Romans · 47 min czytania
* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Mamooo- uśmiechnęłam się i wciągnęłam nosem aromat dymiącego sosu. –Stanęłaś na wysokości zadania. Jest jakaś okazja? -Kurczak po węgiersku, pachnie pięknie i jak na razie niczego nie przypaliłam. A okazja... nie, nie ma żadnej. Podobno nie było. Zaś w praktyce była – i to ogromna. W naszej rodzinie nie zdarzały się spontaniczne, wspólne, wykwintne kolacje. -Ubierz się ładnie, proszę.- powiedziała mama, kiedy umyłam ręce. -Nie rozumiem, mamo. Niby dlaczego? -Będziemy mieli gościa. Wykrzywiłam się, bo nie miałam ochoty na strojenie się przed jakąś babcią, ciocią, wujkiem, czy jeszcze kimś innym. -Marzenia, nie przebieram się. Dobrze wyglądam. Gdzie jest Karolina?- zapytałam zdziwiona, bo w poniedziałki, wieczorem zawsze bywała w domu i pilnie się uczyła w swoim pokoju. Poza tym brakowało jej wpychania się we wszystkie miejsca, gdzie pichcone jest coś pysznego. -To właśnie ona przyjdzie z tym gościem- mama uśmiechnęła się tajemniczo mieszając sos do którego wrzuciła chyba pół naszej półki z przyprawami. Papryka mieszała się z pieprzem i ostro kręciła w nosie. Uwielbiałam węgierską kuchnię w prawie takim samym stopniu, jak Karolina. Po usilnych prośbach mamy zdecydowałam się na zmianę bluzki, ale to tylko dlatego, że w domu zaczęło robić się coraz bardziej gorąco. Wdziałam na siebie biały podkoszulek na ramiączkach. Rzekomo wyglądałam „dopuszczalnie”. Kiedy rozczesywałam sobie włosy w przedpokoju drzwi nagle się otwarły. Najpierw zobaczyłam okrągłą buzię siostry, a zaraz potem zmierzwione włosy jakiegoś blondyna, który wydawał mi się dziwnie znajomy... Zmarszczyłam brwi i odłożyłam szczotkę na szafkę pod lustrem. -Cześć młoda!- mruknęła Karolina i uśmiechnęła się przyjaźnie. Potem swojego towarzysza obdarzyła takim samym, śnieżnobiałym uśmiechem. Przywitaliśmy się, a potem facet wziął moją siostrę za rękę i powoli weszli do kuchni. To był pierwszy facet, jakiego Karola przyprowadziła do domu. Czułam, że coś poważnego wisi w powietrzu... Stałam oparta o framugę drzwi kuchennych, gdy mama ze świeczkami w oczach witała przybysza. Tata krzywo patrzył i na swoją córkę i na jej wybranka... Jakoś zabawnie wyglądała ta sytuacja. Ja byłam bacznym obserwatorem. Zdziwiłam się, że Michał, bo tak miał na imię, nie kupił żadnych kwiatów, albo bombonierki, żeby wkupić się w łaski rodziców Karoliny. Ale najwidoczniej nie musiał, mama była w siódmym niebie. -Agnieszko, chodź usiądź z nami... przecież nie będziesz tak stała- powiedział do mnie tata uśmiechając się półgębkiem. Wszyscy się uśmiechali, w końcu ja też. Niezdrowa atmosfera - niezdrowa, albo zbyt zdrowa... -A gdzie pan pracuje?- z ust mamy padło standartowe pytanie. Cóż, jak napisane było w -Małym Księciu - dorosłych nie interesuje kolor oczu, czy włosów twojego przyjaciela. Ich interesuje tylko gdzie pracuje i kim są jego rodzice. Mamusia najwyraźniej też taka była. A Michał miał oczy zielone, całkiem podobne do oczu Rafała. Wyobraziłam sobie co by było, gdybym to ja zaprosiła -mojego mężczyznę na kolację. Gdyby w ogóle kolacja doszła do skutku, ojciec na pewno w ogóle by się nie odzywał, a mama pełniłaby swoje normalne funkcje i zabawiała Rafała rozmową. Kiedy zamknęłyby się za nim drzwi na pewno rzuciłaby się do mnie z pretensjami: -Boże, dziecko. Co ty z sobą wyprawiasz!? . Taka już była