Psychologia · 14 min czytania
Myślały, że to skrzydła anioła...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
*
Usłyszała trzepot skrzydeł. Od razu starała wyobrazić sobie ich właściciela. Krysia była bardzo ciekawa, czy to ptaszek sfrunął na dach. Może to jakiś bajkowy chochlik spadł z nieba i otworzył parasol. Ale to był trzepot skrzydeł, a nie szum otwierania chochlikowego parasola. Następnie usłyszała drobniutki tupot małych nóżek. Zaintrygowało to małą Krysię, najbardziej z ciekawskich dziewczynek w okolicy. Krysia przykleiła nos do szyby okna, próbując dojrzeć intruza, który był na dachu jej domu. Była mądrym dzieckiem, chociaż przewrażliwionym i lubiącym zwracać na siebie uwagę. Dość często krzyczała. Była dość odważna, dlatego teraz nie spała, chociaż było już późno i ciemno. Jedynie latarnie na ulicy, pełnej domków jednorodzinnych, oświetlały alejki słabym, mlecznym światłem. Krysia zdecydowała, że ściągnie swoje pluszowe kapcie, weźmie pod pachę Misia-Krzysia i sprawdzi co to za cudak zleciał na jej dach. Otworzyła drzwi od pokoju. Starała się być jak najciszej, dlatego pozbyła się papci. Drzwi skrzypnęły cichutko. Bała się bardzo, że obudzi tych, którzy spali niedaleko. Krysia na paluszkach podeszła do drzwi prowadzących na strych. Zaglądnęła przez dziurkę od klucza. Nic nie zauważyła. Nie chciała sięgać do klamki. Poza tym było to bezsensowne, bo zamykano te drzwi na klucz. Dziewczynka odgarnęła jasny lok włosów z czółka. Była dość zawiedziona, że niczego nie odkryła. Wróciła do pokoju. Położyła się do łóżka i zasnęła.
**
Linda usłyszała trzepot skrzydeł po raz drugi w życiu. Pierwszy raz zdarzyło się to gdy umarła jej mama. Nic takiego, pomyślała i wdziała szlafrok. Nie lubiła pokoi hotelowych. Zawsze źle się w nich czuła. Były puste, zimne. Bez wyrazu. Czekała tylko kiedy wróci do domu. Także pustego, ale własnego. Miała tam swój ekspres do kawy, lustro, szczoteczkę do butów, stylową szafę czy fortepian. Linda cierpiała z powodu samotności, tylko troszeczkę. Lubiła czasem być sama. Szczególnie na spacerach, gdy przechodziła przez planty, czy biegała ulicą Floriańską w pogoni za zakupami. Wszystko załatwiała w biegu. To przynajmniej mobilizowało ją do organizacji pracy i skrupulatnego planowania życia. Linda uśmiechnęła się do samej siebie. Popatrzyła na Wrocław. Lubiła to miasto. Był wieczór. Środa. Całe miasto żyło. Była dość mocno zdziwiona takiego ruchem w środku tygodnia. Zaczęła zastanawiać się, co się dzieje poza oknami jej hotelu. Wyszła. Szybkim krokiem ruszyła w kierunku rynku. Miejsce żyło. Tryskało witalnością niczym otwarta, tryskająca, jasną krwią tętnica. Linda znalazła się pośrodku potoku ludzi. W południowej części tego wielkiego, zabytkowego placu znajdowała się scena. Po jej środku wesoło skała jakaś cycata blondynka, którą Linda znała trochę z telewizji. Chociaż „pseudonimu pseudoartystycznego” jej pamięć nie miała ochoty przyswoić. Popatrzyła obojętnie na zahipnotyzowany tłum. Każdy człowiek, którego mijała przedzierając się, znał słowa tych piosenek. Każda matka z dzieckiem na ręku śpiewała pełnym głosem, tę prymitywną pieśń. Każda staruszka, nucąc, ze zgorszeniem wpatrywała się w rozebrane, pląsające na estradzie dziewczę. Każde dziecko podśpiewywało. W roześmianych oczach ojców była także ta piosenka. Pojawili się też dziadkowie, wierni swoim przedwojennym gustom muzycznym. Niestety wszyscy wraz, choć nie śpiewali, to wybijali rytm utworów nogą, a wzrokiem rozbierali wokalistkę. Linda zaczęła się dusić. Wszystko zaczęło wirować. Znalazła się w jednej z bocznych uliczek rynku dobiegających do niego jak mniejsze rzeki do większej. Odwróciła się gwałtownie. Kościół?
