Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 36 min czytania

Mudiust surbadu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jestem bardzo plastyczny; moje emocje ugniatają się z tylu barw w jeden szary zlepek do niczego nie podobny, a wpływ na to mam tak niezadowalający, że lepi mnie wszystko niemal, a niemal wcale ja. I tak piosenka jedna albo kilka liści, jedno proste obliczenie, artykuł jeden, zdanie, bo czasem nawet nie książka, znicz. Tak jak wczoraj. Tak jak wczoraj. Wsiadłem z nią do tramwaju. Był wieczór, był pierwszy listopada, zimno było. Patrzyłem na nią tak nieudolnie chowając co mi się właśnie w głowie lepi. A ona to tak pięknie ignorowała, żeby nie wprawiać mnie w zakłopotanie. A może nie zauważyła, bo może ja wcale nic, bo może ja nic, może ja wcale nie ja. Plac Bohaterów Getta mijamy w hałasie siedząc. Patrzymy na krzesła. Te puste krzesła, co znaczą więcej i boleśniej niż „nie ma cię”. Bo one są puste i proste i nie siedzi na nich nikt, a jeśli już to tylko ci nieżywi. Tam mój brat może siedzieć, mój kilkumiesięczny brat, mój martwy brat, nieznany mi w ogóle. I on tam pewnie siedzi, a ja nawet go nie widzę, bo tramwaj jedzie szybko i ja pewnie w złą strone patrzę i mijam go, tu, w obcym mieście i w tym roku mu nawet świeczki nie zapalę, nie powiem nic, choć mu to nigdy różnicy nie robi i mnie też nie powinno, bo ja nie wierzę, w nic nie wierzę, ale potrzebuję z nim kilka słów zamienić, wyobrazić go sobie, jak przede mną studia kończy, jak żeni się, jak czyni mnie wujkiem pewnych wakacji na Mazurach... Patrzę na nią, a oczy szczypać zaczyna ten pierwszy listopada i znicze rozdzierają mnie na Cmentarzu Rakowickim. Wysiadamy. Chodzimy alejkami. Robi zdjęcia, ja szukam brata, nie na tym cmentarzu, ale to nie ma znaczenia. Więc mówię mu z kim idę, po co te zdjęcia, po co dłonie nam się splatają i rozplatają, by spleść się znowu. Czemu mówimy tak mało i dlaczego mnie to cieszy, dlaczego nie boję się o mój spokój tak bardzo. Pocałunek mu opowiadam i ciepło jej ud, jej brzucha, jak na mnie stanęła, jak uderzyłem ją w głowę niechcący, wszystko mu mówię, co dla mnie ważne teraz, a on nie słucha wcale, ale lubię myśleć, że słucha, bo mnie nikt nie słucha tak naprawdę, więc mój martwy brat musi, bo w końcu ktoś musi. I pewien jestem, że zgnił i że go już nigdzie nie ma na dobrą sprawę, a tam gdzie coś z niego zostało jeszcze, tam ja teraz być nie mogę, ale mówię i mówię. Patrzę na worki na śmieci białe takie i wygniecione i opowiadam mu, że to suknie ślubne tutaj na cmentarzu ot tak rzucone, żeby straszyć, żeby kobiety bały się umierać nie smakując życia, że czekanie to strach, a śmierć to strach największy, więc nie czekać na nic, zaskakiwać się życiem i nie odmawiać, chyba że głupstwom, ale nigdy życiu. A umierać to tylko z zaskoczeniem na twarzy, takim „o, to już? w życiu bym nie pomyślał” i z niczym już więcej nie umierać. I kiedy patrzyłem w jej oczy chciałem powiedzieć bratu o wszystkim, co go minęło, o tych uniesieniach, których nie przeżył, tych piersi, których nie dotknął, tych sromów, których nie smakował, tych ust, które nie poiły go nektarem. I ja kochałem się dla niego i żyłem dla niego, a nawet za niego i czułem to, czego on nie poczuł, bo to było warte błędów, bo on był wart niedokończonych doświadczeń. Bo sześćdziesiąt lat to tylko dwadzieścia jeden tysięcy dziewięćset dni, to tylko tyle i nawet nie wiem czy tyle mnie czeka, czy mniej, czy więcej, a nawet jak więcej to pewnie niewiele, a kolejny mija mi tu, na tym cmentarzu, a ile zmarnowalem leżąc, myśląc, jedząc tylko i sikając i one nie wrócą, te dni zmarnowane, bo kiedy trzeba było to nie myślałem w biegu albo nie nie