nasza mama. Nigdy nie mówiła wszystkiego otwarcie. -Niedawno skończyłem studia prawnicze. W mojej rodzinnej miejscowości jest kancelaria, w której już mnie oczekują. Ja jednak jeszcze korzystam życia- spojrzał nieśmiało na tatę, mnie, a dopiero potem na Karolinę. Przez cały czas rozmowy wpatrywał się mamie głęboko w oczy. Zawsze takie podejście podwyższało ocenę osoby. -Korzystam z życia i kończę odbywam staż tutaj, w Krakowie. Bardzo piękne miasto, zazdroszczę państwu, że tutaj mieszkają... Mama w tej chwili położyła tacę z kurczakiem na stole. Delikatnie kroiła kolejne porcje, a ja, Karolina i Michał dziwnie spoglądaliśmy po sobie. -Myślę, że do kurczaka, zamiast wody mineralnej bardziej pasowałoby czerwone wino- powiedział w pewnym momencie Michał i wyciągnął z tajemniczej reklamówki butelkę najprawdziwszego wina. Tata nareszcie się uśmiechnął. Chyba ten niecały litr napoju podziałał na niego o wiele bardziej niż podziałałyby jakiekolwiek kwiaty, czy bombonierki. Uwielbiał wina. -Sądzę, że to dobry pomysł. Podasz kieliszki, kochanie?- zapytał mamę, a sam zaczął czytać etykietkę. -I korkociąg, jeśli możesz... Tatuś profesjonalnie otworzył butelkę i nalał do czterech kieliszków. Odchrząknęłam głośno. Spojrzał na mnie wymownie - spojrzenie to znaczyło nie więcej co: nawet się nie proś bo i tak nie dostaniesz. Pod tym względem moi rodzice nie byli liberalni. -Jeszcze nie masz 18 lat. W maju się napijesz. Możemy ci nawet identyczne kupić...- powiedział sącząc czerwone wino z kieliszka. -Bardzo smaczne... -Ojj tato, niech młoda sobie zasmakuje francuskiego wina. Wytrawnego... szybko się taka okazja może nie trafić- wstawiła się za mną Karolina, choć wiedziała, że jest mi to obojętne czy się napiję czy nie, bo do alkoholu nigdy mnie nie ciągnęło. Nawet do wytrawnych win. Michał śmiał się bezgłośnie patrząc na moją minę. Błądziłam gdzieś oczami po suficie i próbowałam udawać obrażoną. Nie wychodziło mi to nigdy, bo nie potrafiłam powstrzymać śmiechu. Tata spuścił z tonu i jednak nalał mi kieliszek. Przyznam, że kurczak wyszedł mamie fenomenalnie. Rozmawialiśmy beztrosko, żartowaliśmy wspólnie, a Michał opowiadał o Francji, gdyż właśnie niedawno wrócił z kilku miesięcznego pobytu w tym kraju. Lubiłam Francuzów. Zawsze śmieszył mnie ich akcent i to, że za nic w świecie nie potrafią wymówić niektórych głosek polskich. A kraj... ja i tak bardziej lubiłam Węgry. Sama nie potrafiłam uzasadnić mojej miłości do tego kraju. Czytałam mnóstwo przewodników, poznawałam fakty historyczne, a kiedyś nawet walnie uczyłam się węgierskiego za pomocą słownika. A ze słownika i tak niczego się nie można nauczyć. Zostałam więc z kilkoma słówkami. Kolacja skończyła się niespodziewanie, gdy Michał dostał tajemniczy telefon. Karolina odprowadziła do jego samochodu, pożegnali się, a potem w podskokach wróciła do domu. Dawno nie widziałam jej takiej szczęśliwej. Ale dlaczego się cieszyła? Z tego, że rodzice go polubili? Nonsens, przecież zawsze robiła to, co chciała. Mama podjęła się sprzątania po kolacji, na konto tego, że miałam iść odrobić lekcje. Jutro polski był na pierwszej lekcji – potem jeszcze na ostatniej. Doprowadziłam się do stanu, że szkoła kojarzy mi się nie z nauką, nie z dzwonkami, przerwami tylko z Rafałem. Mój dzień można było podzielić na kilka etapów. Tak samo jak w mojej osobowości można było rozróżnić kilka osób. Pamiętam, kiedy