Komedia · 1 godz. 48 min czytania
My freak showbusiness
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
- To idiotyzm, to idiotyzm, to idiotyzm! - powtarzała w myślach. Jak zawsze. Nadal, mimo upływu czasu wszystko to, co ją spotkało, wydawało jej się co najmniej niedorzeczne. - Czy naprawdę komuś przeszkadzało to, że lubię sobie czasem pośpiewać w domowym zaciszu? Nie potrzebuję się chwalić tym przed całym światem! - kontynuowała, już na głos, budząc tym jedynie zniecierpliwienie towarzyszącej jej przyjaciółki. - Oj, przymknij się już. Pieprzysz głupoty. Masz talent, dziewczyno, takich rzeczy się nie chowa! Zobaczysz, zrobisz na nich piorunujące wrażenie. Jak zwykle - burknęła Miśka, poprawiając na ramieniu pasek od dużej sportowej torby. - Yhym. Już to widzę. W najlepszym wypadku na widok takiej masy ludu ściśnie mi gardło i puszczę z siebie fałsz stulecia. Zaprawdę, piorunujące to będzie. Albo zatka mnie zupełnie i nic z siebie nie wyduszę. - Jeszcze jedno słowo i cię palnę. Cicho. Będzie dobrze. Musi być. Zresztą, ty zawsze tak mówisz. A potem wszystko idzie jak trzeba.
Miśka miała rację. Jednak. Ania wychodziła z publicznych wystąpień zawsze obronną ręką. Mimo wielkiej tremy, niechęci do pokazywania się na scenie i mimo, że po drugiej stronie ludzi było coraz więcej. Ot, taki los dopiero co rozbłysłej gwiazdki, lansowanego przez media (wprawdzie nieliczne, ale jednak) odkrycia sezonu. A wszystko to przez Miśkę. Bo kto wpadł na pomysł, żeby wepchnąć Ankę na koncert talentów w powiatowym domu kultury? Kto potem przekonywał, żeby ciągnąć to dalej, obskakiwać wszystkie ważniejsze konkursy wokalne? Kto finalnie namówił na ten najważniejszy, gdzie nagrodą był kontrakt z wytwórnią fonograficzną i samozwańczo ogłosił się Ani menadżerem? Michalina, pieszczotliwie zwana Miśką, właśnie. Anna notorycznie miewała wrażenie, że to w zasadzie już dawno przestała być jej broszka. Albo i nigdy nie była. Zresztą Anka nie miała jakiegoś wielkiego żalu do Misi. Ot, doszła do wniosku, że sama się o to prosiła, od samego początku przejawiając objawy totalnego tumiwisizmu. Wyszła z założenia, że co ma być, to będzie - przejdzie jeden sezon, cały szał medialny minie, szychom z "Paraliż Records" (ech, te idiotyczne nazwy) znudzi się wypychanie jej na szczyty, świat o niej zapomni, a ona wróci do swojego miasta powiatowego i śpiewania tylko w domu, najlepiej pod prysznicem. Jednak, ku jej skrytemu ubolewaniu, nic się póki co na taki bieg spraw nie zanosiło. Wręcz przeciwnie, zapraszano ją coraz chętniej na różne koncerty, które jednak w dużej mierze były koncertami tylko z nazwy. W jej słowniku nosiły bardziej precyzyjną nazwę - "chałtury". Ale, jak zwykła mawiać Miśka, "biznes is biznes". A trzeba było przyznać, że otrzymywane za ową "pracę" pieniądze pozwalały jej skutecznie zapomnieć o upierdliwościach życia świeżej gwiazdeczki. Nawet o tym, że od ponad pół roku nie była już Anną, bo Miśka stwierdziła, że Anką jest co druga dziewczyna w tym kraju. Ona dla reszty świata stałą się Eriką.
Ruszyły w stronę hotelu. Miśka w kółko powtarzała mantrę, którą Anka znała już na pamięć: że będzie dobrze, że wszystko musi się udać. Sama szła, w milczeniu ciągnąc za sobą niedużą walizeczkę na kółkach. Hotel jak hotel. Średniej wielkości budyneczek, nijak nie różniący się od tych, w których bywają tak zwani przeciętni śmiertelnicy. Pracownicy w delegacjach, rodzice na urlopach z dziećmi, małżeństwa w podróżach poślubnych czy - Anka przychyliła się do brutalnego stwierdzenia - małolaty odnajmujące pokoje na godziny. Zresztą, po chwili już przestała się nad tym zastanawiać. To nie Hollywood, maluczka polska wytwórnia fonograficzna nie załatwi jej miejsca w pięciogwiazdkowcu nawet, gdyby wszystko wskazywało na to, że mogłaby zostać drugą Dodą Elektrodą. Dlatego zupełnie nie zdziwił ją widok, jaki zastała tuż przed wejściem - na murku siedział facet i palił papierosa. Dosyć młody facet, tak więc Annie przez myśl przeszło pytanie, czy nie żal mu urody na fajki. Jednak po dłuższej chwili przypatrywania się przestała być na tyle subtelna. Odezwała się w niej natura osoby o zmiennych nastrojach. - Siedzi sobie na murku, w wytartych dżinsach, w dresie, w ogóle ubrany jak ostatnia łajza i ćmi sobie tego swojego papierocha. Że też ci, kurwa, nie wstyd tak się ludziom pokazywać. Rozumiem, że pewnie tak jak ja masz zupełnie w nosie to, jak cię ludzie postrzegają i normalnie ja to bym zrozumiała, ale dzisiaj przykro mi - trafiłeś na mój zły dzień - prychała. Tylko w myślach, bo czy to się jednak bała - facet wyglądał na dosyć rosłego - czy jak zwykle jej się nie chciało, nie wiadomo. W każdym bądź razie do jej uszu dobiegł głos Miśki: - Co tak stoisz jak kołek? Ruchy, ruchy. W tym momencie nieznajomy zwrócił wzrok w jej stronę. Anka stała jeszcze przez moment, po czym podniosła dumnie głowę do góry, posłała chłopakowi pełne wyższości spojrzenie i ruszyła za przyjaciółką.
- Na jedenastą zaplanowali próbę. Po piętnastej obiad, potem rób sobie, co chcesz - wyliczała Miśka, stawiając jakieś krzyżyki czy też ptaszki w swoim małym notesiku. - Ale na osiemnastą musisz być z powrotem. Najlepiej od razu w teatrze. - Dwie godziny przed czasem? Co ja będę robić? - Ubierać się? Czesać? Malować? Koić nerwy? Nie wiem. W każdym bądź razie szykować. - O matko - westchnęła Anka, siadając na łóżku. - Cudownie. Czy jest jeszcze coś, o czym powinnam wiedzieć? - Hmmm... - zamyśliła się Miśka, przygryzła długopis, po czym zapytała: - Interesowałoby cię, kto jeszcze będzie grać tego wieczora? - Taaa. Nawet bardzo. - Po tym tonie nie wysuwałabym takich wniosków. No, ale w każdym bądź razie, uwaga, wymieniam: Kierpce Szatana, Gitary Jerychońskie, Autorewers do Przodu. - Trzeba przyznać, że egzotyka zestawienia powala - wymamrotała Anna, położyła się i po chwili przewróciła na brzuch. W sumie spotykała już "głupsze głupoty", ale nadal wydawało jej się idiotycznym zapraszać na jeden koncert satanistyczną kapelę heavymetalową i zespolik funkcjonujący w nurcie piosenki religijnej. - Chociaż w sumie...Sacro polo to to nie jest. Na gościnnych występach u biskupa potrafili dać ostro po wiośle - pomyślała, drapiąc się po głowie. W tym momencie przypomniała sobie, że ci ostatni - Autorewers do Przodu - kiedyś też grali metal. Pod innym, znacznie bardziej "hardziorowym" szyldem, albowiem zwali się wówczas Brzeszczotem po Jajach. Zdrowo przycinali na gitarkach, a na wokalu mieli śmiesznego gostka, wysokiego, z dredami, troszkę grubawego. A potrafił wydawać z siebie opętańcze, plemienne ryki. - Z takim pudłem rezonansowym to i ja bym potrafiła - pomyślała Ania nieco złośliwie, wspominając sporawy brzuszek, jakim cechował się wokalista Brzeszczotu. - Widać głowy do nazw nigdy nie mieli - stwierdziła głośno, odwracając się do Miśki. - Hm? - No ci... Autorewersi. Jak, kurwa, można iść do ludzi, nazywając się Autorewers do Przodu? - Jak widać, można... To wolę nie pytać, co sądzisz o nazwie Brzeszczotem po Jajach. - Taktownie przemilczę. - Cała ty. - No ba.
