Romans · 43 min czytania
* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rankiem obudził mnie dzwonek do drzwi. Ociemniała po omacku, w koszuli nocnej szłam w stronę drzwi. Gdzieś w okolicach lustra oświeciło mnie, że może to być Rafał! Nie, przecież nie może tutaj być. Tutaj jest Aśka! Mimo wszystko związałam włosy frotką, bo były w wyjątkowym nieładzie. Drzwi otworzyłam po trzecim dzwonku. Nie wiem sama czy cieszyłam się na to spotkanie z Rafałem. Improwizowałabym. Ale byłam pewna, że nie byłoby to spotkanie polegające na rzuceniu mu się na szyję i wykrzyczeniu przez łzy: przepraszam, że ci nie ufałam. O nie! Jeżeli ktoś ma mnie przepraszać, lub coś tłumaczyć to jest to tylko i wyłącznie on. Jeszcze zanim otworzyłam drzwi usłyszałam spokojny, stateczny głos. -Cześć, przyjechałem po Aśkę, jest już gotowa? Za mahoniowymi drzwiami stał Marek, kuzyn mojej przyjaciółki z wielką torbą zawieszoną na ramieniu. Tak wcześnie? Myślałam, że przynajmniej do południa posiedzimy. -Cześć, Marek. Wchodź otworzyłam szerzej drzwi. -Co tak wcześnie przyjechałeś? -Już na święta mnie przywiało. Zresztą nie tylko mnie... w samochodzie czeka jeszcze Mama i Emilka... Przytaknęłam i z powrotem zamknęłam drzwi na klucz. Kazałam mu usiąść w kuchni, bo zazwyczaj tam przyjmowało się wszystkich gości. Potem poszłam do pokoju gościnnego przy okazji uderzając się w ścianę. Aśka również na wpółprzytomna dotoczyła się do kuchni. -Maruś, porąbało cię? Tak wcześnie?- rzuciła z pretensją ziewając okazale. -Kto cię przysłał? FBI, KGB, CNN, BBC czy jeszcze co innego? -O ile się nie mylę KGB już nie istnieje. Przysłała mnie siła wyższa do której nawet ty musisz się dostosować. Twoja Mamusia tj. spółka z nieograniczoną odpowiedzialnością... Aż się uśmiechnęłam przysłuchując się ich rozmowie. Brzmiała tak beztrosko... dawno z nikim tak nie rozmawiałam. Robiłam kanapki, a Asia poszła się ubrać. Marek był wysokim chłopakiem w zupełnie innym typie, jaki ja preferowałam. Chodził w szerokich spodniach, obszernych bluzach, był ogolony na zapałkę i pod nosem nucił kawałki Molesty. Pracował gdzieś w warsztacie mechanicznym, był absolutną złotą rączką i okropnie irytował mnie tym mruczeniem hip hopu pod nosem. Zjedli śniadanie i wyszli około 9. Znów zostałam sam na sam z własnymi myślami. Puściłam radio i wyglądałam przez okno. Marek obładowany kilkoma bagażami szedł przez podejście z Aśką u boku. Dziewczyna cały czas go poszturchiwała. Aśka była namolna - nie wiedziała kiedy coś jest niestosowne. To właśnie mnie w niej denerwowało. Nagle zobaczyłam, że na ulicy, pod moją furtką zatrzymuje się wiśniowy Lanos. Serce momentalnie podskoczyło mi do gardła, bo Marek z Asią nie przeszli nawet połowy podjazdu i konfrontacja była nieunikniona. Stałam i tępo wpatrywałam się w jakiś krzak w ogrodzie. Nie mogłam Asi zawołać do domu, nie mogłam wygonić Rafała. Kurde! Kopnęłam nogą w szafkę. Znów ta niemoc. Beznadziejna niemoc. Już nawet nie myślałam o tym co zrobię, kiedy stanę z Rafałem twarzą w twarz... Jak to się wyda... Będzie