***
Część 22 / 2
Następnego dniach w bidulu Krysia usiadła na schodku prowadzącym na piętro. Chciało jej się płakać. Wychowawczyni zakomunikowała jej pewną rzecz. A to zmieszała dziewczynkę. Mała zastanawiała się nad tym co się dzieje. Łzy cisnęły się jej do oczu, nie dlatego, że jej matka umarła. Nie znała jej. Złość wyciskała srebrne krople na „krysine” policzki, dlatego że w jej całym wnętrzu nie było kogoś takiego jak „matka”. Dla niej umarła, zanim Krysia się urodziła. Loki były dzisiaj dość brudne i dziewczynka nie była z tego zadowolona. Swędziała ją główka, a żadna z koleżanek nie chciała pożyczyć mydła. Krysia tego specyfiku nie oszczędzała, chociaż był porcjowany. Miała przezwisko „pańcia”, bo zawsze podczas kąpieli mydliła się obficie, nie żałując go. Lubiła patrzeć na spływające z brzucha potoki zmydlonej, biało-szarej wody. Wręcz uwielbiała przebijać paznokciem bańki powstające na kostce mydła. Szczególną atrakcją było mycie głowy. Krysia namydlała loki tak, że jej głowa przypominała koronę wielkiego, drzewa, czy też wielką spienioną pianę powstającą na wierzchu kufla z piwem. Krysia z niezadowoloną, w dalszym ciągu, miną poszła do łazienki. Eureka! Ktoś zostawił mały ogryzek mydła. Dziewczynce aż się oczy zaświeciły. Umyła się... Wychodząc zaczęły się kłopoty. Przy drzwiach stała gruba Julka. Patrzyła na nią z wielką nienawiścią oraz pogardą. Chyba dla jej higieny. Grubaska podeszła do Krysi i wycedziła: – To było moje mydło. W następnej chwili Krystyna poczuła się dziwnie słabo i jedyne co zapamiętała to szyderczy uśmiech grubaski, który oddalał jej się coraz bardziej. Upadek.
****
Drzwi były otwarte. Linda była cholernie zmęczona. Nigdy się tak źle się nie czuła. Całe jej ciało było na pół zdrętwiałe. Oczy przymknięte. Była spocona i czuła odurzający, deprymujący dla niej zapach potu. Tłum! Fu! Specyficzny chłód kościoła opasał kobietę. Zdołała dowlec się do drugiej ławki znajdującej się w środkowej nawie i opaść z łoskotem na drewniane siedzisko. Oddychała – krótko i szybko. Popatrzyła na ołtarz i nie mogła zrozumieć co się z nią dzieje. Przypomniały się jej wszystkie wydarzenia. Dzisiaj była rocznica śmierci... W jej zmęczonej głowie kołatały się słowa, które jutro miała wyśpiewać. Tutaj, w tym kościele. „Mamo nie płacz, Ty zawsze wspieraj mnie” Paradoksalne, prawda? – wyrzekła Linda w duchu. Symfonia Góreckiego, która będzie gwoździem jutrzejszego koncertu, teraz była dla niej gwoździem... do trumny. Nieraz widziała płaczących ludzi, gdy słuchali tego utworu. Może myśleli o swoich zmarłych rodzicielkach. Ona, niestety też. Za dużo myślała o osobie która nie miała w jej życiu znaczenia. Śpiewaczką była wyborną. Wszystkie sceny i estrady świata lubiły ją gościć. Ta symfonia to tylko praca, powiedziała sobie. Linda otrząsnęła się z nic nie przynoszącego zamyślenia. Wstała, pełna sił. W duchu powtarzając: „Nie mam matki, zostawiła mnie, umarła i koniec.”
*****
Iza dość mocno zacisnęła piąstkę i dała Krysi w…