Cały wieczór miała tylko dla siebie. I to w sumie była najistotniejsza rzecz, jaka ją cieszyła. Przynajmniej do momentu, gdy Miśka tradycyjnie zaczęła ją męczyć o jakieś wspólne wyjście. - Miśka, na Boga, nie chce mi się! - Oj, Anka, ale ty jesteś! Zawsze, gdy chcę gdzieś z tobą wyjść wieczorem, to ty zawsze tylko "nie" i "nie" - prychnęła dziewczyna, jakby z cieniem żalu. - "Wyjścia wieczorem" z tobą to ja mam po każdym większym koncercie. Nazywają się one ładnie "bankiety w kuluarach". Przepraszam cię bardzo, ale dostatecznie mnie męczą, żeby nie mieć ochoty na ciągłe wychodzenie "prywatnie", jak ty to mówisz. - Czyli co? Jak zwykle? - Nie "jak zwykle", co najwyżej "znowu". Przecież czasem z tobą chodzę. - No właśnie. Czasem. Miśka wstała, złapała leżącą na łóżku torebkę i przeczesując palcami włosy oznajmiła: - To ja idę. Anka odwróciła się w jej stronę. - Baw się dobrze - powiedziała. Normalnie, bez zwyczajowej pogardy czy niechęci w głosie. - Dzięki. Pa. Gdy tylko za Misią zamknęły się drzwi hotelowego pokoju, Anka westchnąwszy głośno rzuciła się na łóżko. Chociaż Miśka była jej przyjaciółką i zawsze bardzo dobrze się dogadywały, tak jej dosyć hałaśliwy styl bycia czasem ją męczył. Często Ania myślała, że to właśnie Michalina, a nie ona, powinna robić karierę w showbussinesie. Siły przebicia jej nie brakowało, kręciło ją obracanie się w tak zwanym wielkim świecie - szczególnie, jeśli oznaczał on tabuny przystojnych mężczyzn, pomysłów na wykreowanie ciekawej osobowości też miała wiele. Pytanie tylko, czemu tej kariery sama robić nie chce. Brak jej głosu do śpiewania? O ile Anka pamiętała, Miśka umiała śpiewać całkiem nieźle. Chociaż zawsze, gdy wchodziła na ten temat, Misia ucinała krótko, że przy Ani wypada blado i tyle. - Głupie to. Głupie, bo nie rozumiem - pomyślała. Chwilę potem zajmowało ją już zupełnie co innego. Rozejrzała się za pilotem od telewizora, włączyła odbiornik i odbyła szybki rekonesans po kanałach. Naliczywszy czterdzieści dwa, włącznie z zagranicznymi, pokiwała z uznaniem głową, po czym wyłożyła się na łóżku. Taki sposób odpoczynku oraz spędzania wolnego czasu absolutnie jej odpowiadał. Jednak po chwili uznała, że czegoś tutaj jej jeszcze brakuje. No tak. Coś do jedzenia. Jakkolwiek starano się zrobić z niej idolkę, tak upodobania miała typowe dla zwyczajnych dziewczyn - czipsy, cola, jakiś głupi serial i gra gitara. W tym momencie w głowie zaświtała jej po trosze diabelska myśl. Rzadko wykorzystywała status młodej gwiazdki do jakichkolwiek własnych celów, ale teraz odczuła potrzebę zrobienia tego jeszcze raz. Powoli zbliżyła się do wiszącego na ścianie telefonu, podniosła słuchawkę, po czym zastygła na chwilę w bezruchu, tylko skrobiąc się po czole. Usiłowała przypomnieć sobie, jaka kombinacja cyfr połączy ją z recepcją. Chyba udało jej się to, gdyż chwilę później wystukała na klawiaturce krótki numer, a w słuchawce usłyszała sygnał łączenia się. - Halo? Recepcja? ... Ja dzwonię z pokoju numer dwanaście... ... Tak, tak - w tym momencie jej policzki lekko zapłonęły rumieńcem. Ktoś skojarzył, życzliwie to ubrał w słowa. Mimo niechęci do tej pracy była w głębi duszy osóbką dosyć łasą na komplementy wszelakiej maści. - ... Ja mam taką prośbę, czy mogłabym zamówić do pokoju coś do zjedzenia? ... Nie, nie, jeszcze nie kolacja - zaśmiała się. - ... Poprosiłabym paczkę czipsów. Paprykowych. Dużą. I butelkę coli. Też dużą. Najlepiej dwulitrówkę. ... Super. Dziękuję. Odłożyła słuchawkę i momentalnie wybuchnęła głośnym śmiechem. Wydawało jej się to niesamowicie zabawne - przyszła idolka tłumów każe sobie przynieść do hotelowego pokoju niezdrową zagryzkę do oglądania telewizji. To ci dopiero gwiazdorski kaprys. Zatarła ręce, nie mogąc się doczekać wiekopomnego widoku - kelnera dylającego z colą i paczką czipsów.
Z paczką i butelką gratis przyjechały dwie szklanki i miska. - Szaaał - pomyślała Anka, rozkładając się na łóżku. Czipsy do miski, miska na łóżko, cola do szklanki, szklanka na nocny stolik i jazda. Można zacząć randkę z telewizorem. Leniwie wędrowała po czterdziestu dwóch kanałach, szukając czegoś, co na dłuższą chwilę mogłoby przyciągnąć jej uwagę. Pierwszy. Tele-durniej. Trzy babki śpiewają jakiś czerstwy tekst na melodię "Bądź gotowy dziś do drogi". - Masakra - przemknęło jej przez myśl, a palec odruchowo wcisnął guzik pilota. Drugi kanał. Odcinek serialu, ponoć kultowego. Ale tyle razy już widziała całość, że w tą kultowość coraz bardziej wątpiła. Znowu strzeliła palcem w guzik. I tak przez właściwie cały czas. Tu reklamy. Łojezu. Tutaj telenowela. Tyczkowata panna o południowoamerykańskiej urodzie jęczała coś po hiszpańsku czy portugalsku. A tu jakaś japońska kreskówka. Nastolatka o śmiesznych blond loczkach zakłada się z innymi, że jej przyjaciółka, mała dziewuszka w okularach, rozwali księżyc w pełni. Anna westchnęła z ulgą. Wreszcie coś, co ma być głupie z założenia. - Niszczy mnie coraz bardziej ta telewizja - pomyślała, wpychając sobie do ust całą garść czipsów. - Wyścig, kto szybciej sprawi, że zdurnieję, czy co? Bo kto z siebie pierwszy głupka zrobi, to już zdążyłam zauważyć. Podrapała się po głowie. Idiotycznie musiało to wyglądać - dziewczyna przeżuwająca jakąś sporą ilość pokarmu i jednocześnie skrobiąca się po łepetynie - ale w tym momencie wcale jej to nie obchodziło. Doszła po raz wtóry do mało pocieszającego wniosku. Że jeszcze trochę, jeszcze miesiąc... dobra, nie miesiąc, dwa, trzy, góra cztery i do tego kolorowego, zasłodzonego do granic możliwości, cyrkowego światka dołączy i ona. Zostanie cholera wie którym trybikiem w maszynce do karmienia pustych głów plastikowym widzeniem świata. - Phhhh. Rzygać się chce - stwierdziła w myślach. Chociaż w sumie nie miała pewności, czy to cały ten śmierdzący zgniłą skarpetką showbussines, czy czipsy paprykowe w mixie z colą.