koniec. Usiadłam na taborecie przy stoliku, gdzie zwykle jadaliśmy obiady, podparłam głowę dłońmi i czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. Na polu było smętnie, a dodatkową okropną informacją było to, że nie było śniegu. Szykowała się bez śniegowa zima. Jak byłam mała święta zawsze kojarzyły mi się ze śniegiem. A teraz? Teraz na polu będzie można będzie jako oznakę świątecznego nastroju zaliczyć niemieckie choinki i tandetne amerykańskie światełka. Dźwięk dzwonka do drzwi. Olśnienie. Przecież za nimi stoi Rafał! Czyli trzeba się szybko zerwać, pobiec do nich, otworzyć i pocałować wychowawcę na powitanie. Potem emocje opadły. Pierwszy dzwonek przebrzmiał. Drugi również. Aśka z Markiem już odjechali, a ja nie miałam najmniejszej ochoty podnieść się z niewygodnego, twardego taboretu. Chwila przerwy, a potem trzeci dzwonek. Ciekawe czy czuje się winny? Pukanie do drzwi. Powiem szczerze, że całkiem przyjemne było ważenie każdego dzwonka i świadomość, że za drzwiami stoi obwiniający się Rafał. Głupia byłam, że tak postępowałam, ale czy ktokolwiek może zrozumieć kobietę? Zauważyłam nawet że czasem kobieta kobiety nie potrafi zrozumieć. Podeszłam majestatycznie do drzwi i przekręciłam klucz. Otworzyłam. -Agnieszka, co ty za cyrki odstawiasz?- zapytał na powitanie i już chciał mnie przyciągnąć do siebie, ale w ostatnim momencie zrobiłam krok w tył. -Gniewasz się na mnie? Powiedz o co, a wytłumaczę. -A więc na wszystko masz wytłumaczenie? -Nie mam nic na sumieniu, więc się niczego nie mogę obawiać. Widziałaś, że spotkałem twoją przyjaciółkę, a moją uczennicę- zaakcentował to ostatnie. -Widziałam- przeszłam do kuchni. Rafał bez gestu zapraszającego poszedł za mną, wcześniej zamknąwszy drzwi. Czuł się jak u siebie. Ciekawe dlaczego? Albo dlaczego ja u niego nie czułam się jak u siebie? -Nie interesuje cię co jej powiedziałem?- teraz on sobie wyraźnie pogrywał. -Co cię pokusiło, żebyś tak z rana przyjeżdżał, co? Na każdego się mogłeś naciąć! -Oj przepraszam, faktycznie! Nie mam pojęcia kogo do siebie na noc spraszasz. Powiedziałem, że zanosiłem ci opowiadanie z którego oceną zalegałem z dawna z dawien. Wszyscy wiedzą że poloniści zawsze ci dodatkowe prace oceniali.- zasunął swoją kurtkę skórzaną i ponownie skierował się ku drzwiom. -Powiedziałem ci to dlatego, że takie same wersje mogą być pomocne. Słuchałam go uważnie, prawie tak bardzo, jak go słuchałam, gdy omawialiśmy "Piosenki" Stachury. Byłam ciekawa co będzie dalej i miałam świadomość, że autor może mnie w każdym momencie zaskoczyć. Że w każdym momencie mogę znaleźć jakieś nie pasujące z pozoru słowo, by potem odnaleźć jego dopełnienie. Chciałam się do niego przytulić, ale najzwyczajniej w świecie nie mogłam. Nie mogłam, nie umiałam - sama nie wiem. Wczoraj i dziś chyba milion razy mówiłam "sama nie wiem". Bo i nie wiedziałam... nie wiedziałam nic. Nie znałam nawet jego zamiarów wobec mnie, chociaż kiedyś, podczas spaceru po plantach dokładnie mi powiedział, że mimo wszystko będziemy razem. -Agnieszka, w co ty się bawisz? Nie wmawiaj sobie nic, co nie miało w rzeczywistości miejsca. I przepraszam, że ci to mówię, ale nie baw się we wszystkowiedzącą arogantkę, ok.? Czułam się jak w trakcie nagonki na moją osobę. Wszyscy przeciwko mnie, z tym, że tymi wszystkimi była jedna osoba. Czułam się jak pod ostrzałem. Nie chciałam, albo nie miałam siły ostro odpowiedzieć. Spuściłam wzrok wyznaczając koniec dyskusji. -Mam sobie pójść?