gotowanie · 19 min czytania
Muszę budyń zamieszać, bo mi się tęcza wylewa.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
{i}Muszę budyń zamieszać, bo mi się tęcza wylewa.{/i}
Pin Up była kiedyś tęczową dziewczyną do przywieszania. Taką, co możesz sobie powiesić nad łóżkiem, dokładnie tam, gdzie jej miejsce – wyżej, mocniej, najwyżej – gdzie żadna z twoich dziewczyn i tak nigdy nie dojdzie. Możesz patrzeć, ale nie dotykać, widzisz tyle, ile powinieneś. Odkryte, ale zakryte, odwieczny paradoks i syndrom topografii niezdobytych ciał. Podobno kiedyś wyszła z jednego plakatu, jak przez okno – najpierw jedna nóżka, potem druga, a na końcu niezdarny krok w rzeczywistość, zakłopotany uśmiech i obciągniecie spódniczki.
No więc wszyscy faceci z okolicy ślinili się i twardnieli na samą myśl o tęczowej dziewczynie z sąsiedztwa. Nie byłem wyjątkiem, uwielbiałem godzinami przesiadywać w prowadzonej przez nią kawiarence. Był to mały, przytulny lokal sławny ze swej działalności na zapleczu. Dostać tu można było wszystkie narkotyki świata, we wszystkich możliwych konfiguracjach i wariantach. Najczęściej sprzedawano je w postaci przygotowywanych na miejscu, autorskich słodyczy i pysznych wypieków. Kwaśne babeczki, zielone, wonne shake’i, nie wspominając już o specjalności zakładu – magicznym budyniu „wirujące kolory”.
Było wczesne popołudnie i jak zwykle piłem kawę z tajemniczo mruczącą wkładką. Za każdym razem pytałem, co dokładnie dodawane jest do napoju, co tak działa i co sprawia, że kofeina potrafi przemawiać limerykami. Sekret jest sekret, zawsze słyszałem w odpowiedzi, ale przynajmniej miło było zobaczyć, jak Pin Up puszcza do mnie oczko. Tamtego dnia ubrana była w bezbłędnie krótkie szorty, bezbłędnie długie zakolanówki i oczywiście tęczową bluzeczkę wiązaną pod dekoltem nigdy niespuszczającym ze mnie wzroku.
Uśmiechnęła się i spytała, o czym tym razem piszę i czy moi poprzedni bohaterowie wreszcie odnaleźli happy end. Miała przy tym zatroskaną minę, a w prawej ręce dzbanek z parującą miksturą.
- Nie, zostawiłem ich.
- Szkoda. A dlaczego? – spytała, dolewając mi kawy.
- Chyba czegoś tam brakowało.
Część 22 / 3
- Na pewno głębi – stwierdziła po chwili namysłu, a jej fachowy wyraz twarzy co najmniej mnie zdziwił. Potem poszła obsłużyć nowego klienta, a ja do końca dnia zastanawiałem się nad tym dziwnym przebłyskiem.
Kawiarenka stała nad brzegiem miejscowej rzeki, leniwie i wolno snującej się tuż za oknem, czasami podobno wpadającej do środka coś chlapnąć. Sam lokal zaś był równie piękny jak właścicielka. Kolory, zapachy, dźwięki i reszta wydawały się być tu bardziej wyraziste, jak z przejaskrawionego snu, gdzie wszystko jest idealne, jest kwintesencją swojej definicji. Nie zastanawiamy się dlaczego, po prostu przyjmujemy to, co akurat podaje nasz mózg z całą tą pokrętną logiką. Była więc tam serwowana psychodela w porcelanowych kubkach. Dwa gramy, trzydzieści, półlitra, dla każdego coś miłego, coś dobrego.
Na zapleczu Pin Up trzymała trzy szympansy, wredne zwierzątka pomagały jej w kuchni, radziły też sobie świetnie z niegrzecznymi natrętami. Niektórzy zaś upierali się, że były to tak naprawdę przerośnięte pawiany z czerwonymi od pieca tyłkami, a inni z kolei roznosili plotki, że okradały wstawionych klientów. Choć być może, że ich w ogóle nie było. W kawiarence u Pin Up nigdy nie można było być czegokolwiek pewnym.