z Rafałem przerabialiśmy „Ferdydurke”. Czułam się okropnie, przystępując do dalszej analizy utworu, bo cały czas miałam wrażenie, że mowa jest o mnie... Niby skupiona siedziałam przy biurku i kreśliłam zygzaki na okładce zeszytu do matematyki. Nie miałam ostatnio na nic ochoty. Nawet dawno żadnego opowiadania nie napisałam... Podeszłam do okna i palcem wskazującym wygięłam listek żaluzji. Zobaczyłam moje podwórko skąpane w ciemności. Kilkanaście minut wcześniej moja siostra żegnała się ze swoim chłopakiem. Nigdy nie miałam odczucia, że była ode mnie lepsza. Uczyłyśmy się podobnie, zachowaniem też się wiele nie różniłyśmy, ale teraz rzeczywiście ukuło mnie uczucie zazdrości. Że ona może zapraszać swojego chłopaka na kolację a ja nie... Ani teraz, ani jutro ani nigdy. A więc jaki jest sens tego związku? Zaczęłam stukać paznokciami o parapet. Jak zwykle miały ładny kształt. Zawsze po kąpieli spędzałam kilka minut na piłowaniu ich. Chłopcy z klasy śmiali się, że to moje hobby. Szkoda, że nie mogłam ich malować na żaden kolor. Pozostawał mi bezbarwny lakier, ewentualnie french, na którego i tak nauczyciele patrzyli krzywo. Usłyszałam pukanie do drzwi. Chwilę potem otwarły się i do pokoju weszła Karolina. Miała narzucony fartuch i włosy spięte na czubku głowy. -No i jak?- zapytała i usiadła na podłodze tuż przy wejściu. Obok stojącej lampy, przy wejściu, nad włącznikiem światła. Miejsce było niezmienne od lat. Jeszcze kiedy byłam mała, czasem siostra siadała tam i czytała mi swoje czytanki z podręcznika. Zawsze śmiesznie udawała głosy bohaterów. Teraz nie dała się namówić chociaż na demonstrację dźwięków sprzed kilku lat, co było całkowicie normalne. -Chodzi ci o kolację, dzień, wieczór, wino, rodzic... -Zgadnij- rozpuściła włosy. Teraz miętosiła frotkę w dłoniach. -Całkiem, całkiem. Odkąd się znacie? -Od początku studiów- powiedziała spokojnie, a mi aż szczęka opadła. Przez pięć lat nic nikt nie wiedział. Moja siostra miała drugie życie – i dziwić się dlaczego nigdy na nic czasu nie miała. –Znamy się od początku, ale interesować sobą dopiero zaczęliśmy się na drugim roku. -Dopiero- zaczęłam ją przedrzeźniać. –Interesować się... -Nikomu nie mówiłam, bo nie wiedziałam, czy on to jest ten jedyny. -Kocham te wielkie słowa, które padają z twoich ust!- prawie krzyknęłam. Chciała być we wszystkim idealna i nie robić żadnych błędów – albo robić ich najmniej jak się da. Nie mówiła, by potem nikt jej nie pocieszał i nie mówił, że trafi na lepszego. Teraz najwyraźniej uznała, że nadszedł ten czas. -A widziałaś jakie zrobił wrażenie na rodzicach?- zapytała z dumą. -Widziałam, widziałam... -Ale tobie muszę powiedzieć prawdę. On wcale nie skończył prawa... -Powiało grozą... a co? -ASP. Zaczęłam się śmiać. Karolina spojrzała na mnie surowo i zawiązała z powrotem kucyka na czubku głowy. Rodzice mieli dość ciekawe podejście do artystów. Że marzyciele, że pracować nie umieją, że urządzić w życiu się nie potrafią itd. Siostra taty wyszła za mąż za malarza. On jeździł z obrazami po Polsce, a ona czekała na niego w domu. Pewnego dnia z pewnego wernisażu przywiózł ze sobą pewien prezent. Ładną, szczupłą i miłą malarkę, która rzekomo interesowała się sztuką męża cioci. Rok od tego spotkania odbył się rozwód. Ciocia Hania wychowuje samotnie synka, choć na alimenty narzekać nie może. Wujek Jacek jeździ po świecie z jeszcze inną