- zapytał. Wzruszyłam ramionami nie podnosząc głowy. Obserwowałam nieregularny parkiet z wieloma zarysowaniami. Kuchnia wypełniła się jego perfumami. To dziwne, ale wszędzie, gdzie się pojawiał, towarzyszył mu ostry zapach perfum. Wszędzie. -Ok., nie ma sprawy...- podszedł do drzwi i położył dłoń na klamce. Potem momentalnie się odwrócił się w stronę kuchni. Ja pierwsza nie mogłam przeprosić... on się pierwszy na to zdobył! Był ode mnie oddalony o niecały metr. Nasze ramiona prawie się stykały. Cieszyłam się, że to już koniec i nie muszę udawać wielce obruszonej "arogantki". Przymknęłam oczy i czekałam, aż mnie pocałuje. Nic takiego jednak się nie stało... Położył swój neseser na stole kuchennym i wyciągnął z niego jakiś woreczek. -Trzymaj- podał mi porysowane pudełko płyty. -Myślę, że chciałabyś to obejrzeć. Ze mną, czy beze mnie...- wzięłam je do ręki, obejrzałam, a potem położyłam na stole. Znów mnie zadziwił, ale tym razem się na nim zawiodłam... Patrzyłam mu natrętnie w oczy. -Z tego ostatniego sprawdzianu dostałaś plus cztery. Gratuluję. Najlepsza ocena w klasie. Zabrał teczkę i wyszedł. Myślałam, że takie zjawisko występuje tylko w książkach ;), ale nie potrafiłam ani zrobić kroku, ani cokolwiek powiedzieć. Spojrzałam przez okno. Rafał szedł zdenerwowany w stronę furtki wymachując neseserem. Usiadłam jak zwykle na blacie i zasunęłam zasłony. Zaczął padać deszcz, a ja czułam się całkowicie przygnębiona. Jednak byłam pewna, że pogodzimy się z Rafałem. Tylko kiedy...? Jutro szkoła. Na trzeciej lekcji język polski. Przymknęłam powieki, pod którymi nagromadziły się łzy. Obiecałam sobie kiedyś, że nie będę płakała przez faceta. Ale czym były idiotyczne postanowienia wobec rzeczywistości? Znów radziłam sobie sama. Po południu pojechałam na zakupy, bo lodówka była prawie pusta. Kupiłam kilka bułek, kilka codziennych produktów, frytki błyskawiczne i pizzę. Pochodziłam trochę po pasażu. "Pochodziłam" to było odpowiednie słowo. Rzadko kiedy spoglądałam na kolorowe wystawy. Wszechobecny, tandetny nastrój świąteczny nie udzielał mi się ani trochę. Ludzie robili zakupy na święta, a ja z małą reklamówką przechodziłam obok matek z dziećmi, szczęśliwych par, rodzeństw i rodzin, które wybrały się na wspólne zakupy. W końcu Wigilia już za kilka dni. U nas pewnie i tak wszystko będzie na ostatnią chwilę. Jak zwykle zresztą. Czas zleciał wyjątkowo szybko na rozmyślaniu. Nim się spostrzegłam, była już 15. Wróciłam do domu i zmęczona wrażeniami od razu zasnęłam. Rzuciłam się na łóżko i wreszcie nie myśląc o niczym zatopiłam się w fałdach granatowej pościeli w małe żółte słoneczka i