Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 22 min czytania

Mundial

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W biurowcu spółdzielni usługowej w centrum New Warsaw City panował mrok. Wszystkie biura były już opuszczone, wszystkie, za wyjątkiem jednego. Na trzynastym piętrze jeszcze paliło się światło. Był to ewenement w skali krajowej, gdyż ludzkość, pomimo niesamowitego rozwoju cywilizacyjnego stała się dosłownie z dnia na dzień potwornie przesądna. W wielu biurowcach, megafamilokach, hotelach i innych budynkach nie można było zetknąć się nawet z pojęciem „trzynaste piętro” lub „pokój numer trzynaście”, w innych były to zazwyczaj pustostany, w których nie chcieli się nawet za dopłatą rozgościć ani bezdomni, ani ktokolwiek inny... Wyjątek stanowiło trzech mistrzów magii, którzy pewnego pięknego dnia zjawili się - i to dosłownie - w wieżowcu należącym do Spółdzielni Usługowej i z marszu objęli całe trzynaste piętro (ale wystarczyły im dwa pokoje) przez zasiedzenie. A wystarczyło, że siedzieli tam minutę... Po prawie roku działalności czarownicy zajmowali już cztery pokoje, a to ze względu na fakt, że niespodziewanie powiększył się (cytuję wg umowy) „personel pomocniczy” spółki. Co dziwniejsze, interes się rozwijał, kwitł i przynosił zyski. W pewnym momencie zyski były tak wymierne, że komórka spółdzielni czarowniczej przekształciła się w Spółkę z Wielce Ograniczoną Odpowiedzialnością, a już po roku działalności akcjonariusze spółki, czyli cały personel, mogli sobie pozwolić na luksus posiadania własnych gruntów. Wybór padł na Seszele. Te Seszele. Nie jakieś tam Seszele Sandomierskie. W związku z nagłym przypływem dóbr materialnych czarownicy nie musieli już ciężko pracować na swój chleb powszedni, dlatego też powierzyli firmę Pierwiosnkowi, bratankowi jednego z czarowników. Pierwiosnek miał mnóstwo zalet: był młody, przystojny, inteligentny... i miał tylko jedną wadę – niesamowity talent do pakowania się w kłopoty, co zaowocowało stałym nadzorem policyjnym pod postacią upierdliwego starszego detektywa Eskulapa Wontorka.

