Przyjaźń · 1 godz. 10 min czytania
Myśli własne-czasem przemyślane
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
MYŚLI WŁASNE - CZASEM PRZEMYŚLANE
Dobro zawsze istnieje ze złem! Gdyż dobro bez zła byłoby bezmyślne, A zło bez dobra nieobliczalne.
/ Terakowska / ROZDZIAŁ I
WŁASNE MIEJSCE NA ZIEMI
Znów obudził mnie ten powracający koszmarny sen. Zerwałam się z łóżka, jak zwykle lepka od potu. I jeszcze to dziwne uczucie, jakby ktoś ściskał moją szyję, a ja nie mogę złapać oddechu i do tego jestem w pełni świadoma swojej śmierci, która wygra po raz kolejny z życiem, jeśli za moment ta zmora nie zwolni swojego śmiertelnego uścisku. Chciałam zobaczyć, która godzina, spojrzałam więc na zegarek, ale musiała nastąpić chwilowa przerwa w dostawie prądu, bo elektroniczny budzik migał tylko złowrogo czerwonymi kropkami. Pomyślałam jakie to dziwne uczucie niepewności i dezorientacji. Niedosyt podstawowej wiedzy wzbudza w nas poczucie leku i osamotnienia. Sięgnęłam więc po zegarek, który leżał obok łóżka. Była dopiero trzecia w nocy, ale ja byłam już całkowicie rozbudzona. Nigdy po tym śnie nie mogłam już zasnąć. Wstałam więc i znalazłam w ciemności papierosa. Stanęłam przy otwartym oknie i usiadłam na parapecie. Lipcowa noc była ciepła, wręcz parna i duszna. Na zewnątrz panowała jeszcze cisza i spokój. Tylko gdzieniegdzie paliło się światło w mieszkaniu. Zaciągnęłam się nikotynowym dymem, który przynosił chwilowe uspokojenie i spojrzałam na łóżko gdzie spokojnie spał ON. Po cichu wyszłam z sypialni i weszłam do pokoju obok, gdzie w kolorowym łóżeczku, pod oknem spokojnie, spała Emilka. Była jeszcze taka niewinna, jej życie było jak czysta, nie zapisana kartka, która mogła zostać wykorzystana na miliony sposobów. Tymczasem mogła się cieszyć swoją niezmąconą dziecinną radością ze wszystkiego dobrego co ją otaczało i spotkało w jej krótkim, trzyletnim życiu. Pomyślałam, że będzie mogła zostać w przyszłości kim tylko zechce. Z drugiej jednak strony jaki my mamy wybór, stajemy się tacy, jak inni tego od nas oczekują. To oni za nas decydują, a my raz wchodząc w rolę trwamy w niej do końca naszego ziemskiego żywota, bo przecież konformizm jest najprostszym wyjściem i drogą naszego postępowania. Natomiast ci, którzy znajdują w sobie na tyle siły aby walczyć w sztywnych społecznych ramach, zostają odrzuceni i wykluczeni z szerszej społeczności, która zaspakaja przecież nasze podstawowe potrzeby. Bywa jednak tak, że na naszej drodze staje ktoś, kto całkowicie odmienia naszą dotychczasową egzystencję, dokonuje przewartościowania naszego całego poukładanego życia. Jest w tym jednak niebezpieczna pułapka, nigdy nie wiemy kto na nas czeka za następnym rogiem ulicy naszego ziemskiego żywota. Mamy tylko pięćdziesiąt procent szans, że będzie to dobry człowiek i odmieni nasze życie w pozytywny sposób, a co z tymi, którzy trafią na pozostałe pięćdziesiąt procent? Mają tylko dwa wyjścia: poddać się, lub walczyć, tylko dlaczego pierwsza ewentualność jest zawsze dużo prostsza do realizacji? Kto stworzył nas tak słabymi i uległymi? Często zastanawiam się nad tym dlaczego ten byt przez duże „B” dał słabym ludziom wolny wybór? Zapewne wiedział, że większość z nich wybierze pierwsze rozwiązania. Może właśnie na tym polega życie, na wiecznej walce i dokonywaniu wyborów? A może na tym polega cała wielkość Jego planu i zarazem jego perfidia i podstępność. Każdego dnia zmusza nas do dokonywania wyborów, za każdym razem kusi nas złym i nakazuje wybierać dobro, a nasze wybory zapisuje w wirtualnej bazie danych, w postaci magicznych, ale całkowicie nowoczesnych znaków kar i nagród. Często zastanawiałam się nad jego planem w stosunku do mojej osoby. Czy chciał aby moje życie tak właśnie wyglądało? Stawiał na mojej drodze zarówno tych dobrych, jak i złych, którzy odmieniali moją ziemską egzystencję. A może to kogo spotkamy za rogiem zależy właśnie od naszych wyborów, od tego w którą stronę skręcimy? Albo od tego które rozwiązanie wybierzemy? Możliwe, że ci źli są karą za pójście na łatwiznę? Tak wiele pytań moglibyśmy zadać, a one i tak pozostaną bez odpowiedzi. Podobno Ci co chwilowo tam przebywali, podczas śmierci klinicznej, tam gdzieś otrzymują całkowitą wiedzę, odpowiedzi na wszystkie pytania. Może to tak jak po zjedzeniu zakazanego jabłka, Adam posiadł mądrość samego stwórcy, tak samo jest z tymi, którzy do niego odeszli. Jako nagrodę za dobre wybory otrzymali wszechobecną mądrość, poznali prawdę. Ktoś