Część 22 / 3
Około północy, czyli jakieś trzy godziny po kolacji, do pokoju wróciła Miśka. Rozszczebiotana, szczęśliwa i... podpita. Jak zwykle po "wieczornym wyjściu". Trajkotała coś o jakimś cudownym facecie, jakiego poznała w barze. Anka nie ciągnęła za bardzo tematu. Przytakiwała tylko, że owszem, że na pewno jest cudowny i po cichu czekała, aż Michalina położy się spać. Nie musiała na to zbyt długo czekać, bo jednak alkohol robił swoje. - To śmieszne - pomyślała Ania, gdy miała już stuprocentową pewność, że Miśka zasnęła. - Według obowiązującego schematu, to ja jako pani gwiazdeczka powinnam być chronicznym pijusem i podrywaczką, a nie mój menago, który teoretycznie powinien strzec mojej moralności. Teoretycznie. Dobre słowo. Sama nie miała jeszcze ochoty spać, chociaż pamiętała, że musi wstać najpóźniej o dziewiątej. Wspięła się na okienny parapet, usiadła, przyciągnęła nogi ku sobie i spojrzała za szybę na pustoszejącą ulicę. - Ogarnij to, ogarnij - krzyknęła w myślach. - Jeśli przestaniesz to ogarniać, to po tobie. Już nic nigdy nie będzie normalne. Zjedzą cię z kosteczkami. Powtarzała sobie to bardzo często. Wieczorem w przeddzień koncertu, przed każdą próbą, wieczorem przed samym koncertem. Takie małe prywatne credo. Żeby nie zwariować.
Mimo stanu, w jakim znajdowała się Miśka poprzedniego wieczoru, rano zarówno ona, jak i jej przyjaciółka, wzorowo stawiły się w teatrze tuż przed godziną jedenastą. W budynku już panował spory harmider. Oświetleniowcy, technicy i masa innych istotnych osób krzątała się to tu, to tam, szykując się do pierwszej i jedynej próby przed wieczornym koncertem. Zjawili się - naturalnie! - także artyści, którzy byli chyba najistotniejsi w tym wszystkim. W momencie, gdy dziewczęta przechodziły pod sceną w stronę garderoby, na deskach do występu szykowała się formacja o nazwie Kierpce Szatana. Bardzo reprezentatywnej, jak się okazało, ponieważ gdy tylko Anka i Miśka znalazły się za kulisami, z głośników popłynęły ryki gitar oraz wokalisty, wykrzykującego coś o kotach i czarnej mszy. - Zaprawdę, ambitne. "Czarne koty, czarne msze, Ave Satan, ueeee" - westchnęła Anna i... dokładnie w tym samym momencie wpadła na idącego korytarzem postawnego gościa ubranego na czarno. - Cholerni metalowcy, łazić nie umiecie?!? - syknęła, zupełnie nie zważając na minę Miśki, która zrobiła wielkie oczy dokładnie w chwili, gdy przyjaciółka wpakowała się na nieznajomego. Dopiero, gdy przyjrzała się uważniej zauważyła, że czarny strój ma koloratkę. Ania momentalnie przypomniała sobie, że w koncercie brać udział miał także zespół Gitary Jerychońskie... Natychmiast spłonęła rumieńcem, strzepnęła pyłek z ramienia mężczyzny i wymamrotała: - Znaczy... Przepraszam, proszę księdza. Kapłan uśmiechnął się tylko. - Nie szkodzi, nic nie szkodzi... Wszyscy się bardzo spieszymy. Ksiądz ruszył w swoją stronę, zaś Anna stała jeszcze przez chwilę na korytarzu, po czym chlasnęła się dłonią w czoło. - Uf! - westchnęła, po czym pomyślała: - Miałaś szczęście, że taki pokojowo nastawiony. Czarnej mafii lepiej się nie narażać. Ze stanu zamyślenia wyrwał ją głos przyjaciółki: - Anka, ruchy! Znowu się zwiesiłaś?!? Ten ton oznaczał tylko jedno. Faktycznie czas już iść. Anna otrząsnęła się i pobiegła za Miśką.
- Bądź w gotowości. Nie wiadomo, kiedy cię zawołają na scenę - Michalina cisnęła torbę pod toaletkę. - W międzyczasie możemy się zastanowić, w co cię dzisiaj ubrać. Aaa. I jeszcze jedno, bo zaraz zapomnę. Mało dobra wiadomość, ale cóż. Nie mamy garderoby na wyłączność. To malutki teatr, mają dwie garderoby - damską i męską - i porozdzielali po dwóch wykonawców na jedną. - Yyy... - zaczęła Anka, siedząc już na krześle. - Fantastisch. Kogo nam przydzielili? - Tak jak się przyjrzałam, to zauważyłam, że męską zajęli chłopaki z Kierpców i Gitar, tak więc... - ... tak więc Autorewersi - dopowiedziała pod nosem Anna. - Widzę, że radość aż cię rozsadza - powiedziała Miśka, mierząc przyjaciółkę wzrokiem. - No ba. Normalnie umieram ze szczęścia. Misia pokręciła głową. - Pierwszy raz w życiu ich na oczy będziesz widzieć i z góry jesteś na "nie". Ja cię chyba nigdy nie zrozumiem. - Ja ciebie też nie. Się wyrównuje. - Taaa - żachnęła się Miśka. - Dobra. Mniejsza o to - Anka podźwignęła się z krzesła. - Miałyśmy zająć się ciuchami, tak...? - Si, Klaro. Trzy kiece do wyboru. Którą bramkę pani wybiera? - Na razie żadną - zaśmiała się Ania. - Wyciągnij, pokaż, pewnie jak zwykle się okaże, że trzeba będzie przynajmniej jedną wyprasować. Ja ci mówię, takie ubrania wozi się w pokrowcach jak garnitury, a nie upycha w torbie. - Tak, tak, wiem - odpowiedziała głośno Miśka, mocno gestykulując. - Od dwóch miesięcy ci to obiecuję, ale naprawdę, po tym koncercie zbiorę się do kupy i załatwię chociaż jeden. Anka uśmiechnęła się w duchu. Doskonale wiedziała, jak to jest z tym miśkowym spełnianiem obietnic. Jej przyjaciółka miała w sumie dobre serce, ale stanowczo za krótką pamięć - jeśli nie we wszystkich sprawach, to przynajmniej w pewnej części.
Okazało się, że jest tak, jak Anna przewidywała - wszystkie trzy sukienki po transporcie w torbie Miśki nadawały się tylko do porządnego przeprasowania. Szczęście w nieszczęściu, garderoba posiadała zarówno deskę, jak i żelazko. Wprawdzie wyglądało na to, że ten model pamiętał czasy stanu wojennego, ale lepszy rydz niż nic - szczególnie, jeśli za kilka godzin chce się porządnie pokazać ludziom. Właśnie w trakcie prasowania Anna usłyszała za swoimi plecami dosyć wysoki męski głos: - Skąd wiedziałem, no skąd ja wiedziałem, że tak będzie? Babska garderoba, a w środku dwie panie i ciuchlandia gratis. Odwróciła się. Wcale nie poczuła się zaskoczona, widząc w drzwiach trzech młodych facetów. Autorewersi przybyli. Chuderlawy szatyn w okularach (ten, który chwilę wcześniej rzucił uwagę o garderobie), blondyn o niemal dziecięcej buzi oraz... Ania zreflektowała się, że trzecim z nich był nie kto inny, tylko chłopak, którego wczoraj minęły przed hotelem. Dokładnie ten sam, który siedział na murku, palił papierosa i którego w myślach Anka nazwała "łajzą". Dziewczyna poczuła się trochę nieswojo. - Masz poczucie humoru jak dziadek po drugiej wojnie światowej - rzuciła Miśka, złażąc z blatu toaletki, na którym wcześniej siedziała. - Poznajcie się, to jest Anka - w tym momencie złapała Anię i przyciągnęła ją bliżej chłopców. - Ania, to są Marek, Sławek i Adam - kontynuowała, wskazując kolejno na chudego szatyna, rosłego z bródką i blondynka-dzieciaka. Dziewczyna raz jedyny pozwoliła sobie na odrobinę spuszczenia z tonu. Niepewnie wyciągnęła dłoń w ich stronę, co spotkało się z natychmiastową reakcją Adama, który złapał rękę Anny i mocno uścisnął. Następny był Marek. - Czyli że jesteś Ania? - zapytał. - Dotychczas dałbym sobie głowę uciąć, że naprawdę masz na imię Erika... Anka uśmiechnęła się krzywo. - Nie, nie mam. Wolałabym się pochlastać niż żyć z takim imieniem. Potem uścisnęła dłoń Sławka, nadal mając niejasne uczucie nieswojości. W tym momencie chłopak usiłował pocałować ją w rękę, jednakże w ostatniej chwili szczupła łapka Anki wymknęła mu się z rąk. - Dobra. My tu gadu gadu, a kiecki leżą - stwierdziła, wróciwszy za deskę. Znowu zajęła się prasowaniem, starając się zupełnie nie zwracać uwagi na innych obecnych w garderobie i oddając się własnym myślom. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, czemu tak przyglądała się wtedy Sławkowi, ćmiącemu papierosa przed hotelem. Bo kogoś jej przypominał. Kogo? Wokalistę Brzeszczotem po Jajach. Tak, tego grubaska z dredami, ryczącego jak nieboskie stworzenie. Schudł, dredy ściął i oto jest - Sławek. Tadam. Spoglądając czasem kątem oka to na Miśkę, to na Adama, zdała sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Że domyśla się, kim jest ten cudowny facet, z którym Michalina piła poprzedniego wieczora.