* * *

Eskulap od kilku dni chodził absolutnie przybity. Nie robiło na nim wrażenia dosłownie nic; ani wizja dżdżownicy w kanapce, pływające oko w kawie, trójwymiarowe projekcje w wazonach na kwiaty, gadający śledź z puszki... Z początku Pierwiosnek przypisał ten stan nagłemu uodpornieniu się śledczego na jego złośliwe kawały, lecz po kilku dniach nabrał przekonania, że Eskulapa dobija coś z zewnątrz. Cała sprawa wyjaśniła się w dniu Saturna, kiedy to do firmy wkroczył bardzo dobrze rozpasiony olbrzym w granatowej marynarce z kilkukolorową wstążką nad klapą. - Witam szanownego gościa w moich skromnych progach...- zaczął mag, ale nie dane było mu dokończyć. - Cześć. – wypalił olbrzym. – czy mistrz Pierwiosnek może mnie przyjąć? Sprawę mam. – ruchem głowy wskazał na Wontorka skulonego w apatycznym transie przed holowizorem. - Wszyscy Święci! – zaklął ordynarnie policjant na widok niecodziennego gościa. - Wypraszam sobie! – żachnął się zaskoczony przybysz. – A cóż pana szanownego w mojej obecności tak bulwersuje? - Wstążka z kolorami klubowymi! – jęknął detektyw i powrócił do tępej kontemplacji programu holowizyjnego. - Coś Mistrz dziś nie w sosie, widzę. – rzekł grubas. – Przyjmie mnie pan? - Właśnie mistrz pana przyjął. – odparła beznamiętnie kwintesencja apatii zapatrzona dalej w holowizor. - Mistrzu ... - zaczął gość, lecz i jemu nie dane było skończyć. - Panie, co mi tu pan, tego tamtego. Pierwiosnek to ten szczypior za biurkiem. On tu pana wpuścił! Olbrzym zbaraniał. - Przepraszam za mojego przyjaciela... – zaczął czarownik nie mogąc powstrzymać uśmiechu. - Nie jesteśmy przyjaciółmi!... - ... prawdopodobnie cierpi na nosówkę. To taka choroba wynikła z nostalgii, wie pan... - To oczywiste. – odparł równie bzdurnie skołowany gość. – Moja sprawa jest nader delikatnej natury. Widzi pan, jestem prezesem klubu futbolowego „WC Matouy”... - Banda szmaciarzy!... – warknęła powtórnie nostalgia. - Niech się pan nie martwi. – uspokoił gościa czarownik. – Ja jestem czarownikiem i uważam to za normalne; ba, nawet nie muszę się z tym kryć... Olbrzym pokręcił przecząco głową. - Pan mnie nie zrozumiał. Jestem wręcz dumny z prezesowania Warsaw Club „Matouy”. Mój problem to moja drużyna... - Przesrali wszystkie spotkania z drużynami trzecioligowymi!... – apatia znów dała o sobie znać. - Dosadnie powiedziane, ale pański towarzysz dobrze to ujął. – z westchnieniem przyznał czerwony na twarzy prezes. Mag wychylił się zza biurka. - Słyszałeś Eskulapie? Jesteś szczytem taktu i dyplomacji. Napije się pan czegoś? - Nie, dziękuję. Czarownik postanowił delikatnie przejść do sedna sprawy. - Czego pan, drogi prezesie, oczekuje? - Pomocy. - Proszę więc przybliżyć sprawę… Olbrzym rozsiadł się wygodnie. - Treningi, niezależnie od tego, czy są przeprowadzane na krytych boiskach, czy w symulatorach, wykazują, że moi chłopcy są w szczytowej formie. Z pokoju obok doleciał cichy jęk. - Tymczasem – ciągnął olbrzym – podczas spotkań prawie nic im nie wychodzi. Ataki są mało skuteczne, obrona złamanego krugeranda nie warta. - Popieram! – wyrzuciła z siebie apatia. - Proszę mu wybaczyć. Pan Wontorek przygotowuje się do mistrzostw świata w upierdliwości. - Najgorsze jest to, że pański przyjaciel ma absolutną rację. – przyznał kwaśno działacz. - Nie jesteśmy przyjaciółmi! – przypomniał detektyw. - Przepraszam w takim razie… - prezes nachylił się nad biurkiem i zniżył głos do szeptu. – To kim jest ten dżentelmen tak bardzo przejęty losem mojej drużyny? - Naszej drużyny! – coś potwornie zajęczało z pokoju obok. - Mój kurator sądowy, śledczy Eskulap Wontorek. Prywatnie najbardziej zagorzały kibic pańskiego klubu. - Uhm! – mruknął olbrzym ze zrozumieniem. – To jak, mistrzu? - Przyjmuję sprawę. Prezes odetchnął z wyraźną ulgą. - Rozumie się, że koszta nie grają roli.... Spodziewam się pana jutro o dziewiątej trzydzieści, tuż po porannym treningu. – mrugnął porozumiewawczo i z zadziwiającą lekkością popłynął do windy kłaniając się lekko gospodarzowi. Kiedy tylko drzwi windy zamknęły się za nim, Eskulap zaczął powtarzać dzisiejszy repertuar. - Szmaciarze! - I to cię tak boli? – mag usiadł wygodnie na kanapie. – Mimo wszystko wybacz mi Eskulapie. Jakoś nie wyobrażam sobie ciebie jako rozwrzeszczanego szalikowca. Kiedy „Matouy” grają jakiś mecz? - Dziś o piątej. – odparła apatia za Eskulapa. - Jak obstawiasz? - Przesrają sromotnie! To będzie pogrom, gwóźdź do trumny! - No ładnie! Co powiesz na to, że pójdziemy sobie na mecz? Pan prezes stawia. Nagle Wontorek poderwał się z miejsca tak energicznie, że jego apatia nie zdążyła wstać razem z nim i została siedzieć w fotelu. - Ty to masz łeb! – ryknął przelatując obok biurka. - Dokąd lecisz? – zakrzyknął Pierwiosnek za biegnącym korytarzem detektywem. - Po wejściówki! Jeszcze zdążę dogonić prezesa.... – jego głos stał się ledwie słyszalny w murach biurowca.

