknięcie smsa. Nie trudno było się domyśleć od kogo może być ta wiadomość. Krótka, chłodna informacja: „jutro zmiana na siódmą - jedziecie we dwóch”. No i pojechaliśmy we dwóch. Ja i mój nowy, przydzielony przez centralę, konwojent.

Przez cały dzień odezwaliśmy się do siebie może ze cztery razy. Przez pierwszą część zmiany prowadził on, potem się zmieniliśmy. Humor wreszcie trochę mi się poprawił - miał to być już ostatni kurs tego dnia. Dziś Wielka Sobota.

Gdy już, już prawie, dojeżdżaliśmy do „Mróweczki” na Służewcu, okazało się, że idealnie w poprzek ulicy dojazdowej stoi potężny wóz straży pożarnej. Wypadek. Na ulicy resztki rozbitego auta. Plastikowe fragmenty zderzaków, zdemolowane lusterko, mnóstwo drobnego szkła powgniatanego w asfalt. Konwojent, może jednak przedstawię tu jego imię - Piotrek - wcale się tym nie przejął. Ja natomiast bardzo. Towar w ciężarówce był zarejestrowany na mnie. Konwojent w ogóle nie powinien prowadzić z punktu widzenia przepisów. Ale wiadomo: przepisy przepisami, życie życiem.

Sytuacja wyglądała tak: jeśli nie rozładuję towaru na magazynie do godziny piętnastej, grozi mi wyjście z limitu godzin. Nie wiem jakie mogłyby być tego konsekwencje. Pracuję w tej firmie dopiero od dwóch dni. Wolałem nie ryzykować.

Zostało mi pół godziny.

Widząc, że konwojent nie zamierza w tej sprawie kiwnąć najmniejszym palcem, dość niechętnie wysiadłem z ciężarówki. Policjant sterczący z obojętną miną obok zaparkowanego na pasie zieleni brudnawego radiowozu był nadzwyczaj wylewny. Z krwawymi szczegółami streścił mi jak doszło do wypadku, ale ja tak naprawdę nic z tego nie zarejestrowałem. Chciałem tylko wiedzieć, kiedy da się wreszcie tędy przejechać. „Trochę se pan poczekasz” – skonkludował wreszcie. Zostało mi więc tylko jedno: złamać się tyłem do małej uliczki po lewej stronie, zawrócić, i próbować dostać się do "Mróweczki" od Wałczyńskiej.

Musiałem tylko jeszcze jakoś zmusić wyjątkowo w tamtej chwili ospałego konwojenta, by ruszył się i popilotował. Po moich dosyć cierpkich słowach wreszcie wylazł z kabiny.

Za chwilę pojawił się w bocznym lusterku. Ruszyłem. Machał tymi swoimi chudymi łapami bez ładu i składu, na jego twarzy wykwitła niespotykana u niego wcześniej zawziętość. Wczuł się. Ja i tak łamałem się bardziej na czuja niż dzięki tej jego paralitycznej gestykulacji. Powoli, powoli, ciężarówka wraz z naczepą wsunęła się w wąską uliczkę. Nie mogłem sobie darować i zatrąbiłem. Pomyślałem, że nie powinno mu zaszkodzić małe przypomnienie o tym kto tu rządzi. Wtedy już ostatecznie się rozluźniłem. W sumie dosyć sprawnie udało mi się ominąć ten pasztet.

„Mróweczka” do której w końcu udało nam się dotrzeć, jest jedną z najbardziej wyjątkowych w Warszawie i okolicy. Rozładowywałem towar w wielu z nich, każda to zupełnie inny świat, ale ta akurat przypomina Guantanamo. Kilka pierścieni kontroli towaru. Wysokie siatki, wszędzie pełno cieciów w za dużych mundurkach. Podobno jest tam sześćdziesiąt kamer. Kiedy w końcu uznano, że jesteśmy "w porządku", ruszyliśmy pod rampę na rozładunek. Cała ciężarówka wypełniona była różnego sortu „spożywką”. Dżemy, mleko, przyprawy, trochę wódy i wina.

Gdy już zaparkowałem pod rampą, po raz nie wiadomo który tego dnia powróciła do mnie bolesna myśl, że wolne tylko dziś po południu i jutro, a od rana, w świąteczny przecież poniedziałek, znowu zmiana. Spojrzałem na pomagiera. Rozwalony na fotelu wydawał się mieć wszystko gdzieś.

– Rozładowywałeś już tutaj towar? – zapytałem absolutnie spokojnie. Musiałby być naprawdę niezłym asem, żeby wyczuć w tym pytaniu jakieś złe intencje. Spojrzał na mnie tym swoim wzroczkiem rozpieszczonego dzieciaka. Nim otworzył jadaczkę i tak już wiedziałem co z niej wyleci.

– Pewnie.

Na mojej twarzy narodziło się coś w rodzaju przyjaznego uśmiechu. Nawet mnie to wiele nie kosztowało. Od dobrych kilku minut złość była już tylko wspomnieniem, akurat zalewała mnie fala obojętności. Wobec „Mróweczki”, wobec naszej ciężarówki, pomagiera i w ogóle wobec wszystkiego na tym świecie. Poczułem lekki głód – na śniadanie zjadłem papierosa i wypiłem szybką kawę, potem już nie pomyślałem o jedzeniu nawet przez sekundę. Żołądek od rana skręcony z nerwów. Sama ta robota może człowiekowi dać w kość, jeszcze ta sprawa z tym wypadkiem. Uznałem, że to w zasadzie nieważne. Miałem już plan: niech ten gamoń rozładowuje towar, a ja się urywam.

– Chcesz coś do żarcia? Będziesz rozładowywał, to ja szybko skoczę na sklep i coś sobie kupię. – grzeczność zobowiązuje, nawet wobec takiego leszcza jak on.

Jak to tego typu francuskie pieski mają w zwyczaju zaczął się zastanawiać. „Co ja bym zjadł, niech pomyślę” – wymamrotał coś w ten deseń z miną, jakby mamusia go obudziła i zapytała co woli: kaszkę mannę czy naleśniki. W końcu się zdecydował.

– Weź mi cztery kajzerki i paczkę śledzi w occie.

Nic nie odpowiedziawszy wylazłem z budy i ruszyłem na sklep. Jak mi było przez chwilę dobrze, tak uwolnionemu od tej naszej ciężarówki, towaru i tego osła. Mogłem spokojnie dać się ponieść ludzkim falom przelewającym się między wielkimi półkami. Mogłem nawet przez chwilę sobie wyobrazić, że jestem na zwykłych świątecznych zakupach. Co to za zakupy... Wziąłem sobie pięć kajzerek i trzy serdelki. Znalazły się i śledzie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%