- Ania... Ania... Anka! - ryknięcie prosto w ucho przywróciło ją do rzeczywistości. - Yyy... Co? - zapytała, zamrugawszy oczami jak ktoś dopiero co obudzony. - Jajeczko. Wołają cię na scenę. - Co, już? - No już, już. Leć. Ja tylko wyłączę żelazko i do ciebie dołączę. Anka bez chwili wahania ruszyła w stronę wyjścia. Jeszcze zanim przekroczyła próg, dostrzegła kolejne zalotne spojrzenie, jakie Miśka posłała Adamowi. Pomyślała: - Ech. No, nieważne, to nie moja sprawa. Na scenie szykowali już się muzycy, których Ania po raz pierwszy chyba w życiu widziała na oczy. Przywykła już do tego. Takie były uroki nieposiadania własnego, stałego zespołu i wiecznego dokoptowywania do występów tych z zaprzyjaźnionych ekip - jeżeli oczywiście w tym biznesie można mówić o czymś takim, jak "zaprzyjaźnienie". - Gotowa panienka? - zapytał gitarzysta, gdy zabrzęknął na swoim "wiośle" bliżej niezidentyfikowany dźwięk. - Pytanie! - prychnęła Anka, odgarnęła ręką włosy z czoła i stanęła przed mikrofonem w pozie sugerującej stuprocentową pewność siebie. Kłamała. Stając przed mikrofonem, zawsze gdzieś w środku dziabał ją lęk, że coś pójdzie nie tak. Ot, trema - tylko jakaś taka kilkakrotnie większa niż u przeciętnego człowieka. Może dlatego, że była niesamowicie wręcz ambitna i mimo totalnej niechęci do funkcjonowania w showbussinesie wychodziła z założenia, że jak już coś robić, to porządnie. Więc gdy rozległy się pierwsze dźwięki solówki na klawiszach, Ania pomyślała sobie: - Wyluzuj, Anka. I tak praktycznie nie ma tu nikogo, jakby co nie masz przed kim się zbłaźnić - po czym wzięła głęboki oddech, otworzyła usta i... poszło. Chwilę potem oświetleniowcy zaczęli jakieś eksperymenty ze światłem. Reflektory błyskały jej prosto w oczy setką kolorów. Mimo to starała się nie tracić rezonu i - co wydawało jej się najistotniejsze - nie pomylić tekstu. Wszystko zdawało się iść po jej myśli, zaczęła się nawet rozkręcać w swoim śpiewie, gdy zupełnie niespodziewanie głośniki ogłuszająco zarzęziły, mikrofon odmówił posłuszeństwa, a muzycy przestali grać. Stała przez chwilę jak ogłupiała, aż któryś z technicznych krzyknął: - Sorry, sprzężonko! Zaraz opanujemy sytuację. - No tak - pomyślała Anka. - W końcu to jest próba... Czekając, aż technicy uporają się z wariującym sprzętem, rozglądała się po sali. Kątem oka zauważyła jakąś postać, stojącą w bocznym przejściu za kulisy. Postanowiła przyjrzeć się tej osobie uważniej i odwróciła głowę. Od razu rozpoznała w niej jednego z chłopaków "szarpiących struny" w Gitarach Jerychońskich. Uroczy brunecik w szerokim szarym swetrze wpatrywał się w nią jak w obrazek, z lekko rozchylonymi z wrażenia ustami, trzymając się jakiejś zasłonki. Jednak gdy poczuł na sobie spojrzenie Anki, spuścił oczy, zakrył sobie usta dłonią i szybko czmychnął. - Ech - westchnęła dziewczyna, po czym - już w myślach - dodała: - Jeden z tych, którzy zawsze śpią z rączkami na kołderce. W pierwszym rzędzie widowni wyhaczyła Miśkę. Dałaby głowę, że wbrew obietnicy wcale nie przyleciała tuż po wyłączeniu żelazka w garderobie, ale cóż - już któryś raz Anka powiedziała sobie, że w prywatne sprawy swojej przyjaciółki i menadżera w jednej osobie się wtrącać nie będzie. Ktoś z tyłu krzyknął, że teraz wszystko powinno grać. Wracamy do roboty.
- Sukienka wybrana, słońce ty moje? - zapytała Miśka, gdy wróciły już do garderoby, a chwilę wcześniej minęły Autorewersów idących na scenę. - Yyy... - usłyszała w odpowiedzi. W trakcie próby myślała o wszystkim, tylko nie o tym. - ... Zaraz wybiorę. - Jak zwykle - mruknęła Miśka, rozsiadając się na krześle. - Te - odparowała Anka gniewnym tonem. - Żebym ja ci czegoś nie wygarnęła, dobra? Miśka podniosła obie dłonie w górę. - Milknę. Po chwili chmurnej ciszy, gdy Anka w milczeniu oglądała stroje, a Misia w podobnym milczeniu bujała się na krześle, Ania odwróciła się do przyjaciółki, trzymając jedną z sukienek i zapytała: - Co myślisz o tej? Miśka zrobiła minę wyrażającą najszczersze zastanowienie, po czym odpowiedziała: - Jeśli chcesz wyglądać jak wielka landrynka, to będzie w sam raz. - Miśka! - No co? Pytałaś, co o niej myślę, no to ci mówię. - Zawsze ci się podobała. - No i dalej mi się podoba, ale na dzisiaj pasuje jak, nie przymierzając, piącha do nosa. - Czemu? - Mówię ci, że za słodka. Ty masz być drapieżna. Bierz pod uwagę, co dzisiaj masz śpiewać. - W sumie... w sumie faktycznie. Za słodka - Anka bez żalu odwiesiła trzymają przez siebie kreację. - To może ta? - zapytała, biorąc kolejną. - Ta już bardziej. A najlepiej, jak weźmiesz tą trzecią - wskazała na ostatnią sukienkę, leżącą jeszcze na desce do prasowania. Anka odwróciła się. - Ej - zaczęła. - Będę wyglądać jak wamp jakiś. - I o to chodzi! - Miśka wymierzyła w nią swoim palcem wskazującym. - Masz ściąć ich wszystkich z nóg na samym wejściu, a piosenką dodatkowo przywalić do ziemi. Rozumiesz? - Powiedzmy... - mruknęła Anka, przyglądając się uważnie obcisłej sukience z czerwonego materiału, właściwie pozbawionej pleców. - Tjaaa - dodała w myślach. - Z takim dekoltem z tyłu to ja zamarznę. - Buty załatwię ci na wieczór, jakby co. Także powieś ją gdzieś tutaj, żeby była pod ręką, jak już przyjdziesz się szykować. A kłaki ułożę ci osobiście, żeby był totalny szał. Anka z ironiczną miną pokiwała głową. - No co, czy ja kiedykolwiek nie spełniłam jakiejś złożonej ci obietnicy? - Faktycznie - pomyślała Ania. - To ci muszę przyznać, jeśli chodzi o same koncerty, to nigdy o niczym nie zapominasz.