myślałem w ogóle, tylko głębiej drążyłem granit niepewności, myśli mdłych niekonkludowalnych wnioskiem jakimkolwiek, tak że nic więcej powiedzieć nie mogę niż to, że ona tu stoi i czasem mnie dotknie, a czasem nie i nie zawsze chce się przytulić, a ja nie wiem dlaczego i drążę jeszcze raz i potem i tak się przytulam i patrzę na nią i wącham jej włosy, a kiedyś i tak wąchać jej mógł nie będę, a może i chciał nie będę, ale co się nazastanawiam nad tym, to już opłakuję ten zmarnowany czas. A on go nie miał wcale. Powinien mnie zabić za to marnotrawstwo, na tej pępowinie powiesić, co jego udusiła. I jeszcze piosenka ta, której słucham teraz nawet, a przecież nic tu nie gra i słuchawek żadnych nie ma i odtwarzaczy, bo teraz ja tylko słyszę i nikt inny nie słyszy tak naprawdę, bo słyszeć prawdziwie to w ciszy słyszeć, więc 'nigdy nie będzie takiego lata...' I znowu drążę, a on nie żyje, a ja żyję chyba, choć tętna swego nie sprawdzałem już dawno, ale serce mi biło jeszcze chwilę temu, w kuchni, na pewno to było moje, mimo że drugie było tuż obok, ale ja słyszałem oba i moje takie zmęczone papierosami i jej świeże takie i czerwieńsze pewnie i żwawsze kolibrze, nie moje końskie, co się słania po dniu całym ciągania wozu z węglem, nie mojego brata drobne i uderzające, dawno przebrzmiałe. I uśmiecham się tak smutno, że nikt by już tego uśmiechem nie nazwał, oczy by mi się już dawno zmgliły, gdyby nie ziąb, który wszystko wyostrza, twarze zwłaszcza, ale rozmywa jej zdjęcia dygotaniem zziębnietych dłoni. Widzę jak pięknie się denerwuje, tak jakby się jednak wcale nie złościła, tak samo jak ja się uśmiecham, nie uśmiechając się wcale. Ręce splatają się znowu, grzeję je, bo cudem mam ciepłe i myślę, że to przeznaczenie, że to jak klucz do zamka, moje w tej chwili rąk ciepło i jej rąk zziębnięcie, że to otworzy drzwi, a za nimi przestwór uczuć tych samych, co wszyscy czują, ale innych, bo naszych i chociaż ona to czuła do kogoś i ja do kogoś czułem i rozumiemy co to jest i co to było kiedyś, to to jednak jest nowe, niezbadane jeszcze, więc można się czegoś nowego spodziewać, choć to wciąż będzie to samo. Bo to się nigdy niczym nie różni, to zawsze jest trzepotanie, rozbieg myśli, który pociąga ciało za sobą, zrywa je i rzuca gdzieś daleko, tam, gdzie wszyscy są punktami odległymi i tylko ten jeden człowiek jest wszędzie, gdziekolwiek się odwrócisz, aż w końcu i on maleje i rozmawiasz z nim, ale już nie wiesz o czym, bo mówisz o rzeczach prostych i codziennych, drobnostkach, że szef cię wkurzył, że wykładowca powiedział coś śmiesznego, że kończy się papier toaletowy, że masz ochotę na sok porzeczkowy i człowieka to nie obchodzi i ty też masz gdzies to, co ci się chce i co ci się przydarzyło, ale liczysz, że temu kolejnemu dniu ten człowiek nada sens, że zapyta, że skomentuje, że się uśmiechniesz, ale on jest tak samo zmęczony i w końcu już nie umiecie mówić, unosicie glos tylko do krzyku, każdy wasz śmiech jest śmiechem diabelskim i jest tylko wtedy, gdy to drugie się potknie, więc chodzicie po tłuczonym szkle rozmawiając na kanapie, niby jeszcze w objęciach, ale to już tylko to ciało rzucone myślami w przód leci wciąż tą siłą bezwładności i to juz nie jest to. A szkło pod stopami zamienia się w Tatry, Alpy, Himalaje i nadchodzi czas, by się pożegnać, pozabierać swoje rzeczy, szczoteczki do zębów, koszulki, płyty CD, filmy i żegnacie się jak najbardziej nieładnie i bezwładność każe wam jeszcze się zbliżyć kilka razy, bo to kiedyś był twój komfort w nim i jego komfort w tobie, ale to nigdy nie wraca, więc płaczecie w swoich kątach, gdy nikt was nie widzi, a piosenki Cohena mają nagle więcej sensu, palisz więcej, częściej