księżyce. Mój pokój był urządzony w temacie "niebo". Ściany były błękitne, pooblepiane fluorescencyjnymi gwiazdeczkami. Meble również. Wieczorem wyglądały imponująco, zaś za dnia były prawie niewidoczne. Telefon dzwonił kilka razy. I domowy i komórka. Na telefonie komórkowym po prostu nie odbierałam rozmów od Rafała. Raz dzwoniła mama. Powiedziałam jej, że jestem w centrum z Aśką, dlatego nie odbieram telefonu domowego. Na zmianę śpiąc i pijąc herbatę dotrwałam do 20. Rzadko oglądałam telewizję, więc nie miało sensu oglądać kolejnego odcinku serialu, z którego i tak nic nie wiedziałam. Nie miałam również zamiaru wtajemniczać się. Zaczęłam czytać książkę. Przez przypadek natrafiłam na jakąś książkę Siesickiej. Jeszcze z czasów mojej mamy. Zawsze jak cierpiałam, musiałam wycierpieć się do cna. Nazywałam to moralnym, bądź psychicznym masochizmem. Słuchałam smętnych piosenek, czytałam książki o miłości itd. Jednak Siesicka była zupełnie czymś innym. Podziwiałam tą kobietę za styl i stateczność w pisaniu książek. Zazdrościłam jej tylu wydanych dzieł, jednakże wiedziałam, że nawet nie spróbuję jej dorównać. Zazdrościłam jej też tego, że po tylu latach jej książki są wznawiane. Tak - chciałam być pisarką. Ale to niestety były mrzonki, które ani trochę nie imały się do rzeczywistości. W rzeczywistości chciałam studiować psychologię społeczną, choć wszyscy mi to rozradzali. Ewentualnie chciałabym pracować z ludźmi uzależnionymi. Książkę skończyłam o 1, a potem odrobiłam zadania domowe. Wypiłam kawę i przystąpiłam do oglądania filmu. W głębi serca miałam nadzieję, że film będzie beznadziejny. Podczas oglądania go, czasem spoglądałam na puste miejsce na kanapie. Cały czas wydawało mi się, że ktoś obok mnie siedzi. Ledwo co się spostrzegłam po policzkach kapały mi łzy i nie mogłam oderwać wzroku od ekranu. Podczas ostatnich dziesięciu minut czułam wielką wyrwę w sercu. Kiedy minęły ostatnie napisy i cudowna muzyka położyłam się na wznak na łóżku. Godzinę wpatrywałam się w sufit i rozmyślałam o filmie. Nie o sobie, ale o bohaterach. Dawno nie widziałam tak pięknego filmu i okropnie żałowałam, że nie ma obok mnie Rafała. Nie mogłam zasnąć. Koło 6 obudzili mnie rodzice. Nie mówiłam im, że już wstałam. Po prostu leżałam i drzemałam. O 7 wszyscy z powrotem wybyli z domu. Strasznie często byłam sama w domu. Chyba już od 11 roku życia. Mama i tata byli właścicielami firmy kosmetycznej, która ostatnio miała duże kłopoty. Zostawali więc czasem po godzinach. Karolina kończyła studia. Ostatni rok pedagogiki. Lekcje zaczynały się o 8:45. W szkole byłam jako jedna z pierwszych osób z mojej klasy. Miał być dzisiaj sprawdzian z matematyki. Przed rozpoczęciem powtarzałam z Aśką trygonometrię. -Jak zwykle nie umiem- powiedziała zakrywając dłonią oczy. -Jak dostanę 1, to mnie starzy z domu wyrzucą! Nie przekonywałam jej, że będzie dobrze, bo sama nic się nie uczyłam. A nasza matematyczka była okropnie zasadnicza i skrupulatna. Matematyka była jedyną lekcją, na której nikt nie myślał o odpisywaniu. -Jak już nas z domu wywalą, to może zamieszkam w parku w namiocie?