* * *

Tłumu na widowni nie było, co należy uważać za normalne, biorąc pod uwagę ostatnie, błyskotliwe pasmo arcyporażek jednej z najlepszych drużyn świata. Eskulap siedział na trybunie dla honorowych gości ubrany w koszulkę w kolorach klubowych z trąbką kibicówką w ręku. Po chwili pojawił się Pierwiosnek z całym naręczem książek i dysków. - Obejrzałem trzy ostatnie mecze naszych pupilków. Masz, nagrałem specjalnie dla ciebie na dyski krystaliczne. Detektywowi zalśniły oczy. - Dzięki. Co prawda to była kiła, ale dzięki za pamięć. Co to za biblioteczka? Czarownik zaczął przekładać opasłe tomiszcza. - Almanach futbolu z ostatnich trzech lat, przepisy gry, kodeks sędziego głównego, sędziego pomocniczego, sędziego liniowego, zasady treningu bramkarzy, pielęgnacja sztucznej murawy – poradnik konserwatora ... - Czyli kompendium wiedzy o nowoczesnym futbolu? Po cholerę ci ta makulatura? Masz do dyspozycji najlepszą encyklopedię piłki nożnej w tej galaktyce…! - To znaczy? - Mnie! Mag uśmiechnął się pod nosem. Przyznał po cichu w duchu, że od tej strony nie znał jeszcze swojego kuratora sądowego… - Rozumiem, że chętnie poczytasz mi do poduszki? Wontorek pokręcił głową z podziwu nad cierpliwością podopiecznego.. - Chyba jednak cierpisz na nadmiar wolnego czasu. No i znalazłeś coś? - Mam kilka ciekawostek, ale to oczywiście są niejasne przesłanki. O, idzie pan prezes. Faktycznie, na trybunę honorową z niemałym kłopotem wgramolił się olbrzymi chłop w granatowej marynarce. Usiadł, wyjął notes i zaczął coś notować. - Czy ma pan rachunek za płótno i tyczki ? – zapytał maga. - Proszę, oto one. – Czarownik wręczył mu plik papierków. - Oczywiście, klub zwraca pełne koszty śledztwa. – zapewnił prezes. - O ile zarobi cokolwiek w tym sezonie na siebie… - dodał zgryźliwie Wontorek. Działacz zagryzł wargi. - Chłopcy staną na głowie, aby nie dać plamy do końca! – zapewnił, by po chwili zwrócić się do czarownika. - Doprawdy, nie wiem gdzie pan to pochował i nie mam pojęcia, po jaką cholerę musieliśmy wszyscy opuścić na godzinę halę sportową, ale jedno mogę potwierdzić, mianowicie plotki, że działa pan nieszablonowo. Życzą sobie panowie chipsów i popcornu? - Ja dziękuję. – odparł grzecznie Pierwiosnek. – Znając jednak apetyt i zaangażowanie mojego przyjaciela, sugeruję co najmniej trzy opakowania XXL. Czy przy okazji mogę poprosić pana prezesa o fachowy komentarz spotkania? - Z dziką przyjemnością. – odparł olbrzym i ręką przywołał sprzedawcę popcornu.

* * *

Pierwsza połowa meczu zakończyła się znośnym rezultatem osiem do jednego dla gości. Eskulap siedział nerwowo paląc swoją ukochaną stopięćdziesiątkę, prezes natomiast siedział mocno wbity w fotel dla VIPów. - Niech się pan nie smuci. – pocieszał go czarownik. – W porównaniu z poprzednimi spotkaniami to jest jeszcze bardzo znośne. - Szmaciarze! – burknęli prawie chórem nerwowość Wontorka i chandra prezesa. - No, nie przesadzajcie obydwaj! – zaooponował Pierwiosnek. - Pański przyja… kurator sądowy ma rację. – przyznał szef klubu. - Przychylam się do wcześniejszej wypowiedzi szanownego pana prezesa i także przyznaję mu rację. – dodał Eskulap ze łzami w oczach. - Cóż nam zostało, oprócz wiary i miłości do naszego klubu! – zawył olbrzym rzewnie. - Buuuu! – zawtórował mu detektyw. - Panowie, bądźcie mężczyznami! – ryknął czarownik. – Czy tak zachowują się wierni synowie „Matołów”? No! A teraz poczekajmy aż wszyscy opuszczą halę i pójdą na przerwę. - A jak nie pójdą? - Pójdą. Rozpuściłem wśród kibiców plotkę, że zwycięzca pierwszej połowy stawia drinka dla każdego widza... O, proszę: wszyscy wyszli. Zapraszam panów na murawę. – i to mówiąc raźno przeskoczył barierkę trybuny honorowej. Zaciekawiony prezes poszedł za jego przykładem, choć o mało co nie złamał barierki. Pierwiosnek wbiegł na murawę, rozłożył ręce i wymamrotał coś po starosumeryjsku. Atmosfera wokół linii bocznej boiska zaczęła gęstnieć, aż cała widownia skryła się za zasłoną z płótna w różnokolorowe kwiatki. - Przepraszam za ten idiotyczny deseń. Nie mieli innego materiału w tak dużych belach... - Bardzo sprytne! – Wyznał prezes ze szczerym podziwem. – Tylko czego to dowodzi? - Proszę zauważyć te dziury w materiale po lewej stronie bramki…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Mundial — czytnik · opowiadania