pijesz i nagle znów ktoś otacza cię wizerunkiem jak ze świętego obrazu i zaczynasz podróż od nowa, dokładnie taką samą, ale tym razem wierzysz, że już się tak ona nie skończy, ale tak się musi skończyć, bo innego końca nie ma, więc modlisz się, by autobus zmiótł cię na pasach, zanim ona w tobie zdąży zmaleć i droga zaszkli się potłuczonymi butelkami. Powoli zbieramy sie do wyjścia. Po drodze kupuję krowki, trochę sezamowych, trochę orzechowych i kilka z wiórkami kokosowymi. I jak to bardzo przyjemne w jakiś taki sposób obrazoburczy, że ktoś sprzedaje krówki i kiełbaski i prażone orzechy po śmiesznie dużych cenach, teraz o dwudziestej z minutami na cmentarzu. Uśmiech robi się szczerszy, szybki spacer na przystanek napawa jakimś spokojem, bo przecież codziennie się spieszę i dzisiaj też, czyli to jenak normalny dzień, tylko ktoś kiedyś powiedział, że akurat teraz jest święto ludzi nieżyjących i z jakiegoś tam powodu cześć im się należy i czuję, że dzisiaj to ja się tym przejąłem bardziej niż niejeden dobry chrześcijanin. A mój dobry kolega zrobił zmarłym dowcip, bo właśnie dziś się urodził. Gdyby na porodówce byli księża, pewnie kazaliby dotrzymać w łonie do dnia następnego albo otworzyć brzuch jego matki dzień wcześniej. Wracamy tramwajem i jestem trochę pusty, nigdy nie widziałem tak wielu starych ludzi w tramwaju jak dziś i też czuję się stary i pewnie właśnie przez to wszystko we mnie działa mniej. Potem myślę sobie, że nawet nie zwróciłem uwagi na Plac Bohaterów Getta.

*

I teraz, gdy już wróciliśmy wciąż czuję palenie, może trochę mnie swędzą ramiona, ale tak do lekkiego bólu, bo chcą się opleść wokół ciała, które by pachniało roztopionym masłem, tak głęboko, bo z wierzchu to kosmetyki i ta cała damska toaleta, ale w głębi to jest masło, a swędzenie jest coraz dokuczliwsze; myślę o drapaniu, wiem jednak, że to nie pomaga, wręcz przeciwnie. Zatem próbuję, moje motywy nie mogą być oczywistsze, w każdym geście i słowie, spojrzeniu zdradzam się jej z planów i miłości i tych potrzeb, które ciężko nazwać głośno, bo pewne rzeczy brzmią tylko w głowie dobrze albo na papierze i tutaj właśnie nic wzrasta do rangi najwyższej i prawdziwe tragedie mu salutują, tylko tu nic coś znaczy, błahostki zabijają wolę i dobre samopoczucie topią w dymie dwudziestu fajek na godzinę, bo przez jedno nie, jeden ruch ręką odpędzjący i światy przestają istnieć, raki trzustki żarty, brak nóg, rąk, wzroku nic, bo brak jej przerasta wszystek ból znany i nieznany, a ona przecież nie jest żadną częścią mnie, jej tu nawet kilka dni temu w ogóle nie było, więc co to tak boli, gdy gest, gdy nie? Pustka starcza tramwajowa zniknęła, myślałem, że ciepło mieszkania będzie to spowolnienie utrzymywało, że się rozleniwię w gorącym, a tu nie, a tu pęd znowu i znowu zastanawiam się nad papierem, który warto by zapisać, bo jestem typem schizoidalnym, jak usłyszałem na wykładzie z psychiatrii i muszę sublimować, żeby nie oszaleć, ale jakoś teraz nie potrafię, więc nie spisuję nigdzie ani cmentarza, ani tego teraz, po prostu patrzę na nią, jak wstawia wodę na herbatę, a ja wyciągam krówki i planuję kolejny styk dłoni, wymyślam pretekst i udaje mi się i ta sztuczność pretekstu jest jakoś dziwnie naturalna, jakby naturalnym było, że każdy taki zakochany jest jak cholera sztuczny i zawsze przełamuje granicę dotyku łaskotkami, tak zawsze po raz pierwszy dotykamy kobiet, my bardziej nieśmiali, zawsze próbujemy łaskotać, tak jakoś szczeniacko, chociaż już stare z nas byki, bo mamy dowody osobiste, ale to właśnie jest prawdziwe, takie łaskotanie nie na miejscu. Fajans w palce parzy, herbata mi naciągnęła zbyt mocno i nie jestem w stanie jej pić, bo rzygać się