- zapytałam. -Kto wie... kto wie. Ja jednak wolę mój żółty pokój i stare meble. Zżyłam się z nimi psychicznie... dzień dobry!- krzyknęła. Odwróciłam się i zobaczyłam Rafała idącego korytarzem w naszą stronę. Nie śmiał się, nie miotał uwagami dookoła, nawet czasem nie odpowiadał na powitania. Sunął jak czarna chmura gradowa. -Dzień dobry, Agnieszka, mogę cię prosić na moment?- zapytał patrząc mi natrętnie w oczy. -No nie bardzo, muszę się uczyć. Piszemy sprawdzian z matematyki... -Ojj, to nie dobrze- przywołał beztroski ton, a charakterystyczny dla niego zwrot "ojj" przypomniał mi sobotę. -A może jednak? -Nie. -W takim razie po tej lekcji przyjdź do pokoju nauczycielskiego. Zadzwonił dzwonek. Nauczyciel uśmiechnął się nieznacznie i poszedł na lekcje na pierwsze piętro. Czułam się okropnie, ale wiedziałam, że nie pójdę. Powiedzmy sobie szczerze - sprawdzian zawaliłam. Nic nie pomogły opracowane do perfekcji z Aśką sposoby ściągania, bo ani ja, ani ona prawie nic nie napisałyśmy. Nie przejęłam się zbytnio prawie całowicie pustą kartką, bo złą ocenę ze sprawdzianu zawsze można poprawić. -O Mamo, będzie rzeź- mruknęła Aśka po dzwonku na przerwę do Filipa, który siedział w ławce za nami. -Jak się matematyczka znowu na mnie uweźmie, to do końca roku z podłogi nie wstanę... -Zawsze można dać jej zarobić i wprosić się na korepetycje- wtrąciłam. -Wiecie dziewczyny... zawsze ja wam służę pomocną dłonią. Dla starych znajomych oferuję specjalne zniżki. Dla ciebie Asiu nawet za darmola- mrugnął okiem. -Czy ja wyglądam na osobę, która chce się poddać autodestrukcji? Uczeń ślizgający się na dopuszczających nie znajdzie pomocy w uczniu, który również posiada takie stopnie- zaczęła wyciągać z torby książki do geografii. -Ostatnio dostałem tróję- Filip uśmiechnął się szeroko. -Bo ci podałam kartkę z obliczeniami!- przypomniałam mu dyskretnie ostatni sprawdzian. Był beztalenciem matematycznym w równym stopniu jak Aśka. Ja jeździłam przeważnie na 4. Przynajmniej się starałam... -No wiesz!- fuknęła oburzona. -A mnie nie podałaś! -Siedziałaś po drugiej stronie sali. Samolocika ci miałam puścić? -Wiesz... jakiś pomysł to jest. Aga, ale czy ty nie miałaś pójść do pana Rafała?- zapytała wgryzając się w jabłko. Zawsze na drugie śniadanie jadła jabłko. Udałam zdziwienie. Puknęłam się w czoło i warknęłam "zapomniałam...". -Słońce, nie zdążysz. Za chwilę dzwonek. Nie zdążysz nawet na piętro wyjść. Ale nie martw się. Za godzinę jest polski. Przed lekcją możecie obgadać to co tam macie do obgadania. -Na lekcji też- wtrącił Filip. -My się wcale nie obrazimy... -Ale ja na przerwie idę do biblioteki- skrzywiłam się. Od początku liceum działałam w tzw. "kole bibliotecznym", czyli moimi obowiązkami było częste tam przebywanie, pomaganie w szukaniu książek, porządkowanie ich, odkurzanie i pomaganie bibliotekarce itp. Często na przerwach czytałam książki, lub też się uczyłam. W moim liceum biblioteka była dosyć spora, a ja przeważnie zaszywałam się między 7, a 