Część 33 / 3
Poobiedni czas wolny Anka spędziła tradycyjnie - leżąc do góry brzuchem na łóżku w swoim hotelowym pokoju. Lepszego sposobu na odstresowanie się i poukładanie własnych myśli nie znała. Miała ułatwione zadanie, gdyż Miśka tradycyjnie wybyła. Czy to załatwiać obiecane buty na koncert, czy robić coś zupełnie innego, niezbyt ją interesowało. Chociaż domyślała się, z kim spędza czas. - Czasem to ja jej nawet zazdroszczę - pomyślała. - Od razu łapie kontakt, nie certoli się z nikim. Ja tak nie potrafię. Jakoś im wszystkim nie ufam. Nie wiem w sumie czemu. Może wydaje mi się, że każdy tylko czyha, żeby dobrać mi się do tyłka. Dosłownie i w przenośni. Coś w tym jest. Chociaż tak, jak dzisiaj się przyjrzałam... Ten ksiądz od Jerychonów taki nawet sympatyczny. Tak w ogóle to ksiądz raczej nie podkładałby nikomu kłód pod nogi, nie? Tak mi się wydaje... Ci jego chłopcy też raczej przyjemni... chociaż ten jeden taki cholerny cnotek na moje oko. Ci z Kierpców też sprawiali wrażenie całkiem fajnych. Mówią, że z nich straszne pijusy, ale cóż, nikt nie jest doskonały. A Autorewersi... W tym momencie westchnęła cicho i przewróciła się na bok. - ... Kurczę. Takie trochę kozaki, cwaniaki, ale na dłuższą metę myślę, że nie są źli. Albo mi się wydaje. Sama już nie wiem... Uśmiechnęła się pod nosem, przypomniawszy sobie, jak Sławek próbował na powitanie pocałować ją w rękę. - Chociaż to się nie chwali. Jak to tak, dopiero co poznaną kobietę po łapach cmokać? Dziwne cokolwiek dla mnie... Cóż, cóż, zdarza się... Rozłożyła się bardziej na łóżku z rozmarzonym uśmiechem, jednak po chwili poderwała się, złapała oburącz za głowę i głośno sobie powiedziała: - Nie, wróć, stop! - po czym kontynuowała w myślach: - Nie możesz dać się zwieść wrażeniu, nie w tym środowisku! Zasada ograniczonego zaufania. Jeśli oddasz się całkowicie, zapewne okaże się, że wbiją ci nóż w plecy. W najpaskudniejszym dla ciebie momencie. Ostrożnie, malutka, ostrożnie. Będziesz mogła być spokojna dopiero, jak szał na ciebie się skończy. I wszyscy zapomną, że kiedykolwiek należałaś do tego przegnitego światka. A teraz już cicho. Nie myśl o tym. Połóż się i odpoczywaj. Gdy przyjdzie pora się zbierać, zapewne obudzi cię twój niezawodny budzik zwany Michaliną.
Stało się dokładnie tak, jak Ania przewidywała - przed godziną osiemnastą wpadła Miśka, zerwała ją na równe nogi i razem poleciały do teatru. Gdy tylko weszły do garderoby, uwagę dziewczyny zwrócił rządek buteleczek ustawionych równiutko pod lustrem. - Oho - powiedziała. - Widzę, że dokładnie przygotowałaś się do roli mojej... khem... stylistki. - Naturalnie - usłyszała w odpowiedzi. - No to... przebierasz się już teraz? - Przecież mamy jeszcze masę czasu - zdziwiła się Anka i rzuciła okiem na wyświetlacz komórki. Miśka podrapała się po głowie. - No tak, ale... może jak chłopcy przylezą, to będziesz się wstydziła. - To się przebiorę w toalecie! - syknęła przez zęby Ania. - Gwiazda przebierająca się w kiblu. Nooo, czegoś takiego jeszcze nie było - uśmiechnęła się koślawo Michalina, na co Anka tylko pół żartem, pół serio pokazała jej język. - Taka ze mnie gwiazda jak z koziej trąbka i ty doskonale o tym wiesz - prychnęła. Ania usiadła na krześle, zamknęła oczy, odgięła głowę do tyłu i łapczywie wciągnęła powietrze nosem. - Spokoju, spokoju, proszę trochę spokoju! - rzuciła w myślach. - Tylko tego na razie potrzebuję. Nie zwróciła nawet szczególnej uwagi na pojawienie się członków Autorewersu. Otworzyła tylko jedno oko - to, które miało do nich bliżej, łypnęła, omiotła całą trójkę pogardliwym spojrzeniem, po czym powróciła do poprzedniej pozycji, dodatkowo lekko odwracając się tyłem do chłopców. - No, to zaczynamy - pomyślała. - Próba sił, koła w ruch!
Godzina dwudziesta, kiedy to Anna miała wejść na scenę i zaśpiewać, zbliżała się nieubłaganie. Przywdziawszy obcisłą czerwoną sukienkę i identycznego koloru buty, które Miśka zgodnie z obietnicą załatwiła, siedziała na krześle przed lustrem, podczas gdy Michalina z wprawą może nie fryzjera, ale przynajmniej asystentki, układała jej włosy w uczesanie, które jej zdaniem miało zwalić wszystkich z nóg. Anna spoglądała na swoje odbicie i bez skrzywienia, ale i bez szczególnego przekonania obserwowała, jak na jej głowie powstaje fryzura, której nie powstydziłaby się niejedna z punkowych gwiazd lat osiemdziesiątych. - Wyglądam jak idiotka - wymamrotała, gdy Miśka nakładała kolejną porcję lakieru. - Nie marudź. Biznes is biznes - usłyszała w odpowiedzi. Anka tylko westchnęła. Nie wiedziała, czy to jej się zdaje, czy czuje na sobie spojrzenia trzech współlokatorów garderoby. Taki paradoks osoby występującej publicznie - bardziej niż kilkaset czy kilka tysięcy osób krępowała ją trzyosobowa garstka ludzi uważnie się jej przypatrująca. Na zasadzie, że im mniej, tym większy stres. Irytowała ją ta "przypadłość", jednak nie mogła na nią zbyt wiele poradzić. No, może oprócz maskowania jej pozorami pewności siebie. - Gotowe - ogłosiła Miśka, poprawiając ostatni nieposłuszny kosmyk na głowie przyjaciółki. - To teraz się tylko ładnie wymalujesz i jesteś gotowa. Anka odwróciła się, jakby podświadomie licząc na to, iż po minach pozostałych będzie mogła wywnioskować, czy faktycznie wygląda głupio. Adam spoglądał na nią przymrużonymi oczyma i kiwał z uznaniem głową. Dziewczyna poczuła się jak rzeźba oglądana przez krytyka sztuki. Szybko zorientowała się, że chłopak nie widzi w niej w tym momencie ekstrawagancko ufryzowanego dziewczęcia, a dzieło rączek Miśki. - A że Adam robi maślane oczy do Michaliny i na odwrót, to wszystko wyjaśnia - dopowiedziała w myślach i dokładnie w tym samym momencie Miśka posłała w stronę chłopca kolejne rozkochane spojrzenie. - No. Właśnie - dodała Ania, po czym rzuciła okiem na pozostałych. Sławek przyglądał się Ance - czy też jej uczesaniu - ze słabo ukrywaną uwagą. Podrapał się po skroni, jakby uśmiechnął pod nosem i wymamrotał: - Hm... Takie... hm... oryginalne. Anka zmarszczyła lekko czoło. W jej uszach brzmiało to nieszczególnie. Jak byle jakie stwierdzenie, chlapnięte tylko po to, żeby jej nie urazić. Nie trawiła takiej kurtuazji. Spojrzała na Marka. Ten zaś... stał do niej plecami i bez najmniejszego zażenowania przebierał się. Bądź co bądź krótko po niej na scenie mieli pojawić się oni i widocznie nastał najwyższy czas, by także zaczęli się szykować. Dziewczyna westchnęła tylko, po czym odwróciła się w drugą stronę. Faktycznie. Pora się szykować. Makijaż na twarz. Subtelnymi muśnięciami położyła na swoją nieco jeszcze dziecinną buzię puder. Ania, mimo, że świadomość, iż za kwadrans pokaże się iluśset ludziom i - o zgrozo - zaśpiewa przed nimi, zaczęła powoli ją "podgryzać", pewną ręką nakładała na swoje rzęsy niemal kilogramy tuszu. Wywijała je przy tym najdelikatniej, jak tylko potrafiła. Konkretnymi pociągnięciami aplikatora pokrywała powieki skrzącym się masą kolorów cieniem. Finalnie dwoma perfekcyjnymi ruchami zabarwiła swoje usta krwistą czerwienią. Trzymając jeszcze w dłoni już zakręconą szminkę spojrzała w lustro. Z drugiej strony szklanej tafli na Anię spoglądała Erika. Drapieżna, ekstrawagancka i seksowna Erika.