malarką-plastyczką i używa życia. Tak że sztuka w naszej rodzinie została stłamszona przez jej bezpośredniego przedstawiciela. -Nie śmiej się. Przecież musiałam coś wymyślić. -A po co ta kolacja? Żeby omamić mamusię i tatusia? Żeby już teraz zdobywał sympatię? -Mniej więcej. Tak na poważnie to wyprowadzam się w maju. Już dość siedziałam rodzicom na głowie, czas już załatwić coś swojego. W końcu już stara du.pa ze mnie! -W Krakowie? -Nie- uśmiechnęła się zalotnie. –W miejscowości rodzinnej Michała- oznajmiła z satysfakcją. Wstała, mrugnęła okiem i poszła z powrotem do kuchni. Tą wiadomością mnie zadziwiła. Domu bez Karoliny natenczas nie potrafiłam sobie wyobrazić. Jej pustego pokoju i wigilii z Michałem wśród gości również... bo przecież oznaczało to, że ślub wisi w powietrzu. Bardzo ciekawie się robi w tym naszym spokojnym domku. Można nawet powiedzieć, że zaczyna wrzeć – byle wcześnie nie wykipiało. Nie odrobiłam matematyki, bo podjęłam heroiczną decyzję, że odpiszę od Filipa, albo Aśki. W klasie humanistycznej trudno było o orłów matematycznych. Poszłam spać. Aż dziwne było to, że nie myślałam o jutrzejszym dniu i pożegnaniu moim i Rafała.
Obudziłam się samoistnie. Pod wpływem impulsu, złego snu, złego przeczucia, czy czegoś podobnego. Wokół mnie było zupełnie ciemno, a dzień za żaluzjami jeszcze nie chciał wstawać. Sprawdziłam godzinę na komórce. 5:30. Mimo tak wczesnej pory nie chciało mi się spać. „Sufitowałam”. Za nic w świecie nie mogłam zasnąć, a było to okropnie denerwujące. Nie ma niczego gorszego od chwilowej bezsenności. Do samego rana nie zasnęłam. Otumaniona wstałam przed siódmą i jako pobudkę zastosowałam kubek kawy. Nie od razu postawił mnie na nogi. Mama właśnie robiła śniadanie, tata jeszcze spał, a Karolina już wybyła z domu. Dopiero teraz skojarzyłam jej rzadkie pobyty w domu z Michałem. Oparłam się o framugę kuchennych drzwi i obserwowałam jak mama fachowo smaruje kanapki margaryną. Co dziwne – w naszym domu na stole zawsze była margaryna, mimo, że wszyscy domownicy woleli masło. -I jak się spodobał Michał?- zapytałam, a mama energicznie odwróciła się w moją stronę. Weszłam głębiej i oparłam się o masywny blat. Z miski na stole jadalnianym wzięłam jabłko. Wgryzłam się w nie delikatnie. -Ogólnie, to ideał, ale coś mi nie gra... -Mamo, ty jak zwykle coś węszysz... może przystopuj, bo jeszcze rzeczywiście wywęszysz coś. Ale jest przynajmniej jedna dobra rzecz dla ciebie z tej kolacji... -Jaka? -Przynajmniej wiesz, że Karolina nie jest lesbijką...- zaśmiałam się i ponownie ugryzłam owoc. -No wiesz! Nawet tak nie mów... ja się cieszę, że w końcu znalazła kogoś dla siebie odpowiedniego- westchnęła mama przeczesując dziwnie sterczące jej dzisiaj włosy. -A czy kiedyś znalazła kogoś nieodpowiedniego?- zapytałam. Nie musiała odpowiadać. Pewnie, że nie! Przez długi czas wydawało mi się, że Karolinę interesują tylko książki. -Na którą masz do szkoły? -Na 8. Za kilka minut mam autobus- powiedziałam spokojnie. Jakoś nie obawiałam się, że się spóźnię. -No to co tutaj jeszcze robisz? Dwie minuty później byłam już gotowa i z dobrym humorem szłam na przystanek autobusowy. Nawet tak jakby pogoda odżyła, mimo, że był zaawansowany grudzień. To głupie, ale ja już czułam wiosnę. Ten specyficzny zapach drażnił mój nos od wyjścia z domu. -Dziś jestem po prośbie. Macie zadanie z matematyki?