8 regałem. -W takim razie rób co chcesz. Nie miałam najmniejszej ochoty na kolejną konfrontację z Rafałem. Teraz już chyba z zasady i z powodu dumy, bo w rzeczywistości nie chciałam niczego innego, tylko się z nim pogodzić. Przecież wszystko nie mogło runąć w jednym momencie. Kiedyś przyrównałam to do domku z kart. Zburzył się, a teraz nie ma go kto odbudować. Rafał chce, ale ja nadal tylko zbieram materiały. Geografia jak zwykle szybko przeleciała. Nie lubiłam tego przedmiotu, ale mieliśmy taką sympatyczną nauczycielkę, że jak zaczęła żartować, to z uśmiechem na ustach na siłę spoglądało się do zeszytu. Najlepszymi nauczycielami była właśnie geograficzka, chemiczka i Rafał. Oni mieli fenomenalne podejście do młodzieży. Zadzwonił dzwonek, a ja szybko ulotniłam się z klasy. Poszłam szybkim krokiem w stronę skrzydła, w który znajdowała się biblioteka. Skrzydło było rekreacyjne. Była świetlica ze stołami pingpongowymi, szachami, a obok sala telewizyjna. Strasznie lubiłam tą szkołę. Tutaj nie można się było nudzić. -Dzień dobry- mruknęłam do bibliotekarki na powitanie. Podeszłam do biurka, a ona wręczyła mi kupkę czasopism do podbicia i ułożenia numerami. Była to praca lekka, łatwa i przyjemna. Szybko zniknęłam za siódmym regałem. Były to numery "cogito" i części jakiegoś albumu o malarzach, który często pożyczali uczniowie z kółka plastycznego. Kiedy podbijałam czwarty numer "Wielkich Malarzy" poczułam kogoś oddech na szyi. Tajemniczy "ktoś" po chwili położył mi ręce na talii, a potem zaczął zjeżdżać nimi w dół. Nie miałam wątpliwości, kto za mną stoi. Odwróciłam się agresywnie i zrzuciłam jego ręce. -Czemu mnie unikasz?- zapytał cicho i znów spróbował objąć mnie w talii. Zrobiłam krok w tył, zatrzymując się na stoliku, na którym leżały czasopisma. Był to jego kolejny głupi gest, który powodował u mnie dreszcze na plecach. Nie tyle jego dotyk, ale podmuch wydychanego przez niego powietrza. -Zauważyłeś, że jesteśmy w miejscu publicznym i każdy nas może zobaczyć? -Już nie dbam o to- powiedział sucho łamiącym głosem na granicy szeptu. Coś ścisnęło mi przełyk. Odgarnął włosy do tyłu. Na szyi jak zwykle miał swój nieśmiertelny krzyżyk. Chwycił mnie za przeguby. Serce stanęło mi w gardle i cały czas miałam wrażenie, że ktoś stoi za Rafałem. -Nie gniewaj się na mnie. Kocham cię... -Rafał, co ty ze mną robisz? -Nie rozumiem. -Najpierw mówisz, że kochasz. Potem mówisz, że jesteś zajęty. Kiedy odbierasz telefon słyszę jakieś kobiece głosy, teraz znowu mówisz, że kochasz... Nie rozumiem cię. Robisz mi wodę z mózgu. Pogrywasz sobie ze mną... -Nie. Nie pogrywam.