może zapytać jaką prawdę, przecież wszystko jest rzeczą względną i kwestią umowy społecznej. Ja jednak wiem, że nie wszystko. Przecież musi być w naszym życiu coś stałego, obiektywnego, w co będziemy wierzyć. Gdyby mądrość, miłość, sprawiedliwość, wiedza były subiektywne, ta nasze życie też musiałoby takie być, a przecież musimy mieć pewność, że tak nie jest. Jest coś, albo nawet ktoś, który jest ponad subiektywnością, umową społeczną i niedoskonałymi ludźmi. Patrząc na moją córeczkę chciałam jej ofiarować to wszystko, te obiektywne dobra, obdarzyć ją miłością i nauczy kochać, chcę jej pokazać jak odróżnić prawdę od fałszu i jak dokonywać mądrych wyborów. Przede wszystkim chciałabym ją uchronić od spotkania z tymi złymi, choć takiej mocy nie ma nikt z ziemskich istot. Mogę jej jedynie pokazać jak radzić sobie z nocnymi koszmarami, złymi wspomnieniami i niesprawiedliwością jak ją spotka ze strony tych niegodziwych ludzi. Choć to miano czasem to zbyt wiele, jak dla niektórych. Z moich rozmyślań nad naszym losem wyrwała mnie Emilka, która poruszyła się w łóżeczku. Znów spojrzałam na zegarek, była już prawie czwarta, nawet nie zauważyłam, kiedy umknęła mi kolejna godzina życia. Wróciłam do sypialni i położyłam się z powrotem w łóżku. Przytuliłam się w ciemnościach do mojego mężczyzny, który tak spokojnie, miarowo oddychał, a widok jego nagiego ciała przyprawiał mnie o przyjemny dreszcz pożądania. Czułam na sobie jeszcze jego zapach, dotyk, ciepły oddech. Był tak blisko, na wyciągnięcie ręki, był namacalny. Choć ja jeszcze nie do końca uświadomiłam sobie, że należy do mnie, a ja do niego. Po tym co nas połączyło i dzieliło, po tych wszystkich chwilach samotności i obecności innych osób, niespełnionych nadziei, w końcu byliśmy jednym. Jednak musiało upłynąć wiele czasu za nim odnaleźliśmy siebie w tej całej plątaninie ludzkich losów, małych radości i wielkich katastrof. Mój dotyk musiał go obudzić, bo obrócił się do mnie, delikatnie przejechał swoją ciepłą dłonią po moim policzku i zapytał, a raczej stwierdził dobrze mu już znany fakt z mojego, a teraz już naszego życia: -Znów ten sen?- po czym przysunął się do mnie i przytulił mocno, tak jak tego potrzebowałam. Jego bliskości, siły, odwagi, aby rano znów wstać i nie myśleć o tym co się stało, tylko normalnie funkcjonować. Szykować śniadanie, pić kawę, iść do sklepu, bawić się z Emilką, gotować obiad, śmiać się i kochać się z nim. -Kocham cię- wyszeptałam więc, wtulając się jeszcze mocniej w jego ciepłe, nagie ciało. -Ja ciebie też- powiedział i pocałował mnie, tak jak tylko on potrafił, a mnie już sprawiało to przyjemność. Po tym wszystkim co przeszłam, bardzo długo nie mogłam dojść do siebie, dotyk mężczyzny sprawiał mi niemal ból, jedyne co czułam to odraza i wstręt. Przypominał mi to wszystko co mnie spotkało. Potrzebowałam wiele cierpliwości i czułości, zanim doszłam do siebie, zanim odnalazłam siebie ponownie. Mój mąż jednak nie znalazł w sobie zbyt wiele tych ludzkich uczuć. Choć było mu tak samo ciężko jak mnie się z tym wszystkim pogodzić. Wrócić do normalności, choć to raczej nie jest możliwe, po tym co mnie spotkało. Dopiero On odnalazł do mnie drogę, zdobył moje serce, zaufanie i ciało. Byłam jego, choć tak na prawdę to nigdy nie byłam czyjaś, nikt z nas do nikogo nie należy. Jest zupełnie samoistną, niepowtarzalną istota ludzką, która posiadała ogromny dar, siłę, a czasem przekleństwo, kiedy jest wykorzystywany w nieodpowiedni sposób, mianowicie wolny wybór. Zastanawiałam się często o czym myślał ten, który zniszczył mi życie, czy choć przez moment pomyślał o mnie, o moich przeżyciach? A gdyby nie miał wyboru to wszystko by się nie zdarzyło. Ja byłabym kimś innym i zapewne moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej niż teraz. Tylko czy byłoby lepsze i pełniejsze? Tego się już nigdy nie dowiem. Całe to przeżycie zmieniło mnie nieodwracalnie, stałam się inną kobietą, silniejszą, choć głęboko w sercu bardzo zranioną. Z drugiej jednak strony zapewne nie byłabym teraz z tak wspaniałym mężczyzną, który fascynuje mnie każdego dnia coraz bardziej, swoją mądrością, także tą życiową, cierpliwością dla mnie i pełnią wyrozumiałości. Nikomu tak nie ufałam jak jemu, nikt nigdy nie ujął mnie swoją wrażliwością na sprawy innych osób. On nauczył mnie co to znaczy prawdziwe, dojrzale kochać, i każdego dnia od nowa zachwycać się drugą osobą. Jak być ze sobą i nie zatracić się w tej drugiej połówce swojego serca. To on