Tamtego dnia, gdy kończyła pracę, zamiast jak zwykle mnie wyrzucić, podeszła do mojego stolika, usiadła i spytała, czy chcę tej głębi, czy nie? Zabrzmiało jak propozycja nie do odrzucenia.
- Dam ci jej. Ale pod warunkiem, że spiszesz mi historię. A zapewniam, w życiu takiej nie słyszałeś. Więc jak? – Zamilkła, wypatrując mojej reakcji, od czasu do czasu trzepocząc jedynie rzęsami znacznie dłuższymi od jej zdań. Choć przyznać trzeba, że była przy tym wszystkim niestosownie poważna, a proszę mi wierzyć, niezwykle ciężko było się skupić na jej słowach, uwzględniwszy fakt, że akurat odpłynęła mi gdzieś krew z mózgu. Trudno, pomyślałem, znowu mam twarde komórki nerwowe, jak każdy przeciętny facet. Rozsuwałem już rozporek, by odpowiedzieć coś mądrego, gdy nagle cmoknęła i zerwała się, mrucząc pod nosem:
- Przepraszam, ale muszę budyń zamieszać, bo mi się tęcza wylewa. Potem wróciła i opowiedziała obiecaną historię. Chwilowo więc musiałem zrezygnować i z rozporka, i z dywagacji na temat, gdzie plasuje się mój mózg w skali twardości Mohsa.
***
No i mi się wylała. Ta tęcza. Zresztą nie pierwszy, nie ostatni raz. Lubiłam wtedy zabierać ze sobą koc albo leżak i opalać się na szczycie. Tej tęczy. Wiesz, o co mi chodzi. Oliwka, wiaterek, bikini, czasem topless i te sprawy. (A gdy to mówiła, przysięgam, że piersi Pin Up uśmiechnęły się do mnie uwodzicielsko.)
Część 33 / 3
Słucham? Skąd ta tęcza? No tak, faktycznie może to dość dziwne, ale z mojego garnuszka. Wiesz, z tego, co w nim gotuję budyń „wirujące kolory”. O tam, w kuchni, wylała się i uciekła przez okno. Przeleciała nad rzeką i wylądował po drugiej stronie, na tym brzegu, gdzie stał kiedyś bar pana Goodshita. Pamiętasz? Bo ze mnie czasami jest taka straszliwa gapa, że zapominam się, zanadto zajmę się paznokciami albo akurat powtórka serialu, albo po prostu zamyślę się. (A w to akurat szczerze wątpię, ale oczywiście nie mówię tego na głos.) Tak więc kiedyś, jak jeszcze nie pilnowałam się aż tak bardzo, dość często zapominałam o budyniu i za każdym razem wylewała mi się tęcza. Wchodziłam na górę, ostrożnie, to wcale nie takie proste. Jak wspinaczka. A wiesz, tęcza jest bardzo miła w dotyku, jak jedwab i przez to strasznie śliska. Zawsze bałam się, że spadnę do rzeki, a przecież nie potrafię pływać. Rany, to byłby dramat!