- zapytałam Aśki i Filipa wykładając książki do polskiego na ławkę. Pokręcili oboje głowami. -Michaaaał...- Aśka oparła łokieć na ławce Michała. Spojrzał na nią z ukosa, podparł głowę dłońmi i zamrugał powiekami. -Co, kochanie? -My troje dziś po prośbie. Masz zadanie z matematyki?- strzeliła okiem. Śmieszne były stosunki Aśki z Michałem. Co chwilę padało „kochanie”, czy inne komplementy. Śmieszne to było, szczególnie, gdy się kłócili. Ja usiadłam w ławce i nieprzytomna zaczęłam przeglądać podręcznik. Pierwszy raz przeglądałam jakąś książkę oglądając tylko obrazki. Nigdy przedtem tego nie robiłam – teraz czekałam na dzwonek i na lekcję polskiego. Gdy Michał użyczył nam zeszytu wszyscy w trójkę spisaliśmy zadanie. -Witam droga młodzieży- do klasy wszedł jak zwykle uśmiechnięty Rafał. Widać było, że ta praca daje mu satysfakcję. Nie raz widziałam jak się głowił, wymyślając scenariusze lekcji, żeby materiał był jak najmniej nudny dla tych, co najmniej się tematem interesują. Innowacją, która do dziś pamiętam była sytuacja, gdy kazał nam się nauczyć dowolnej strony z „Pana Tadeusza”, rzecz jasna nie inwokacji. Przy kolejnych terminach zaliczania, nadal ta sama liczba osób zostawała z pustymi okienkami, a na dodatek jeszcze nie miała ochoty zdawać. Aby w końcu zaliczyli, były inscenizowane scenki, dialogi, a nawet hip hop. Do końca życia zapamiętam tekst: „Tadeusz chociaż miał lat prawie dwadzieście, i od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście...” wyrecytowany do podkładu jakiejś piosenki Paktofoniki. Potem jakoś dziwnie, skacząc po tematach – jak Rafał często robił – przeszliśmy do pojęcia żargonu. -Pogoda niezwykle sprzyjająca, ale za to twarze znużone zimową depresją. Miło było znów go zobaczyć. Te spokojne, zielone oczy, w których zawsze znajdowałam ukojenie. Dziś patrzył się na mnie wyjątkowo intensywnie. Jak sprawdzał obecność, podczas dyktowania notatek. Czułam na sobie jego świdrujące spojrzenie, które zawsze przyprawiało mnie o dreszcze i miłe prądy na ramionach. Patrzył na moje rozpuszczone włosy i wyjątkowo dziś wymalowane rzęsy. Było to niepoważne, ale z powodu, że od razu po szkole idziemy na spotkanie, chciałam wyglądać tego dnia inaczej. Nie zdążyłabym się przebrać, ani uczesać. Była nijaka i codzienna, za to sytuacja była wyjątkowa. Już tęskniłam za mężczyzną, który stał kilka metrów przede mną. Po ostatniej lekcji padło zdanie na które czekałam od samego rana. -Agnieszko, mogłabyś zostać na chwilę? Przytaknęłam i skinęłam na Aśkę, żeby nie czekała. Uczniowie powoli zbierali się z miejsc, a ja podeszłam do biurka. Nikogo nie było w przedzie, a ci z tyłu nie mieli możliwości usłyszeć nawet urywka naszej rozmowy. Wyciągnął jakieś papiery ze swojego sławnego neseseru i „niby” zaczął mi coś tłumaczyć. Oparłam się łokciami o blat biurka, co sprawiło, że nasze twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. -Ślicznie dziś wyglądasz...- powiedział cicho. -...pojedziesz ze mną od razu? Przytaknęłam. Rafał przełożył kilka kartek na wierzch, a w międzyczasie z klasy wyszedł ostatni uczeń. Wreszcie byliśmy sami. Zetknęliśmy się policzkami. -Ślicznie pachniesz- westchnął i pociągnął nosem. Fakt. Rano spryskałam się perfumami Karoliny. -Mów mi jeszcze...