uświadomił mi, że kochać to nie znaczy ochraniać za wszelka cenę przed wszystkim co złe, to znaczy zrozumieć i pomóc zapomnieć o złych przeżyciach. Mój mąż był zupełnie innym człowiekiem, zresztą byliśmy wtedy młodzi i całkowicie w siebie zapatrzeni. Wydawało nam się, że okazywanie miłości polega na seksie i zazdrości. Byliśmy ze sobą, ale tak naprawdę to każde z nas było sobą osobno. Miało swoje sprawy i własną wizję siebie i naszego wspólnego życia za kolejne kilkanaście lat. Chciałbym jednak opowiedzieć wam historię mojego życia od początku. Niby zwykła opowieść jakich wiele, ale przecież każda z nich jest niesamowita i niepowtarzalna. Moja będzie pełna łez, zawiedzionych nadziei, ale też małych radości i wielkiej, prawdziwej miłości. Zaczęłam od końca, bo tak łatwiej mi sobie to wszystko przypomnieć, a nie są to łatwe wspomnienia. Teraz, po latach, osiągnęłam już spokój i mogę opowiadać i myśleć o tym wszystkim z dystansem. Mój mężczyzna pomógł mi się z tym wszystkim pogodzić, nauczył dobrego zapomnienia. Moja córeczka wniosła w moje życie radość i niesamowitą, zupełnie bezwarunkową miłość, o której istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Teraz myślę, że to co mnie spotkało, miało jakiś sens, nie wydarzyło się zupełnie na darmo. Czegoś mnie nauczyło, pozostawiło niezbywalny ślad, stało się przestrogą, ale pomogło odnaleźć prawdziwą mnie. Jak pisze ksiądz Twardowski „Jak Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno”, tak też się poniekąd stało. Moim oknem był On, mój mężczyzna. Szukając siebie, odnalazłam także Jego. Chcę wam także opowiedzieć moją historię jako przestrogę przed złymi ludźmi, ale też przed niedojrzałą, połowiczną namiastką miłości, która wcale nie polega na patrzeniu w oczy, miłych słowach, seksie i panicznym strachu przed odejściem tej drugiej osoby. A zaczyna się od przyjaźni, zaufania, przechodzi w fascynację i przywiązanie. Dojrzała miłość to wspólne sprawy, codzienne radości i wielkie problemy, chwilowe zauroczenie i kłótnie o nieistotne sprawy, które przecież świadczą tylko o tym, że nam na sobie zależy. Prawdziwa miłość opiera się na wzajemnym szacunku, partnerstwie, podziwie. A gdy gaśnie nasze światełko w tunelu, to uczucie, że cały świat nagle zawalił się nam na głowę, a dalsze życie napawa lekiem i niemożnością normalnego funkcjonowania bez tej drugiej połowy. Łóżko staje się za duże, ładne ubrania zbędne, codzienne sprawy nieważne, bo życie dla siebie ma mniejszy wymiar niż życie z kimś i dla kogoś. Budzisz się w nocy i ogarnia cię uczucie pustki i osamotnienia. To co było ważne z nim, bez niego nie ma takiego sensu. Człowiek jest taką istotą, że przywyknie do każdej sytuacji, prędzej czy później pogodzi się ze zmianami i nauczy się żyć od nowa. Tak jak ja się nauczyłam, choć nie było to łatwe. Prawdę mówią słowa, że człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Chęć życia jest zazwyczaj silniejszy niż chwilowy impuls śmierci. Większość z tych, którzy targają się na swoje życie, gdyby im się nie udało za pierwszym razem, więcej by tego nie zrobili. Gdyby tylko znalazł się ktoś, kto podałby im w tej chwili pomocną dłoń, jak mnie podano, ich życie może zostałoby uratowane. Może zdołaliby pokonać strach, rozpacz i beznadziejność sytuacji? A może ich pęd życia wcale nie był taki silny? Ja chciałam żyć, ale po tym co mnie spotkało trochę się pogubiłam w sobie, ale i w zbyt obszernej rzeczywistości, która mnie zewsząd otaczała i momentami miałam wrażenie, że mnie przytłacza, kładzie na mnie swoje ogromne ciało, jakby chciała mnie wchłonąć. Nigdy nie czułam takiej bezradności i zniewolenia jak wtedy. Wszyscy dookoła tylko pytali jak się czuję i zapewniali o swoim współczuciu, ale tak naprawdę to byli jeszcze bardziej bezradni niż ja. To w końcu mnie spotkało i nikt z nich nie był w stanie sobie wyobrazić co ja czuję, co działo się w mojej psychice. Nikt z nich nie mógł mi pomóc, musiałam znaleźć w sobie na tyle siły, odwagi, zapomnienia, żeby wrócić do żywych. Przestać wegetować i rozpamiętywać, zająć się normalnym życiem, codziennymi sprawami. Tylko, że ci, którzy powinni mi w tym pomóc udawali, że nic się nie stało. A ja nie tego potrzebowałam, chciałam o tym mówić, a oni zmieniali temat. Udawali przed sobą i przede mną, że jest tak jak dawniej, tymczasem nie było i już nigdy nie będzie. Teraz wiem, że to był ich sposób pomocy i zapomnienia, ale nie dość skuteczny, a raczej przynoszący wręcz odmienne skutki.