chce, ogólnie nic nie wychodzi, krówki pozamarzały, wyciumkam je jutro, Jem bułkę z serem, jem trochę za głośno, ciamię, żeby spojrzała z politowaniem i żebym mógł się wtedy do niej uśmiechnąć, a ona odśmiechnęłaby się do mnie i to mi się udaje, co mnie cieszy, bo w koncu coś, choć nie mogę być pewny, że to na pewno dobrze, bo może tylko głupca z siebie robię i to, z czego dumny jestem, mój tak pielęgnowany dowcip to w jej oczach tylko głupkowatość, ale wolę myśleć, że to jednak nabiera w niej wartości niemal małżeńskich, że to facet, który nie da się jej nudzić po ślubie, który nawet za trzydzieści lat sprawi, że się zadławi drożdżówką ze śmiechu. Bo to chyba najważniejsze, to chyba sprawia, że dzieci się rodzą - śmiech, bo co jeszcze? Pieniądze, powaga, auto, stabilizacja, bezpieczeństwo, uroda, co? Śmiech tylko, tylko śmiech. Z głupstwa takiego, takiego nic, z ziarna piasku rośnie perła, więc się śmieję i rozśmieszam, żeby się nie kłaść samemu do łóżka, żeby dać wyobraźni, dłoniom odpocząć, żeby być komuś użytecznym i komfortowym, być takim ulubionym fotelem, miejscem wygodnym, bo potrzebuję, by ktoś mnie potrzebował, żeby mnie kochał, choć mówiłby tylko: „szkoda, że go tu nie ma, tak mnie zawsze rozbawiał", bo to takie ładne wyznanie, niby nieznaczące, ale to nieprawda. Bo może jej się pomyli, bo im się często myli, dowcip z inteligencją (jak brytyjscy naukowcy wybadali) i wtedy może przez moment będę trochę lepszy, a potem to już będzie za późno dla niej, by widzieć dokładnie i dokładnie słyszeć, a kiedy odzyska zmysły, to może ja już rzeczywiście będę inteligentny i wszystko będzie dobrze i gdzieś głęboko trochę mi wstyd, że kłamię tak jakoś głęboko wewnątrz, gdzie o tym kłamstwie sam do końca nic nie wiem, bo mało wiem w ogóle o sobie i na dobrą sprawę nie wiem kto i jak ja jestem, a przecież ciężko jest kłamać, gdy się nie zna prawdy. Tylko czy ja na pewno kłamię? Może ja jestem bohater Sartre'a i łżę, choć mówię prawdę, może ja jestem jednooki wśród ślepców, ale nie widzę nic wyjątkowego? Więc chyba jestem ślepy, albo wszyscy są przeciętni i gdyby jednak było na co patrzeć, to ja bym to dostrzegł? A może ja jestem wariat, co czyni mnie również geniuszem? Tylko ja nie zmieniam nic jak properny szaleniec, ja tylko wszystkim rzygam, mam dość, chyba tylko oprócz niej, ale co to zmienia, skoro wiem, że ona będzie świętą tylko pod warunkiem, że wpadnę pod autobus w samą porę? A czy ta wiedza o niej i przyszłości nieziszczonej, to nie jest epistema cyklopa wśród studni oczodołów pustych? Czy ja się aby nie pętlę? I czemu wciąż do niej się sprowadza wszystko, co pomyślę? Mania to? Czy miłość? A może miłość też mania? Na pewno. A może ja jestem wariat i to, co nazywam wygodą ducha to w sumie jest moją chorobą, bo co ja mogę zrobić lub powiedzieć szczerze wesoło, bez tych kalkulacji maritalnych? Noszę dziwne czapki, uśmiecham się zbyt często, lubię dotykać jej ucha, pępka i stóp, mówię rzeczy, które mało kto rozumie, ale czasem ktoś rozumie, od razu lub po eksplanacji, ale zdarza się, więc może ja nie świr, ja tylko lingwistyczny zapultacz, może za głupi dla mnie jest język polski albo ja za głupi dla języka? A przecież czytam cztery książki na miesiąc i przeglądam bieżącą prasę - czy to nie czyni mnie poinformowanym? Czym mnie to czyni? Może to nic nie zmienia? Więc za co te pocałunki, gesty sympatii, jej piersi, jak dorodny owoc dają mi satysfakcję z samego ich muśniącia językiem. (Czy ja się w moich predyspozycjach intelektualnych dopatruję przyczyn wieczoru z moją ręką w jej staniku?) A jeżeli to zmienia cokolwiek? To dlaczego najbliższy przyjaciel mówi mi, że jestem debil i nie chce mnie widzieć? Nie wiem.