Przesmykując się za kotarą, słyszała jakieś gadanie konferansjera. - Typowe głodne kawałki i suche żarty na imprezę dla szych z wielkiego banku i ich przyjaciół - pomyślała, szukając wzrokiem wejścia, którym miałaby dostać się w swoim czasie na scenę. Nagle poczuła cienkie palce zaciskające się na jej nagim ramieniu, co sprawiło, że przestraszyła się nie na żarty i tylko dzięki silnej woli oraz świadomości, gdzie się znajduje, nie wrzasnęła na cały teatr. Odwróciła się i zobaczyła znajomą twarz. - Miśka! - syknęła szeptem Ania. - Nie rób mi tak! Mało nie padłam ze strachu! - Przepraszam - odszepnęła Michalina. - Ale nie darowałabym sobie, gdybym puściła cię bez tego. Dziewczyna wzięła Annę za rękę, po czym powoli, cichym tonem, powiedziała: - Wszystko się uda, zaśpiewasz wspaniale, zrobisz świetny show, a gdybyś poczuła, że coś idzie nie tak, pomyśl sobie, że ja siedzę na widowni w pierwszym rzędzie zaraz po lewej i jestem z tobą. Ania uśmiechnęła się lekko. - Nie-dziękuję. Na ciebie to jednak można liczyć, kiedy człowiek tego potrzebuje... W tym momencie dziewczyna gwałtownie się odwróciła i zaczęła nasłuchiwać tego, co działo się na scenie. - Oho, chyba zaraz mnie zawezwą. Lecę, a ty biegnij i zajmuj miejsce - rzuciła, po czym pobiegła możliwie najciszej w stronę poszukiwanych drzwi. Do jej uszu dobiegł jeszcze tylko głos przyjaciółki mówiący: "Trzymaj się!". - Będę. Mocno - pomyślała Anka, opierając się o futrynę. Teraz już całkiem wyraźnie słyszała kolejne zdania sztywnej, jakby stworzonej przy pomocy gotowego szablonu zapowiedzi: - Podziękowaliśmy brawami formacji Kierpce Szatana, ale to nie koniec mocnych wrażeń tego wieczoru. Za chwilę przed państwem zaprezentuje się pewna młoda dama. Młoda, ale już ukochana przez tłumy. Pociągająca, wyzywająca, drapieżna, a gdy zechce - łagodna i pełna słodyczy jak cukierek. Dzisiaj pokaże państwu to pikantniejsze oblicze. Specjalnie dla wszystkich tu zgromadzonych wykona jeden ze swoich najnowszych utworów, który już szturmem zdobywa listy przebojów... - Ble. Ale koloryzujesz, kolego - prychnęła cicho, ale szybko skupiła uwagę na czym innym. Zza kotary rozległy się słowa: - Przed państwem okrutna i czuła Erika! Ania wzięła głęboki oddech i pewnym krokiem ruszyła. Kilka sekund później stanęła na deskach sceny naprzeciw kilku setek ludzi, panów w garniturach i pań w eleganckich sukienkach. Chociaż płci pięknej wydawało się być zdecydowanie mniej. Gruchnęły brawa na wejście. Czy szczere, czy kurtuazyjne, czy może z rozpędu, bo gra jako trzecia z kolei? W tym momencie nie myślała o tym. Przy pierwszych dźwiękach wstępu oklaski ucichły. Rozbłysły kolorowe światła, rażąc ją w oczy. Nie dała tego po sobie poznać, podobnie jak zżerającego ją strachu. Melodia nieuchronnie zbliżała się do momentu, w którym miała zacząć śpiewać. Chwyciła w prawą dłoń tkwiący dotychczas w statywie mikrofon, lewą zaś - słabo widoczną dla publiczności - zacisnęła w piąstkę. - Poszły konie po betonie. Będzie dobrze. Bo, kurwa, musi być dobrze! - pomyślała. Wciągnęła powietrze nosem. Chwilę potem przez ogromne kolumny z głośnikami popłynęły dźwięki melodii połączone z jej głosem. {i}"Ci wszyscy ludzie pędzą tak. Jedno pytanie - what you doing? Miasto zmienia się w tor wyścigu szczurów co dnia, dzień za dniem. Nikt nie pamięta w sumie już, po co to wszystko, jaki cel w tym. Pogoń liczy się, numer liczy się. I've gotta get away."{/i} Wszystkie myśli skupiła teraz tylko na słowach piosenki i na sobie samej. Nie istniało dla niej nic innego. Toteż nie dostrzegała już oślepiających świateł, rzędów wystrojonych widzów, którzy ze szczerym zainteresowaniem śledzili każdy jej ruch, muzyków grających tuż obok. Całą sobą weszła w świat muzyki. Tej muzyki, z którą rozumiała się jak z nikim innym i którą bez cienia wahania mogłaby nazwać swoją. {i}"Myślę, że chcę być z dala od tych mas, własną drogą iść. Nawet, jeśli mówią, że to dziwne, czuję się ok. Ja chcę żyć na swój sposób, tak jak chcę, bez żadnych ram. Baby, zaakceptuj to."{/i} Oprócz gorąca płynącego z reflektorów nie czuła niczego, co pochodziło z otaczającego ją świata. Także uważnego spojrzenia pary oczu, obserwujących ją z boku. Skryta w cieniu oraz za kotarą postać, rosła, postawna, przywdziana w proste czerwone spodnie i wzorzysty biały t-shirt, ze złotym łańcuchem na szyi, na którym odbijały się różnobarwne światła, tkwiła w bezruchu, wspierając się o krawędź framugi uchylonych drzwi. Muśnięcia kolorowych promieni oświetlały ją co i rusz na kilka sekund i gdyby Ani przyszło do głowy rzucić okiem w jej stronę, zapewne już po chwili rozpoznałaby, kim jest. Ale nie spojrzała. Jej głowa była zaprzątnięta czymś zupełnie innym. {i}"Come on everybody stand up. Sprawmy, by ten ogień zapłonął znów. Nikt nie może go powstrzymać. Nikt nie zwiąże naszych serc. Come on everybody wake up. Nie dajcie się łudzić kolejny raz. Tymi dłońmi kiedyś chwycę je - - unchained heart."{/i} Sławek poczuł, jakby wraz z pierwszymi taktami refrenu w powietrze wystrzeliły fale jakiejś energii. Po plecach chłopaka przebiegł dziwny dreszcz. W połączeniu z oślepieniem, jakie siało światło wirujących reflektorów, gorącem z nich bijącym, ogłuszającą muzyką tworzyło to trudną do opisania, ciężką, zawiesistą, a jednocześnie pociągającą atmosferę. Atmosferę, która go fascynowała, przyciągała i nie pozwalała mu oderwać wzroku choćby na sekundę. {i}"Wśród słów, co ranią tak jak nóż, próbujesz twardszy być od skały. Choć naprawdę strach wciąż ogarnia cię, boisz się przyszłości, czyż nie? Daj spokój, każdy z nas tak ma, zranione serca noszą w sobie. Mamy szukać dróg w labiryncie dusz. We've gotta get away."{/i} Nie wiedzieć, kiedy zaczął dostrzegać krople potu spływające po jej jasnym, wysokim czole. Prześlizgiwały się po skroniach, mijając niemal kapiące od tuszu oczy, przesmykiwały się na długą, smukłą szyję i znikały mu z widoku gdzieś w okolicach ramion. Wydawało mu się, że pod czerwoną sukienką, pod nienaturalnie jasną skórą płonie najżywszy ogień. Mimo tego, że ciało dziewczyny poruszało się raczej spokojnie i płynnie. Coraz mocniej zaangażowany w to, co widział przed sobą, nie zauważył, gdy całemu widowisku przez szparę w drzwiach zaczęły się przyglądać dwie kolejne postacie. {i}"Lonely nights niczym koty łaszą się do moich nóg. Kulę się na parapecie, dusząc w sobie cały żal. Mimo to nie zamierzam poddać się, bo wierzę, że sweet dream złe odegna dni."{/i} Zwilżył językiem przyschnięte od gorąca i nerwowego oddechu usta. Kolejny błysk oślepiającego światła już tak nie raził. Jakby był gdzieś daleko, rozproszony, rozmyty. Stopniowo przestał czuć na całym ciele drgania dudniących bardzo blisko głośników. Miał wrażenie, że to wszystko oddala się od niego, a tuż obok zostają tylko oplatające go jak wąż najczystsze dźwięki muzyki i wślizgujące się do uszu słowa. {i}"Come on everybody stand up. Zbierzcie w sobie trochę odwagi, by schować dzień wczorajszy w kieszeń, spojrzeć na obecny czas. Come on everybody wake up. Nie pozwól, by porwał cię teraz czas. Najważniejsze zawsze będzie twe unchained heart."{/i} Każde słowo, każda litera świdrowały go gdzieś w środku. Zdawało mu się, że chociaż stoi odwrócona w stronę publiczności, to śpiewa do niego i właśnie jemu jedynemu chce tą piosenką coś opowiedzieć. A on słuchał. Ci dwaj, stojący z drugiej strony lekko uchylonych drzwi także, chociaż z pewnością nie z takim zaangażowaniem, jak on. {i}"Come on everybody stand up. Sprawmy, by ten ogień zapłonął znów. Nikt nie może go powstrzymać. Nikt nie zwiąże naszych serc. Come on everybody wake up. Nie dajcie się łudzić kolejny raz. Tymi dłońmi kiedyś chwycę je - - unchained heart."{/i} Młody, krótko obcięty gitarzysta mocną solówką zakończył czterominutowy spektakl. Sławek stał jeszcze przez chwilę, patrząc, jak zwilżona potem Ania-Erika składa niemal wiwatującej publiczności pełen gracji ukłon, po czym gwałtownie się odwrócił i wyleciał na korytarz, nieomal tratując swoich dwóch kolegów, którzy nadal stali za drzwiami. - Stój szalony, dokąd pędzisz? - zapytał Adam, odsuwając się od przejścia. Sławek odwrócił się, przetarł ręką mokre czoło i wymamrotał: - Przepraszam, nie zauważyłem. - Widzę, że też oglądałeś występ młodej gwiazdy... - rzucił Marek, wychylając się lekko za futrynę i obserwując, jak Anka i muzycy jej towarzyszący zbierają się ze sceny. - Niezła jest. - ... No - wydusił z siebie, po czym momentalnie odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę garderób. - Ej, gdzie ty leziesz? Zaraz nasza kolej - syknął Adam na takie dictum. - Ja tylko się obmyć. Szybciutko. Zdążę wrócić.