Coraz bardziej uciekałam w siebie. Wybudowałam wokół siebie pancerny mur i przestałam kogokolwiek do siebie dopuszczać. Wszystkich trzymałam na dystans, w każdym szukałam złych intencji. Stałam się arogancka, kapryśna, momentami nie do zniesienia. Oni tymczasem usprawiedliwiali moje dziwne zachowanie tym co przeszłam i traktowali jak chore dziecko, co doprowadzało mnie do jeszcze większej pasji. Któregoś dnia nie wytrzymałam. Wzięłam do ręki fiolkę tabletek i.... Obiecałam jednak, że zacznę opowiadać od początku, więc dotrzymam słowa.
Część 22 / 3
ROZDZIAŁ II
KSIĘŻNICZKA I KSIĄŻE
Miałam zaledwie siedemnaście lat jak poznałam Kostka. On miał już wtedy dwadzieścia cztery. Spotkaliśmy się po raz pierwszy na imprezie urodzinowej mojej kuzynki. Ja oczywiście zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, jak to była w wieku siedemnastu lat. Od chwili jak weszłam do pokoju, w którym on siedział nie spuszczałam z niego wzroku. Mieć takiego chłopaka, to byłoby coś, pomyślałam. Zupełni inny od moich kolegów, niedojrzałych dzieciaków. On był przystojny, mądry, zabawny i straszy, co dla mnie było równoznaczne z dorosły i dojrzały do prawdziwego związki i miłości aż po grób. Liczyło się także to, że koleżanki pękłyby z zazdrości. Przez cały wieczór próbowałam zwrócić na siebie jego uwagę. Wydawało mi się, że głośne wygłaszanie opinii w rozmowie i ponętny taniec wystarczą, aby osiągnąć swój cel. I owszem wystarczyły. Siedziałam sama przy stoliku, kiedy on usiadł obok. Podał mi dłoń i przedstawił się. O mało nie zemdlałam z wrażenia. Taki chłopak jednak się mną zainteresował. Byłam w siódmym niebie, na chwilę odleciałam ku obłokom i poczułam czystą, niczym nie zmąconą radość, a jej przyczyną był on, siedzący tak blisko mnie. Jego fizyczna obecność wprawiała mnie w egzaltyczny stan uwielbienia dla jego osoby. Od momentu jak tylko go ujrzałam stał się moim idolem, niemal bóstwem. Chciałam go podziwiać, zatracać się w nim, należeć tylko i wyłącznie do jego pięknej osoby. Kochałam go całą moją miłością, tak jak tylko potrafi kochać siedemnastolatka. Bezgranicznie, bezwarunkowo i całą sobą. Za jedno jego słowo byłam gotowa oddać mu swoją duszę i swoje ciało. Wtedy jeszcze wierzyłam, że ludzie do siebie należą nawzajem, a miłość może sprawić cuda, a każde marzenie można spełnić jeśli tylko się chce. Kiedy teraz o tym myślę, zazdroszczę tym wszystkim, którzy dopiero mają ten wiek przed sobą. Będą doznawać tych magicznych, niepowtarzalnych chwil pierwszych najprawdziwszych miłości, zachwytu drugim człowiekiem. Żadne następne uczucie już nie będzie tak bezwarunkowe i metafizyczne. Za to już zawsze będzie porównywane i choćby było o niebo lepsze, to zawsze pozostaje uczucie jakiegoś dziwnego, niezrozumiałego niedosytu. Jak gdyby w układance naszego życia brakowało jednego puzzla. Niby tylko jednego, ale dla nas jakże ważnego. Niedosyt wiedzy dotyczącej naszej przyszłości, tego jakby nasze życie wyglądało u boku naszej pierwszej miłości. Kolejne pytanie, które zawsze pozostanie bez odpowiedzi. Tamtego wieczoru rozmawiałam z Kostkiem o zupełnie banalnych rzeczach, o pogodzie, imprezie, zbliżających się wakacjach, jego studiach, mojej maturze. Dla mnie jednak była to najważniejsza rozmowa w dotychczasowym życiu. Chciałam aby ta chwila trwała w nieskończoność. A kiedy o szóstej rano zaproponował, że odprowadzi mnie do domu, z wrażenia nie wydusiłam z siebie słowa, tylko przytaknęłam głową, że się zgadzam, co dla mnie oznaczało, że jestem zachwycona. Natomiast kiedy zapytał czy możemy się znów spotkać, o mało co nie zemdlałam z wrażenia. Umówiliśmy się na następną sobotę. Leżąc już w łóżku nie mogło do mnie jeszcze dotrzeć, że taki chłopak chce się ze mną spotkać. Bałam się zasnąć, w obawie, że to wszystko okaże się tylko pięknym snem. Cały następny tydzień chodziłam podekscytowana i wręcz dumna. Czułam się jak księżniczka, która spotkała swojego księcia. Moja samoocena podniosła się chyba o dwieście procent i sięgała zenitu. Koleżanki oczywiście były zazdrosne, kiedy im opowiadałam o moim księciu z bajki. Chciały go oczywiście zobaczyć, aby się przekonać, że nie kłamię i obniżyć jego wartość w swoich oczach, doszukując się każdej nawet najmniejszej skazy, na jego doskonałej osobie. Ja natomiast śniłam na jawie swój piękny sen. Wyobrażałam sobie co powiem jak się znów spotkamy, wymyślałam inteligentną odpowiedź