- uśmiechnęłam się szelmowsko i usiadłam mu na kolanach. Od razu wtuliłam się w jego czarną koszulę. Chanell Karoliny pomieszał się z zapachem jego perfum. Przymknęłam oczy a on zaczął całować moje włosy. Mimo, iż już powinniśmy być w samochodzie nie mogliśmy się rozstać nawet na tą chwilę. Szkoła już była prawie pusta. Puste ściany sali straszyły. Puste miejsca również. -W takim razie jaki obieramy kurs? Założyłam mu kosmyk blond włosów za ucho. -Zdaję się na twoje decyzje... dziś jestem zdana w pełni na ciebie. Do wieczora, do godziny 22. Ujął moją twarz w dłonie i zaczął mnie całować. Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę się całować w tej sali. Całował mnie namiętniej niż zwykle, tak jakby były to ostatnie nasze wspólne chwile. Dosłownie chwytał każdą nadchodzącą sekundę. I to nie tylko teraz, ale zawsze. Jego motta życiowe zaczerpnięte ze znanych dzieł, od znanych filozofów, ale i z tych książek o których prawie nikt nie słyszał, imponowały mi. Zawsze u facetów pociągała mnie inteligencja. A konkretnie to, że potrafią powiedzieć coś, czego ja w ząb nie będę potrafiła zrozumieć. Nie usłyszeliśmy jak lekkim ruchem uchyliły się drzwi, pchnięte czyjąś ręką. Stopniowo podnosiliśmy się z krzesła, a w pewnym momencie Rafał pchnął mnie na biurko. Oparłam się o chropowate drewno i nadal chłonęłam jego pocałunki. Było mi tak dobrze... Pikanterii dodawało jeszcze uczucie, że w każdej chwili może ktoś wejść. Nie mieliśmy pojęcia, ktoś oparty o framugę bezkarnie nas obserwuje... -I właśnie dla takich chwil warto żyć- szepnęłam mu do ucha. W pewnym momencie odskoczył ode mnie. -O fuck!- odwrócił się w stronę tablicy i uderzył o nią demonstracyjne głową. Nie miałam pojęcia co się dzieje, ani o co mu chodzi. -Coś ty się taki anglista zrobił?- zapytałam żartobliwie i objęłam jego umięśniony brzuch. Szarpnął się i znów znalazł się kilka metrów ode mnie. Na czole pojawiła mu się zmarszczka, a twarz przybrała wyraz zupełnej bezradności pomieszanej ze złością. Nawet teraz był przystojny. -Aga, spójrz na drzwi! -Co?- posłusznie spojrzałam na drzwi wyjściowe z klasy. Były na wpół uchylone. –O co ci chodzi!? -Ch.olera jasna, spieprzyłem sprawę. Ktoś nas widział. Moja wina, nie zamknąłem tych cholernych drzwi!- zaczął krzyczeć. –Spokojnie!- westchnął i usiadł z powrotem na krześle nauczycielskim. Podeszłam do niego i usiadłam na biurku. Przeczesywałam jego włosy. Rafał przyłożył rękę do czoła. -Ale skąd wiesz, że ktoś nas widział? -Drzwi są otwarte. Kiedy wychodził ostatni uczeń, były zamknięte. Specjalnie zwróciłem na to uwagę. Ale drzwi zamknąć nie mogłem! A klucz jest u woźnych! Pójść od razu też nie mogliśmy, przwda!? -Ej, no sorry, ale czy ty masz do mnie pretensje? -Nie!- krzyknął i uderzył nogą w biurko. –Do siebie! -Przecież nie jest powiedziane, że drzwi musiał otworzyć człowiek. -Kosmita otworzył, tak?- rzucił z pretensją. -Uspokój się, Rafał! Mógł je otworzyć przeciąg!- zabrałam się za ratowanie sytuacji. Jeżeli ktoś nas rzeczywiście widział, to byliśmy zgubieni. Nie... niemożliwe, że ktoś as widział! -Tak, szczególnie, że wszystkie okna są zamknięte! Aga, ktoś nas widział, nie rozumiesz?- wstał i chwycił mnie za ręce. Chciał się uspokoić, ale mu nie wychodziło. Cedził każde słowo, a górna warga mu agresywnie drżała. Zrobiło mi się słabo. Nienawidziłam niemocy. Nic teraz nie mogliśmy zrobić! Przymknęłam oczy, a Rafał nadal tarmosił mnie za dłonie. Mówił coś, ale nie słuchałam. Już miałam przed oczami miny rodziców, kiedy dowiedzieliby się o moim „romansie” z wychowawcą. -Aga... przecież oni mnie wypieprzą na zbity pysk! Ja się nigdy nie podniosę...