- Boooże - ni to wysyczała, ni to wycharczała Ania, dopadając krzesła. - Myślałam, że nie dojdę do garderoby i padnę gdzieś na korytarzu. - Dałaś z siebie wszystko - wyszczerzyła się Miśka, wyjmując paczkę chusteczek higienicznych. - Chcesz? - zapytała. Anna nieco nieobecnym wzrokiem zmierzyła paczuszkę, po czym odpowiedziała: - Chyba podziękuję. Lepiej będzie pójść do toalety się umyć trochę. I chyba zmyję makijaż, bo czuję, że już mi wszystko spływa - dodała, opierając palec wskazujący o paczkę wacików kosmetycznych. - Chcesz iść na bankiet nieumalowana? Ani mi się waż - powiedziała Michalina, mrużąc oczy. - Zwariowałaś? Po prostu się pomaluję od nowa. Mam czas, nie? - No faktycznie. Nie pomyślałam, że ty tak pomyślisz. To znaczy... Cholera. Po prostu mam wrażenie, że nie pamiętam wielu rzeczy, które powinnam już dawno o tobie wiedzieć. - Przesadzasz - odparła Ania, po czym wstała, zgarnęła ze stolika waciki oraz butelkę z tonikiem i ruszyła w stronę drzwi. - To idę. A ty leć oglądać Autorewersów. Wiem, że ci zależy. - No i widzisz, cholero. Ty mnie zawsze rozgryziesz, a ja ciebie często nie potrafię. Anka westchnęła tylko, uśmiechnęła się pod nosem i wyszła. W drodze do łazienki słyszała, jak konferansjer zapowiada Autorewers do Przodu - w równie sztampowy sposób, co ją. - I właśnie dlatego wkurzają mnie takie imprezy. Przez suchych panów zapowiadaczy, między innymi - pomyślała, naciskając klamkę. Chwilę później ze sceny rozległy się bardzo prostej rytmicznie syntezatorowej melodii. Ania postawiła butelkę i paczkę na umywalce. Do jej uszu dobiegły niezbyt skomplikowane słowa discopolowej piosenki o miłości do ojczyzny. - Hmmm - mruknęła, odkręcając kran. - No tak, ambitne. Bardzo - dodała w myślach, po czym nachyliła się nad umywalką i chlusnęła sobie w twarz sporą ilością chłodnej wody. Tusz, cienie i inne specyfiki momentalnie spłynęły kolorowymi smugami. - Nie każda sztuka musi być wyrafinowana... Tym bardziej, że nie wszyscy chyba takiej oczekują, jak widzę... Sięgnęła po mydło, a ze sceny poleciał śpiewany niskim, lekko przychrypniętym głosem refren: {i}"Bądź tu ze mną przez tysiące lat. Bądź tu ze mną - niech wiruje świat. Bądź tu ze mną, przytul do mnie się. Bądź tu ze mną - Polsko, kocham cię!"{/i} - Takie nawet... - pomyślała, susząc buzię ręcznikiem. - ... nawet sympatyczne. W zasadzie jakby nie podkreślali, że chodzi im o Polskę, to byłabym święcie przekonana, że to jakaś love song. A to ci dopiero numer. Po innych odgłosach dobiegających z sali, gdzie grali Autorewersi - rytmicznych oklaskach i różnorakich piskach płci pięknej - stwierdziła, że publiczność musi się naprawdę nieźle bawić. Anka zaczęła przy pomocy toniku i wacików ściągać ze swojej twarzy to, co nie zeszło pod wpływem mydła i starała się maksymalnie skupić tylko na tej czynności, zupełnie ignorując dźwięki z zewnątrz. Niezbyt jej to wychodziło. Zupełnie wbrew sobie zaczęła nucić refren słyszanej zza bodaj dwóch par drzwi piosenki. - Matko jedyna - żachnęła się w myślach, ostatni raz przecierając zwilżonym wacikiem powiekę. - Jednak na pewne rzeczy nie ma siły. Dobra. I tak mnie tu nikt nie widzi. To stwierdziwszy zabrała swoje rzeczy i powolnym, tanecznym krokiem ruszyła kulisami w stronę garderoby.
Koncert się zakończył. Konferansjer rzucił jeszcze kolejnym suchym tekstem na pożegnanie, a gromada eleganckich panów i pań, wybawiona i z wymalowanym na twarzach zadowoleniem popłynęła w stronę głównego hallu. Tam, na kilku długich stołach, wyłożono wcześniej czerwonawe obrusy, a na nich soki, drinki i jakieś drobne zakąski. Z ustawionego gdzieś z boku głośnika sączyła się jakaś senna piosenka. Taki widok zastały Ania i Miśka, gdy - już gotowe - zeszły na dół. Gotowe, czyli pierwsza w scenicznej sukience oraz z odświeżonym, nieco już delikatniejszym makijażem i druga, przebrana w prostą, klasyczną "małą czarną". - Juhu, bankiet - rzuciła kąśliwie Anka, rozglądając się wokół. - Cicho bądź - syknęła Miśka, odgarniając włosy za ucho. - Nie marudź, tylko spróbuj dobrze się bawić. - Spróbuj... Tak. To odpowiednie słowo. - Tak. A jeszcze jedno i cię uduszę. Przy świadkach. - Obiecanki cacanki. Misia spojrzała na przyjaciółkę wzrokiem mordercy, by po chwili wybuchnąć szczerym, całkiem serdecznym śmiechem. - Wariatko ty - wymamrotała, po czym ruszyły między gości. Nieprzypadkowo błyskawicznie znalazły się przy jednym ze stołów. Obie wychodziły z założenia, że jak jest konsumpcja za darmo, to trzeba brać. - Ktoś jeszcze z panów artystów zamierza się tu pojawić? - zapytała Anna, pochrupując krakersa. Zazwyczaj na bankietach starała się nie jeść ich, bo wydawało jej się, że przy gryzieniu tychże wygląda jak chomik, ale popchnięta do stołu przez malutki głód zupełnie o tym zapomniała. - Praktycznie wszyscy - odpowiedziała Miśka, jednocześnie głowiąc się nad wyborem jednej z wielu kolorowych szklaneczek. - Znaczy nie, wróć. Gitary Jerychońskie zwinęły się tuż po swojej części i poszli. Z zasady nie chodzą na bankiety. No wiesz. Śluby trzeźwości. - Taaaa - pokiwała głową Anka. - Że ksiądz tam szefostwu obiecał, to jeszcze rozumiem, ale reszta? Jak tak na nich patrzyłam, to miałam wrażenie, że śluby czystości też mają poskładane. Miśka parsknęła śmiechem. Wtedy ni stąd, ni zowąd pojawił się obok nich wysoki gość w okularach, odstawiony w garnitur jak niemal wszyscy mężczyźni tutaj. - A można wiedzieć, z czego panienki tak się śmieją? - zagadnął. - Nic takiego - odpowiedziała z kurtuazyjnym uśmiechem Michalina. - Durnowate, branżowe dowcipy. - Ach tak - odpowiedział mężczyzna, obracając w dłoniach do połowy opróżnioną szklaneczkę. - Każda branża, jak widać, ma swoje żarty. - Taaa... - mruknęła Anna i rozejrzała się po hallu. Przez chwilę stali w milczeniu, po czym Ania odezwała się ponownie: - I co, rozmowa padła? Mężczyzna zmieszał się nieco, zaśmiał się nerwowo i stwierdził: - Nie codziennie rozmawia się z gwiazdą. - Aaaa tam, żadna ze mnie gwiazda - żachnęła się Anka, chwyciwszy stojącą najbliżej szklaneczkę i upiwszy z niej spory łyk. - To, że mnie lansują, nie znaczy, że od razu jestem gwiazdą. - Lans lansem, ale... to, co robisz, się podoba. Przynajmniej mnie. - To miło. A, że tak pozwolę sobie na szczerość - podobają się moje piosenki czy mój tyłek? Miśka, usłyszawszy tak bezpośrednie i jej zdaniem dość obcesowe w tej sytuacji pytanie zrobiła zaskoczoną minę, zaś mężczyzna wprawiony został w zakłopotanie. Przełożył sobie szklankę do drugiej dłoni, podrapał się po głowie, po czym odpowiedział: - Dosadnie to zabrzmiało, ale rozumiem, skąd takie pytanie... Naturalnie chodzi o piosenki. Samym... ciałem niewiele się zdziała, przynajmniej w biznesie muzycznym, jak sądzę... - Oj, mylisz się, mój drogi. Nawet nie wiesz, jak bardzo - pomyślała, po czym zaśmiała się lekko i powiedziała: - Może tego nie widać, ale staram się być dobra w tym, co robię. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, jakby wciąż czuł się zawstydzony rozmową z jedną z gwiazd wieczoru. Po chwili jednak spojrzał gdzieś w bok, jakby kogoś dostrzegł, po czym zwrócił się po raz ostatni do dziewcząt: - Sympatycznie się rozmawia, ale małżonka wzywa. Miłego wieczoru życzę - po czym odszedł. - Małżonka. Małżooooonkaaa - przeciągnęła Anna, jakby nieco przedrzeźniając swego rozmówcę. - Ale z tym pytaniem to przyrżnęłaś jak łbem o mur - odezwała się Miśka, spoglądając na przyjaciółkę z lekkim wyrzutem. - No co? - wzruszyła ramionami Anka, popijając zaczętego podczas rozmowy drinka. - Nie udawaj, że nie wiesz, jak to jest. Większość gości oglądających moje występy w ogóle nie słucha tego, co śpiewam. Liczą się tylko nogi, tyłek i biust. Ewentualnie inne powabne części ciała. - Trzeba było urodzić się brzydszą - prychnęła pół żartem, pół serio Michalina. Anna już chciała w adekwatnym dla siebie stylu odparować dosadnie, jednak w tym momencie wśród krążącego po hallu tłumku dostrzegła znajomą twarz. A potem drugą i trzecią. - Oho, Autorewersi - rzuciła, przyprawiając tym samym przyjaciółkę o szybsze bicie serca. Panowie, ubrani względnie porządnie - a przynajmniej w porównaniu do przaśnych podkoszulków i czerwonych ortalionowych spodni, w jakich biegali po scenie - pokrążyli trochę wokół stołu, szukając jakichś bezpańskich szklaneczek, po czym Adam zauważył Miśkę i ruszył w jej stronę, co dla dziewczyny omal nie skończyło się omdleniem. Chwilę później pozostali dwaj panowie dołączyli do kolegi. Misia momentalnie uwiesiła się na ramieniu Adama, na co ten zareagował ze spokojem, chociaż jego mina zdradzała, że nie do końca takie okazywanie uczuć jest mu na rękę. - Widzę, że panie też tutaj - zagaił Marek, mierząc obie dziewczyny wzrokiem znad grubo oprawianych okularów. - Taaa - mruknęła Anka. - Zresztą kogo tu nie ma? - dodała, wskazując na drugi stół, gdzie członkowie zespołu Kierpce Szatana, zupełnie nieogarnięci, w swoich powycieranych ubraniach i rozczochranych fryzurach, raczyli się trunkiem ze szklanych, zielonych butelek. - Podobno mają zaznaczone w kontrakcie, że zawsze na bankiecie po koncercie musi się znaleźć dla nich tanie wino - uśmiechnął się zgryźliwie Sławek, spoglądając na nich przez ramię. Miśka mimowolnie parsknęła śmiechem. Anka rzuciła okiem na metalowców, po czym skomentowała: - Komandos. Ohyda. Adam mimowolnie spojrzał na niemal opróżnioną szklankę, którą dziewczyna dzierżyła w dłoni. - Preferujesz lepszej jakości trunki, jak widzę - powiedział. - No widzisz. Niektórzy wychodzą z założenia, że tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie, ale ja mam większe wymagania od życia niż Chateaux de Yabeaulle - oznajmiła, po czym dopiła drinka do dna. - Chateaux de Yabeaulle - powtórzył bezwiednie Sławek, po czym zaśmiał się i stwierdził: - Ty to jednak masz poczucie humoru. - No ba. Ale tylko po paru głębszych - rzuciła ironicznie Ania, odkładając pustą szklankę na stół. - A to był który? - zapytał Adam, próbując lekko odsunąć od siebie Miśkę. - ... Pierwszy. - No to walnij jeszcze ze dwa, rozkręcisz trochę atmosferkę. Dziewczyna spojrzała na Adama, jakby spoglądała na wariata. - No pewnie. Mam się nawalić, bo ty masz takie widzimisię. Twoim zdaniem to jest przyjemność narąbać się na imprezie, żeby nazajutrz mieć kaca-giganta i nie pamiętać zupełnie nic? Zbesztany chłopak podrapał się po czole, po czym wymamrotał: - Dobra. Nie o to mi chodziło. Ale nieważne. - Ważne - odezwała się Miśka, przytulając się do Adama. - Mów albo cię ugryzę - zachichotała, w zamyśle zapewne uwodzicielsko, jednak efekt przypominał chichot zaspanej hieny. - Chodziło mi o to, że... - chłopak spojrzał na przywieszoną do niego Michalinę, po czym kontynuował. - Chodziło mi o to, że przydał by się ktoś, kto rozluźni klimat, bo cienki jest raczej. - A czego się spodziewałeś po takiej wyfraczonej imprezie? - Ania oparła się lekko o stół. - No właśnie tego... - skrzywił się Adam, rozglądając się po hallu. - Może jakby zagrali coś żywszego, to by trochę ruszyło. Kto tu jest odpowiedzialny za muzykę? Anna wzruszyła ramionami. - Jakiś koleżka przekładał już raz płytę. No wiesz, tam gdzieś za głośnikiem stoi zwykłe radyjko z odtwarzaczem. Jak to mówią: muzyka z kompaktu, ale didżej żywy. - Tak, tylko trzeba go znaleźć. Który to? - Ten rudy. Chyba - odpowiedziała Anka, wskazując palcem jednego z mężczyzn przy drugim stole. Adam po raz kolejny tego wieczoru odsunął od siebie Miśkę, po czym podszedł do wskazanego gościa, zamienił z nim parę słów, a następnie wrócił i poinformował resztę: - Powiedział, że to da się załatwić. Michalina znowu złapała chłopaka za ramię i dodatkowo tym razem pocałowała w policzek. Anka westchnęła tylko i spojrzała za siebie. Poobserwowała chwilę, jak rudowłosy mężczyzna coś majstruje przy sprzęcie, przegląda jakieś płyty i w końcu jedną z nich umieszcza w odtwarzaczu. Z głośnika popłynęła żwawa, rytmiczna muzyka, nie wiedzieć czemu przywodząca Ance na myśl styl lat 70. Adam pokazał mężczyźnie uniesiony w górę kciuk na znak, że teraz jest okej, po czym pociągnął Miśkę za rękę na środek hallu. Dziewczyna zrozumiała aluzję i już po chwili oboje ruszyli w tany. Nie minęła minuta, a obok nich pojawiło się kilka innych par, ośmielonych ich zachowaniem. Marek poszedł do drugiego stolika, gdzie zaczął…