na każde możliwe pytanie, które mógłby mi zadać. Całą sobotę spędziłam w łazience. Moje przyjaciółki robiły mi blond pasemka, na moich mysich włosach. Malowałam paznokcie, robiłam staranny makijaż, przymierzyłam chyba wszystkie ciuchy z mojej szafy. Wszystko po to, aby mój książe padł z wrażenia jak mnie zobaczy i nie oglądał się za żadnymi innymi dziewczynami. Chciałam być od tej pory całym jego światem, nic innego miało się już dla niego nie liczyć. Miałam go oczarować, zafascynować swoją osobą, aby nie mógł beze spędzić ani jednego dnia dłużej. Taki był mój plan działania. Kiedy o siódmej usłyszałam dzwonek u drzwi, o mało nie połamałam sobie nóg zbiegając po schodach, aby jak najszybciej otworzyć. Ostatecznie założyłam na siebie czarna spódniczkę i kremową bluzeczkę z odpowiednim dekoltem. Kostek ofiarował mi różę i pojechaliśmy na naszą pierwszą randkę. Myślałam, że pojedziemy do kina, albo jakiejś kawiarni, tymczasem zabrał mnie w o wiele lepsze miejsce. Kiedy moje koleżanki się dowiedziały, gdzie byliśmy faktycznie o mało nie pękły z zazdrości. Pojechaliśmy do najlepszego klubu w mieście, ale to nie wszystko, on znał właściciela tego lokalu, to dopiero było coś. Ja siedemnastoletnia dziewczynka w najlepszym klubie w mieście, gdzie przy wejściu sprawdzali dowody, ze świetnym chłopakiem. To było jak wspaniały sen, jak bajka, nawet nie marzyłam o czymś takim, wydawało mi się to zbyt nierealne. Tymczasem stało się najprawdziwszą rzeczywistością. Usiedliśmy przy stoliku, Kostek zamówił dla nas drinki i rozmawialiśmy o wielu poważnych sprawach, przynajmniej wtedy takie mi się wydawały. Tego wieczoru poznałam także jego dwóch przyjaciół. Jeden był właścicielem klubu- Mateusz, a drugi jego stałym bywalcem- Balu, choć tak naprawdę, to miał na imię Tomasz, ale niewielu ludzi o tym wiedziało. Wydali mi się bardzo sympatyczni. Przysiedli się do naszego stolika i rozmawialiśmy. Mateusz zapytał co myślę o jego klubie, a ja nie mogłam przestać go wychwalać. Balu opowiadał o swojej pracy i ostatnim kliencie, który chciał się ubezpieczyć od pomysłów żony, która miała dość dziwny, ekstremalny sposób spędzania czasu wolnego i wciągała w to męża, który bał się wręcz wszystkiego. Począwszy od jeżdżenia windą, po uprawianie seksu. Świetnie się bawiłam w ich towarzystwie. Imponowali mi na każdej płaszczyźnie. Począwszy od wieku, a skończywszy na poczuciu humoru i jeszcze to, że traktowali mnie jak dorosłą. Gdy Kostek odwiózł mnie o jedenastej do domu i pocałował na pożegnanie poczułam jak nogi się pode mną uginają pod wpływem wrażeń wieczoru, najlepszego w moim dotychczasowym życiu. Dla mnie, tamtego dnia, rozpoczęło się nowe bajkowe życie, u boku mojego wspaniałego księcia. Byłam gotowa zrobić wszystko, żeby tylko ta chwila trwała wiecznie.
*
Z czasem nasza znajomość się rozwijała, zaczęliśmy się spotykać coraz częściej, niemal codziennie. Jeździliśmy do klubu, albo do kina. Bardzo polubiłam Matiego i Balu, którzy często nam towarzyszyli. Po kilku miesiącach czułam się w klubie jak w domu. Wydawało mi się, że dorosłam i na dodatek zjadłam wszystkie rozumy. Nie mogłam zrozumieć rodziców, którzy nadal kazali mi wracać o jedenastej do domu. Z niecierpliwością czekałam na moje osiemnaste urodziny, kiedy to stanę się pełnoletnia i już nie będą mi mogli mówić co mam robić. Jakże jest się naiwnym w tym wieku. Dopiero potem się zaczyna pojmować, że to rodzice nas utrzymują, a to daje im prawo do decydowania o naszym życiu, poza tym oni są znacznie mądrzejsi i nie dlatego, że pozjadali wszystkie rozumy, ale posiadają nabyta mądrość życiowa, ale kto by ich tam słuchał mając 17 lat i prawdziwa miłość. Każdy nastolatek ma swoja prawdę o życiu i chce za siebie decydować, podejmować poważne decyzje, które zazwyczaj są nieprzemyślane i błędne, ale o tym przekonuje się parę lat później, kiedy zazwyczaj jest już a późno, na naprawę błędów młodości. Każdy musi jednak przez to przejść, popełniać swoje błędy i przeżywać chwile wielkiej tragedii z powodu zawiedzionej nadziei i euforycznych radości z racji pierwszych miłosnych uniesień. Ja tymczasem byłam zbyt zakochana, aby przyjmować się poglądami rodziców, którzy w moim mniemaniu już swoje życie przeżyli. Co zresztą może wiedzieć o prawdziwym życiu siedemnastoletnia dziewczyna wychowana w cieplarnianych warunkach, której wydawało się, ze jej przyszłość będzie jak bajka.