- powiedział w pewnym momencie. Zmienił ton głosu i dlatego zmusił mnie do słuchania. Zaczął się bawić kołnierzykiem mojej bluzki. -No i co my teraz zrobimy?- zapytałam niepewnie. -Nie mam pojęcia!- ponownie chwycił się za głowę. Zaczął się przechadzać wzdłuż sali, jakby opowiadał o jakiejś epoce literackiej. Rzucał się z jednej strony tablicy do drugiej. To przecież mógł być każdy. Sprzątaczka, która przyszła pozamiatać salę, jakiś uczeń, który chciał się coś zapytać Rafała, Aśka chcąca zapytać się mnie czy długo jeszcze będę z nim gadać, bo ona może poczekać. Mógł to być każdy nauczyciel, który miałby jakąś sprawę do Rafała. Nawet mogła to być dyrektorka! Bibliotekarka, sekretarka – dosłownie każdy. Gdy Rafał przechadzał się pod lewą częścią tablicy i gładził kciukiem i palcem wskazującym swój podbródek nagle podszedł do mnie szybkim krokiem i chwycił mnie za rękę. Głowę miałam spuszczoną, więc palcem wskazującym doprowadził moją twarz do pozycji wyjściowej. Spojrzałam w jego oczy, w których ostro zarysowywał się gniew. -Chodźmy już. Zapewnijmy sobie jakieś alibi... -Żartujesz chyba!? Jakie alibi teraz nas uratuje. Znów się zamyślił. -Ale i tak chodźmy, ile tutaj możemy stać? Ubierz się, idź na przystanek 130. Podjadę tam samochodem, czekaj na mnie.- uśmiechnął się beztrosko i pocałował mnie w czubek nosa. Chwilę potem wyszedł z sali nie odwracając się w moją stronę. Wchodziliśmy w jeszcze większe bagno. Gdybyśmy wyszli ze szkoły razem, już byśmy mogli z niego nie wyjść. Nie powiem... całkiem dobrze to obmyślił. Przystanek był dwie ulice od szkoły. Zarzuciłam torbę na ramię i przybita poszłam w stronę szatni. Minęłam kilkoro uczniów. Każdy wydawał mi się potencjalną osobą, która nas widziała. Każde spojrzenie powodowało to, że spuszczałam wzrok na posadzkę i nie podnosiłam głowy dopóki dana osoba nie znikła z pola widzenia. Weszłam do naszej szatni i zaczęłam ubierać adidasy. Zawsze ubierałam się wraz z falą śmiechów kolegów z klasy, szczęśliwa, że już koniec szkoły. Teraz nie było ani radosnego gwaru, ani pogody ducha. Pojawiła się niepewność i nieprzyjemne uczucie w żołądku... Gdy doszłam na przystanek, w pobliżu nie stał żaden wiśniowy Lanos. Usiadłam pod daszkiem, zdjęłam torbę i zaczęłam stukać obcasem w kostkę brukową. Wystukiwałam jakiś wewnętrzny rytm, albo życiową melodię. Coś pomiędzy dźwiękami Led Zeppelin i Rafałowej gitary, grającej kawałki Dżemu. Zmęczyłam się tymi ostatnimi minutami szkoły. Dosyć długo czekałam. A może Rafał rozmawia teraz z kimś w szkole i przeze mnie ma nieprzyjemności? Może ktoś opowiedział wszystko dyrektorce? Wstałam. Od niechcenia zaczęłam przeglądać rozkład jazdy autobusów. Ludzie zmieniali się co kilka minut. Wszyscy obserwowali mnie uważnie – nie mogłam się wyzbyć poczucia winy. Wydawało mi się, że mam wypisane na twarzy: jestem uczennicą 2LO, mam romans ze swoim wychowawcą. Powiedzmy sobie szczerze, czułam się źle – czułam się jak śmieć. Po 20 minutach czekania pod przystanek podjechał wiśniowy samochód Rafała. Ludzie czekający na autobus krzywo spojrzeli na pojazd, a ja weszłam do niego jak najszybciej mogłam, żeby nie zobaczyli kto jest kierowcą. Automatycznie zapięłam pasy. -Rafał, źle się czuję...- powiedziałam patrząc się przed siebie, na samochody jadące po przeciwnym pasie.