Ale do rzeczy, taka ze mnie gaduła, jak tak dalej pójdzie, będziemy tu siedzieć do jutra. A ty nic, tylko cisza i język za zębami. Poczekaj chwilkę, przyniosę nam coś dobrego. (W tym momencie wstała od stolika, wyprosiła ostatnich gości i z cichym skrzypnięciem zamka przekręciła klucz w drzwiach lokalu. Zapowiada się ciekawy wieczór, myślę, próbując uspokoić galopujące tętno. Pin Up znika na zapleczu, by już po chwili wrócić z tacą pełną ciasteczek. Kwaśnych – moich ulubionych.) Faceci robią zdecydowanie zbyt mało użytku ze swoich języków, ot, skarbie, dobra rada na przyszłość. W ogóle, pisarze wydają mi się być wybitnie nierozgarnięci. Albo bardzo nieśmiali. Znałam kiedyś takiego jednego, jak jeszcze wisiałam na plakatach… Ludzie już nie przyczepiają takich jak ja na ścianach…
Ale do rzeczy, do rzeczy. Gdy tak sobie kiedyś siedziałam na tęczy, machałam nóżkami, a w dole szumiała rzeczka, przypłynął akurat Popeye. Znasz gościa, prawda? Ja w każdy razie wtedy jeszcze nie miałam okazji. Zatrzymał swój statek dokładnie pode mną, zarzucił kotwicę i zapalił fajkę. Tfu, tfu, jak ja nienawidzę palaczy. Wierz mi, wcale, a wcale nie dodaje wam to męskości, a przecież zabija, no wiesz, plemniki.
Więc Popeye tam na dole stoi na pokładzie, jedną ręką pyka tę swoją fajkę, a drugą przysłania oczy, bo widocznie razi go słońce. I tak patrzymy się na siebie. A wtedy przypominam sobie, że przecież nie założyłam bielizny. Oj, głupi nawyk z czasów dzieciństwa, gdy lubiłam tak iść na most nad autostradą, krótka kiecka, nic pod spodem i ci wszyscy męscy, brodaci kierowcy ciężarówek, och. Wiesz – wiatr, przewiew, przewóz, wóz i szlus, nigdy ślub. Fakt, może to i głupie, ale grunt to ciągnąć, ciągnąć grę, nie?
Nie zrażamy się, kontynuujemy grę. Ahoj, marynarzu, zagajam, podobają ci się moje pantofelki? Nic. Cisza. Tylko kółko z dymu przelatuje mi koło ucha, potem drugie, następne i następne. Widocznie dobrze się bawił. Ale ja się nie poddaję. Co sprowadza cię na tak głębokie wody, czego szukasz tak daleko od morza, pytam i zaczynam okręcać lok wokół paluszka. Kiedyś słyszałam, że nie ma faceta, który by przeszedł obok tego obojętnie. Możecie sobie mówić, co chcecie, ale fetysze to wasza domena. I dobrze. Kręcę, macham nóżkami, Popeye cały czas kamienna twarz, kręcę i macham dalej. Aż nagle, ojej, taka ze mnie gapa, spadł mi pantofelek. Całe szczęście, że nie do wody. Gorzej, że wprost na głowę mojego nowego przystojniaka. I wyobraź sobie, że znowu zero reakcji! Dostał w głowę butem, a on dalej stoi i się na mnie gapi.
No to pytam go, czy odda mi pantofelek, bo to moja ulubiona para. Oczywiście przepraszam, ja niezdarna, trzepoczę na zachętę rzęsami i głośno cmokam z niezadowoleniem. (Ilustrując to, Pin Up wydęła usta, zupełnie jakby dmuchała gumę do żucia i przez chwilę naprawdę odniosłem wrażenie, że jej wargi zaraz pękną niczym dwa wielkie czerwone balony.) A ten impertynent w tył zwrot i odmaszerowuje, opiera się o burtę i zaczyna sobie pogwizdywać pod nosem w przerwie od kółeczek z dymu. Sam powiedz, przecież takiej obrazy już nie mogłam znieść! Człowiek się stara, uwodzi, mruga, wydaje fortunę u chirurga plastycznego, a taki – pożal się Boże – marynarz pyka sobie tylko fajkę. Może gej, zastanowiłam się przez chwilkę. Nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy, więc wzięłam torebkę, ręcznik i uciekłam do domu, by zamieszać ten budyń i pozbyć się tęczy. A Popeye niech gnije w samotności zdany na łaskę swojej wytatuowanej ręki i szkorbutu.
Kilka dni później czytałam akurat „Lolitę” na leżaku na szczycie tęczy. (Spytałbym, jak się zapatruje na kwestie metaforyczno-aluzyjne u Nabokova, ale nie bądźmy…