*
Część 33 / 3
W czerwcu skończyłam szkołę i zaczęliśmy się widywać z Kostkiem prawie codziennie. Coraz więcej czasu spędzaliśmy w jego mieszkaniu. Gotowałam mu obiad jak był w pracy. Po zakończeniu sesji znalazł pracę w firmie komputerowej jako programista. Było to zgodne z kierunkiem jego studiów i interesowały go komputery. W mieszkaniu miał cały sprzęt komputerowy jaki tylko był dostępny na rynku. Nie był jednak maniakiem i na szczęście dla mnie, nie spędzał przy nim całego wolego czasu. A wręcz przeciwnie poświęcał go mnie, co bardzo mi pochlebiało. Ja jak mała dziewczynka, którą zresztą byłam, bawiłam się w dom i wydawało mi się to najcudowniejszym przeżyciem pod słońcem. Wydawało mi się odkryłam swoje powołanie, mianowicie postanowiłam zostać panią domu. A skoro tak dobrze mi szło, przez myśl przemknęła mi myśl, że może wzięlibyśmy z Kostkiem ślub i zamieszkalibyśmy razem, a rodzice przestaliby się wreszcie czepiać, że spędzam z nim zbyt wiele czasu. Spędzam z nim całe dnie, bo go kocham, a moi rodzice mają to już za sobą i dlatego się denerwowali, tak wtedy myślałam. Ich małżeństwo wydawało mi się skostniałym tworem, który nie powinien istnieć, a ich wzajemne stosunki uważałam za chore i nienormalne. Oczywiście, jak dziewięćdziesiąt procent dzieci, obiecałam sobie, że moje małżeństwo będzie wyglądało zupełnie inaczej. Nie byłam wtedy jeszcze świadoma, że większość małżeństw tak właśnie wygląda. Skupiają się na pracy, codziennych sprawach, czasem się kłócą, a wielkie uniesienia zdarzają im się do czasu do czasu. Moje małżeństwo tymczasem miało być idealne. Miało się przecież opierać na miłości, szacunku, fascynacji.
*
Tymczasem w lipcu doczekałam się wreszcie pełnoletności. Wypadały w lipcu,. Miałam także inną rocznicę do świętowania, mianowicie byliśmy już Kostekiem od pięciu miesięcy, a ja kochałam go na zabój, wydawało mi się, że jemu też na mnie zależy. Było nam razem bardzo dobrze, świetnie się dogadywaliśmy, nasze wzajemne towarzystwo sprawiało nam przyjemność. On jednak nie powiedział mi tego magicznego słowa, na które tak czekałam. Nie uprawialiśmy też jeszcze seksu. On nie nalegał, a mnie wystarczyły jego pocałunki i pieszczoty, przyprawiające mnie o największy dreszcz pożądania, ale zawsze na tym poprzestawaliśmy. Kochałam go i ceniłam za to jeszcze bardziej. W dniu moich osiemnastych urodzin Kostek wraz z moimi rodzicami i Mateuszem i Balu przygotowali dla mnie przyjęcie niespodziankę w klubie. Wydawało mi się, że był to najwspanialszy prezent jaki mogłam otrzymać, ale ten właściwy otrzymałam w nocy. Rodzice nawet, żeby nie zdradzić sekretu, rano wręczyli mi prezent. Wieczorem przyjechał po mnie Kostek i jak zwykle pojechaliśmy do klubu, więc nie wzbudziło to we mnie żadnych podejrzeń. Zorientowałam się dopiero, kiedy weszliśmy do środka, a tam było zupełnie ciemno. Mateusz wniósł na salę płonący tort, a wszyscy zebrani zaczęli śpiewać sto lat. Wśród gości byli moi rodzice, koleżanki z klasy, ludzie, których poznałam w klubie. Byłam mile zaskoczona i znów poczułam się jak księżniczka. Zabawa była świetna. Przetańczyliśmy całą noc. A ja w roli królowej balu czułam się nadzwyczaj dobrze. Byłam podziwiana przez koleżanki, chłopcy mnie adorowali. Takie życie chciałam mieć i wtedy wydawało mi się, że nic nie stoi na przeszkodzie aby tak właśnie było. Moi rodzice pojechali wcześniej do domu, a ja korzystając z okazji, pod przykrywką przedłużonej imprezy, spędziłam noc z Kostkiem. Do tej pory rodzice nie zgadzali się , abym u niego nocowała. Miałam co prawda większą swobodą odkąd go poznali, mogłam wracać po dwunastej, ale zawsze miałam wrócić do domu. Tamtej nocy po raz pierwszy się kochaliśmy. Kostek był wspaniały, delikatny, wrażliwy na moje potrzeby, subtelny i romantyczny. O wszystkim pomyślał, zabezpieczył się i kochał się ze mną delikatnie, a jednocześnie łapczywie pochłaniał moje ciało rękoma, ustami, całym sobą. Sprawiał mi tym niesamowitą przyjemność. A potem, kiedy już leżeliśmy nadzy obok siebie, wyszeptał mi do ucha, to co chciałam usłyszeć. Powiedział, że mnie kocha i jestem niesamowitą kobietą. To ujęło mnie najbardziej, że nazwał mnie kobietą, traktował mnie poważnie i jak dojrzałą partnerkę, a nie małą dziewczynkę. Tak przynajmniej mi się wtedy wydawało. Nie