*

Tyle razy nocą dopada mnie strach, że wszystko mi się śniło do tej pory, że nic z życia nie jest prawdą, że najbliżsi mówią mi kłamstwa, bo w końcu poznali prawdę. A czasem myślę, że krzywdzę tak wielu ludzi, zakochuję się bez pamięci, by odkochać się po chwili, a braciom w niedoli mówię słowa, które są tak bolesne, że powinni mi zadać poważny ból lub nawet ból ostateczny (który tak naprawdę nie boli, to tylko chwila przed nim boli naprawdę, bo to jest świadomość, że teraz już koniec). I dochodzę do wniosku, że właśnie to jest prawda, te bóle osób najbliższych, które zadaję z gracją piruetu, tnąc przez rozpalone policzki, piekące uszy do serca, to „spieprzaj”, które mówi ona, gdy tylko próbuję podejść, to „spierdalaj”, które mówi on, gdy komentuję kolejną głupotę, jaką czyni samemu sobie, szarpię go słowami ze smoły i szkła i nawet cieszy mnie to – humor czarny, gorzki, słony nawet i kwaśny to inteligencja w oczach naiwnych (w tym moich – chwała kulawemu lekarzowi z serialu) – jak brytyjscy naukowcy wybadali. To właśnie jest prawdą, a ja sam sobie kłamię i za to, że kłamię się karzą mnie oni, bliscy mi, których skrzywdzić nie chcę, ale krzywdzę, albo mówiąc, gdy mówić nie trzeba, albo prosząc o bliskość, którą kiedyś mi darowali, a teraz sie jej wstydzą. Ale czasem ja jestem źródłem światła najbielszego, a oni goryczą i wtedy z każdym ich słowem i gestem niezasłużenie karcącym ja rosnę, a wraz ze mną kwiaty tam, gdzie mnie zaboli i konwaliowo pachną moje pólkule i płaty i jestem wówczas krynicą i dobrem wcielonym. Ale i to mi mija. I już nawet nie jestem pewien o czym to ja miałem, coś ważnego umknęło mi gdzieś i błąka się na granicy tego, co już na pewno przypomnieć się nie da (chyba że za jakiś czas i przypadkiem) i tego, co nadludzkim wysiłkiem przypomnieć sobie jeszcze można, ale już tak ten wysiłek wykańcza, że pomyśleć coś więcej nad to ważne się nie da. Więc zamykam uszy, niepatrzę oczami, przynajmniej na nic widzialnego, jej ruchy przestają być dostrzegalne, dzieją się niezauważalnie, a ja szukam i szukam, mózg mi się poci i nagle wiem - to było to, że ona chyba nie jest pewna, znaczy waha się i może stąd to całe zamieszanie, te wszystkie informacje sprzeczne i sygnały zagłuszane niezdecydowaniem. Bo ja wiem, czego chcę, po co ręce wędrują wzdłuż w rejony wzrokiem na co dzień niedostępne, dlaczego wyszukuję jej ust pomiędzy włosami potarganymi ze mną szarpaniną i po co chciałem zbliżyć się biodrem do jej pleców i teraz czuję, że wiem też dlaczego te jej włosy się potargały w tej szarpaninie - bo ona nie wie i to jest najważniejszy wniosek na dziś, który nic mi nie daje, bo jak postąpić nie mam pojęcia. Nadal mogę tylko kłamać dowcipem i liczyć, ze zmieni się coś, staram się pokazać, że mi nie zależy, bo tak robią zawodowcy - tak kiedyś czytałem - wszystkie kobiety wokół traktują jak bóstwa, a tą wybraną ze stada ignorują, aż sama zawalczy o to, by zainteresować mężczyznę, ale jaj mi brak i w dodatku tak trudno mi nie być przy niej, nie pokazywać jej tego, co mi się lepi, bo ja po prostu muszę mieć pewność, że ona wie, co ulepiła we mnie, jak wielkie to jest, jak bardzo mi to ciąży, ściągając…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%