- puścił moje dłonie i znów spiął brwi. W sercu poczułam wyrwę podobną do tej, jaką poczułam po obejrzeniu "Requiem dla snu". -Nie wyobrażasz sobie ile ja ryzykuję. Raz mnie z tobą zobaczą, a nie otrząsnę się do końca życia. A biorąc pod uwagę podobne przypadki wyląduję w kryminale, bo twoi rodzice oskarżą mnie o gwałt, albo nie wiadomo co jeszcze... Agnieszka, nie zmarnujmy tej całej misternie uknutej konspiracji- uśmiechnął się zachęcająco, a ja poczułam, że moje serce powoli się topi. Nienawidziłam takich scen przebaczenia. Nic nie odpowiedziałam. Przytuliłam się tylko do jego czarnej koszuli i przejechałam policzkiem po delikatnym zaroście. Delikatnie pocharował mi skórę, ale czując te nieprzyjemne, a zarazem wspaniałe uczucie, dopiero poczułam, że żyję. Czekałam aż mnie odepchnie i powie "No dobrze, dosyć tych czułości. Konspiracja musi trwać". Potem z biblioteki wyjdzie on, a po dzwonku ja, żaby nie wzbudzać podejrzeń. Nie zrobił jednak niczego takiego. Rafał był odwrócony tyłem do ściany, nie widziałby, jeżeli ktoś by nas zobaczył. Mój wzrok padał prosto na ścianę. Jednak zamknęłam oczy, by nie wiedzieć, ale czuć. Po raz kolejny mu ufałam. Nie chciałam zburzyć tego pięknego momentu, żywcem wyjętego z pospolitej telenoweli. Nie płakałam, ale nie mogę powiedzieć, że czułam się szczęśliwa. Cieszyłam się, że już się pogodziliśmy, ale moje serce dziwnie przepełniał niepokój. W końcu Rafał przestał mnie przytulać. Zabierał ręce wodząc po moich ramionach, rękach, aż w końcu zakończył na dłoniach. -Agnieszko, obiecasz mi, że nigdy więcej... Zaczęłam przytakiwać głową. Teraz z kolei poczułam się jak marionetka, którą sterują emocje, a nie rozsądek, który hipotetycznie powinien być na pierwszym miejscu. Myślałam już, że odejdzie. Że pójdzie sobie, a spotkamy się dopiero za 10 minut na lekcji. -Wiesz gdzie jest trzecia pracownia plastyczna? Tam gdzie spotykają się kółka pani Malczewskiej- zapytał w pewnym momencie. Zobaczyłam błysk w jego oczach. -Nie mam pojęcia.- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. -A o co chodzi? -Jak pójdziesz na parter, to obok kuchni jest taka duża sala. Ona jest pusta i brzydka, bo miała tam być jadalnia, ale nie było na nią kasy, więc zatrzymali się i jej jeszcze nie urządzili. Po drugiej stronie korytarza jest sala z napisem "Art. 3". Wejdziesz do niej, a obok kranu zobaczysz drzwi z namalowanymi "Słonecznikami". Tam spokojnie porozmawiamy. Przypominałam sobie układ szkolnych korytarzy. Kiedyś czekałam na Maję przed drzwiami tej pracowni. Już sobie przypomniałam jak do niej trafić. -Ja już idę. Ty skończ te czasopisma i przyjdź za chwilę, ok.? -Dobrze- uśmiechnęłam się. Miałam szczerą nadzieję, że wytłumaczy mi tą "Jolę". Szybko skończyłam podbijać czasopisma i oddałam je bibliotekarce. Zdziwiła się, że wychodzę, bo zawsze zostawałam do ostatnich minut przerwy. Sali szukałam już dłużej. Skręciłam w stronę kuchni, a potem wyszłam obok składziku na miotły. Ale w końcu zobaczyłam zniszczone drzwi z ręcznie malowanym napisem "Art. 3". Delikatnie nacisnęłam klamkę. W środku śmierdziało terpentyną i kurzem. Jedno okno było uchylone. Rzeczywiście sala była dosyć rzadko uczęszczana, bo w szkole były jeszcze dwie - o wiele lepiej wyposażone. Na ścianach wisiały śliczne obrazy namalowane rękami uczniów. Zazdrościłam im talentu plastycznego. Zawsze chciałam umieć malować. -Co tak długo?- Rafał wyszedł z zaplecza z dłońmi złożonymi jak do modlitwy. -Powiedzmy, że się zgubiłam...…