wiedziałam jednak, że facet doskonale wie, co dziewczyna chce usłyszeć w danym momencie i skwapliwie to wykorzystuje, chcąc osiągnąć zamierzony cel. A to, że mnie kochał, to faktycznie coś do mnie czuł. Jednak nie jestem pewna, czy on wiedział co znaczy słowo kochać. Jego uczucie to była fascynacja, sympatia, jednak te uczucia nie miały jeszcze szansy przerodzić się prawdziwa miłość, taką, która wszystko przetrzyma, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. Jedno było pewne tamte wakacje były wspaniałe. Wiele się w moim życie zmieniło. Stałam się poważną, dorosłą kobieta, przynajmniej takie miałam o sobie wyobrażenie. Miałam miłość swojego życia i wspaniałych nowych przyjaciół. Byłam bogatsza o wiele dorosłych doświadczeń. We wrześniu wróciłam do szkoły na ostatni rok nauki, w tym roku zdawałam maturę. Mój związek z Kostkiem nie przeszkadzał mi w nauce, czego obawiali się moi rodzice. Wręcz przeciwnie on mnie uskrzydlał, dodawał mi sił, odwagi, nawet czasem miałam wrażenie, że także mądrości. Jego osoba motywowała mnie do nauki, do tego abym była jeszcze lepsza. On sam pisał pracę magisterską, dla niego to też był ostatni rok studiów. Nie zrezygnował także z pracy, gdzie zaproponowano mu cały etat. Kolejny rok mijał nam w zastraszająco szybkim tempie. Ja uczyłam się do matury i obrastałam w piórka dorosłości. Nagle zorientowałam się, że bardzo się zmieniłam, odstawałam od moich szkolnych koleżanek, które dopiero zaczęły poszukiwać swoich pierwszych wielkich zauroczeń, ja tymczasem trwałam w poważnym związku. Koledzy z klasy wydawali mi się infantylni, problemy koleżanek już nie były moimi problemami. Miałam już inne życie, innych przyjaciół, inne problemy. Kiedy moje koleżanki zachwycały się pierwszym pocałunkiem, ja zastanawiałam się czy przypadkiem już nie jestem w ciąży. Mimo to nie czułam jakiejś straty, jakby mnie coś ominęło, wręcz przeciwnie czułam się wyróżniona, dorosła, kochana, co było najważniejsze. Kostek był wspaniałym człowiekiem. Poza walorami powierzchownymi, które mnie do niego przyciągnęły, był inteligentny, wrażliwy i dorosły, co imponowało mi najbardziej. Te wszystkie jego cechy, które mnie fascynowały, u moich rodziców wzbudzały zaufanie do niego i sympatię. Dali mi dużo swobody, już nie musiałam być o jedenastej w domu. Większość wieczorów nadal spędzaliśmy w klubie, w którym czułam się jak u siebie. Znałam już wszystkie jego zakamarki i nawet czasem stałam za barem, zastępując Matiego. Bardzo polubiłam jego i Balu, można powiedzieć, że się z nimi zaprzyjaźniłam. Imponowało mi to, że dorośli faceci traktowali mnie, taką małolatę, jak równą sobie. W szczególny sposób intrygował mnie jednak Balu. Miał prawie dwadzieścia osiem lat, jak go poznałam. Pracował w firmie zajmującej się doradztwem finansowym. Był z nich trzech najpoważniejszy, sprawiał wrażenie wiecznie zamyślonego. Zazwyczaj był pochłonięty jakimiś swoimi sprawami. Był samotnikiem z wyboru, tak o nim mówił Mateusz. Była w nim jakaś tajemniczość, która intrygowała i przyciągała kobiety. Zawsze kręciło się przy nim wiele pięknych dziewczyn, które na miliony sposobów próbowały go zdobyć, on tymczasem zachowywał się jakby tego zupełnie nie zauważał. Był jak niezdobyta twierdza. Niektórzy zastanawiali się nawet czy on nie woli płci przeciwnej, ale tak nie było. Z opowiadań Kostka wiedziałam, że miał kiedyś dziewczynę, którą bardzo kochał, może zbyt bardzo, ale zginęła w wypadku samochodowym. Wydarzyło się to dziewięć lat temu, a on od tamtej pory był sam. Od czasu do czasu pokazywał się z jakąś panienką, ale to były chwilowe kaprysy przepełnione seksem i niczym więcej. Kiedyś siedzieliśmy sami przy stoliku w klubie i po raz kolejny jakaś panna obdarzyła Balu wymownym spojrzeniem, zapytała go wtedy żartem: -Czemu nie zwracasz uwagi na te wszystkie piękne niewiasty, które za wszelką cenę chciałyby być twoje- on roześmiał się tylko i odpowiedział: -Nie mogę podrywać innych, kiedy siedzę z jedną z nich-powiedział i posłał mi zawadiacki uśmiech. -Nie żartuj sobie ze mnie- skarciłam go żartobliwie, tym bardziej, że pochlebiały mi jego słowa. -Ależ nie miałem takiego zamiaru, a jak chcesz wiedzieć, to żadna z nich nie ma w sobie tyle ciepła, wrażliwości i zarazem wewnętrznej siły i piękna żebym mógł się nią zainteresować. -Ja wiem, że kiedyś ją spotkasz- oznajmiłam mu pewna swojego stwierdzenia w stu procentach. Jak tylko może być pewna młoda zakochana nastolatka, która nie dopuszcza do siebie, że nie istnieje cos takiego jak dwie połówki tego samego jabłka. Poza tym tak świetny facet, jak on nie mógł być sam, musiał dzielić swoje dobro, wrażliwość, miłość i mądrość z druga osobą. I w wieku osiemnastu lat jeszcze posiada się ten cenny dar wiary w dwie połówki jabłka, wielką miłość od pierwszego wejrzenia, wielkie uniesienia i katastroficzne rozstania i powroty. Jak o tym myślę, to trochę żałuję, że z wiekiem człowiek traci tą naiwną wiarę w dobro i miłość, które spotykają wszystkich dobrych ludzi. Wiara w sprawiedliwość tego świata dodaje siły i odwagi do codziennej walki o siebie. Tymczasem niektóre dziewczyny pannami zostają za zawsze, a dobrych ludzi także spotykają złe rzeczy. Najgorszym chyba momentem w życiu człowiek i w okresie dorastania jest uświadomienie sobie, że los i życie wcale nie jest sprawiedliwe. Kiedy młody człowiek zaczyna dostrzegać szarości w świecie, który był do tej pory czarno- biały, traci swoją dziecinną wiarę i niewinność. To wtedy odkrywamy nasz wielki dar wolego wyboru, zazwyczaj łatwego wyboru, za który potem musimy zapłacić wysoką cenę, nieraz zbyt wysoką. Ja wtedy miałam jeszcze wiarę w czarno- biały świat i w to, że dobro zawsze zwycięża.
*
A póki co miałam przed sobą wizję matury, ale wcześniej studniówki. Cały tydzień poprzedzający ten najważniejszy i najpiękniejszy bal w życiu, biegałam po sklepach szukając odpowiedniej sukienki. Ostatecznie wybrałam czarną, długą z głębokim rozcięciem z przodu. Od rana byłam podekscytowana wizją balu z moim ukochanym. Kostek przyjechał po mnie godzinę wcześniej i po drodze wstąpiliśmy na lampkę szampana do klubu. Chłopcy byli zachwyceni moim wyglądem, sama zdawałam sobie sprawę, że sukienka doskonale leży i współgra z moimi blond włosami, misternie ułożonymi w kok. Makijaż podkreślała moje duże ciemne oczy. Czułam się jak prawdziwa królowa, uwielbiana przez poddanych. Balu porwał mnie do tańca, gdyż stwierdził, że to niesprawiedliwe, że to Kostek będzie miał tylko tą przyjemność. Kiedy tak tańczyliśmy w takt jakiejś dość wolnej piosenki, zauważyłam, że Balu przygląda się mi z zaciekawienie, żeby nie powiedzieć z podziwem. Spojrzałam na niego, ale natychmiast spuściłam speszona wzrok. Pochlebiało mi jego zainteresowanie, ale to Kostek był miłością mojego życia i choć Balu bardzo mnie intrygował i był wspaniałym przyjacielem, to nawet nie chciałam dopuścić do siebie myśli o nim jako o mężczyźnie. Był tylko przyjacielem i lepiej żeby tak pozostało, dla nas wszystkich. W tamtym czacie byłam wierną małolatą, która każde spojrzenie mężczyzny odbierała jak znak, że on ją podrywa, a było to stanowczo zabronione, bo przecież ona ma chłopaka. Balu zauważył jednak moje zmieszanie i zapytał: -Co się stało księżniczko? Dlaczego się zmieszałaś. -Nie- odpowiedziała, bo nie chciałam aby mnie źle zrozumiał, a poza tym sama nie wiedziałam jak mam zareagować na jego zainteresowanie. -Przecież widzę, mnie nie okłamujesz- drążył temat, nie ułatwiając mi tym sprawy. Postanowiłam więc niczego nie ukrywać i szczerze, tak jak przyjacielowi, powiedzieć co czuję. To przez niedomówienie między ludźmi dochodzi do najgorszych tragedii. Zebrałam się więc na odwagę i powiedziałam: -Balu ja bardzo cię lubię, ale kocham Kostka i zawsze tak będzie, a my zawsze będziemy przyjaciółmi. Chciałabym abyś to wiedział, żeby nie było miedzy nami żadnych niedomówień. Mam nadzieję, że to uszanujesz. -Julka o co chodzi, chyba nie myślałaś, że to że na ciebie patrzę z zachwytem oznacza, że chcę rozbić twój związek z Kostkiem?- w tym momencie zrobiło mi się potwornie głupio, poczułam się jak mała, głupiutka dziewczynka, on tymczasem mówił dalej- Patrzę na ciebie, bo jesteś piękna i inteligentna. Ale oboje jesteście moimi przyjaciółmi, a przyjaciołom nie robi się takich rzeczy. A poza tym jestem od ciebie starszy o jedenaście lat. A teraz uciekaj do swojego księcia i bawcie się dobrze- powiedział i odprowadził mnie do stolika. Nigdy jeszcze nie czułam się tak zażenowana. Studniówka była wspaniała, bawiliśmy się świetnie, mogę powiedzie po latach, że był…