rodzina · 19 min czytania
Mżące światło jarzeniówek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Ludwik oparł się o pień drzewa. Oddychał głęboko. Czekał, aż znikną tańczące mu przed oczami mroczki. Nie wiedział czy to zmęczenie, czy szok. Czuł się szkaradnie.
Prawie ją przejechał. Skurczona życiem staruszka wyszła mu tuż przed maskę. Nic go nie usprawiedliwiało. Przechodziła przez pasy, a on nie zachował należytej ostrożności w mglistej pogodzie. Szczerze mówiąc obawiał się, że przysnął na chwilę. Usłyszał kilka słów, jakich znajomości nie spodziewał się u starowiny. Nie odpowiedział. Zasłużył. Był skonany. Nie zmrużył oka od dwóch dni, a i przez kilka poprzednich przymknął je tylko na kilka krótkich chwil. Zbyt wiele spraw działo się naraz. Takich, na których przebieg nie miał żadnego wpływu.
Starali się o dziecko od lat. Nie udawało się. Lekarze nie znajdowali przyczyny tego stanu. Czas uciekał, a razem z nim, choć żadne z nich tego nie chciało, przygasało łączące ich uczucie. Nadzieja powróciła osiem miesięcy temu. Tym razem wszystko przebiegało dobrze. Magda była w siódmym niebie. Przyszli dziadkowie też szaleli ze szczęścia. Matka Ludwika zamęczała ich dobrymi radami i nadopiekuńczością. Wyobrażał sobie, co by się działo gdyby żył ojciec. Stary zawsze chciał mieć córkę. Wnuczka na pewno stałaby się oczkiem w głowie dziadka zanim jej oczy ujrzałyby blask słońca. Idylla skończyła się przed tygodniem. Nagle przyplątało się jakieś zatrucie ciążowe. Magda wylądował w szpitalu. Sytuacja była krytyczna, aż dwa dni temu urodziła się maleńka Marysia. Bardzo maleńka. I bardzo słaba. Położnicy nie dawali jej większych szans. Drobina leżała w inkubatorze pod respiratorem, poddawana zabiegom, których Ludwik nie rozumiał i o których nawet starał się nie myśleć. Kilka godzin temu nastąpił przełom. Pojawiła się nadzieja. Niewielka. ale jednak. Aż tu nagle…
Oderwał się od wilgotnego pnia. Mgła była nienaturalnie wręcza gęsta. Jej pasma snuły się pomiędzy drzewami jak cukrowa wata, wypełzały włóknistymi mackami na alejkę. Panowała zupełna cisza, zakłócana tylko pluskiem kropel wody ściekającej z gałęzi, na których pozostawił je kleisty opar. Światła nielicznych latarni rozpraszały się w nim niewiele dając blasku. Nawet nagłe wycie sygnału karetki wydawało się wytłumione i oddalone. Podjechała pod drzwi izby przyjęć. Ludwik też tam podążał. Bardzo niechętnie. Miał dosyć szpitali, białych fartuchów i smrodu lekarstw. Przede wszystkim jednak bał się tego co tam usłyszy. Wyciągnął papierosy. Zapalił. Wcale nie miał na to ochoty, ale każdy pretekst był dobry by odwlec niewiadome. Wyrzucił go niemal natychmiast. Miał sucho w ustach. Wypalił tyle, że dym przeciskał się już chyba nawet porami ciała. Postawił kołnierz i ruszył w kierunku szpitala.
Część 22 / 2
Ciepłe powietrze wydusiło ze spracowanych płuc Ludwika krótki kaszel. Poczekalnia była pełna ludzi. Chorzy i ich opiekunowi tłoczyli się w każdym wolnym miejscu pomieszczenia. Jedni zrezygnowani, inni poirytowani. Przywitało go kilkadziesiąt niezbyt przychylnych spojrzeń. Znał je. Sam ostatnio często tak spoglądał. „O, przylazł jeszcze jeden. Może pilny przypadek. Znowu trzeba będzie przepuścić”. Podszedł do okienka rejestracji. Siedząca w nim recepcjonistka również spojrzała na Ludwika bez entuzjazmu. Wypełniała jakieś z pewnością niezbędnie potrzebne rubryki wielkiej księgi. - Słucham pana? Przetarł zamglone oczy. Było zbyt ciepło. Łamał go sen. - Dostałem wiadomość, że przywieziono do was moją matkę. Miała jakiś atak, czy coś takiego. Może mi pani udzielić informacji, gdzie ją znajdę? - Takich informacji udzielamy tylko rodzinie – odparła kobieta drewnianym głosem. Wręczył jej przygotowany wcześniej dowód osobisty. Wzięła go jakoś niechętnie. Może nie lubiła domyślnych petentów. - Nazwisko? - Tam jest napisane. - Matki. - Takie samo – Ludwik nawet się nie zdziwił. Nie tylko on miał prawo być zmęczony. Wytrzymał nieprzyjazne spojrzenie. Krwistoczerwony paznokieć zatrzymał się na właściwej rubryce. - Jest. Pacjentka została przyjęta na oddział. Kardiologia. Trzecie piętro. - Dziękuję – nie doczekał się odpowiedzi. Nieważne. Wyszedł z izby żegnany obojętnymi spojrzeniami. Nie stanowił już zagrożenia. Wszyscy powrócili do świata swego cierpienia.
Szpital był ogromny. Przez dłuższą chwilę Ludwik błąkał się w labiryncie korytarzy, nim dotarł do holu z szybami wind. Wsiadł do jednej z nich. Wlokła się bez końca, przystając na kolejnych piętrach. Jej ściany wykonane z nierdzewnej stali uparcie przywodziły mu na myśl sekcyjne stoły. Wzruszył ramionami. Zaczynał chyba fiksować. Chciał zadzwonić do Magdy. Nie znalazł komórki. Psiakrew! Zostawił ją w samochodzie. Korytarz oddziału również nie napawał otuchą. Choć ogrzewanie pracowało pełną parą, wydawał się zimny i ponury. Aseptyczny. Brakowało ciepłych kolorów, łagodności drewna, zielni kwiatów. Ostre światło świetlówek przegoniło intymność z zaułków i niszy. Szum klimatyzacji uzupełniał jedynie odgłos drewniaków personelu i szept przyciszonych rozmów nielicznych gości. Czasami nabożną ciszę przerywał ostry dźwięk telefonu na stanowisku dyżurnej pielęgniarki. Ludwik skierował się właśnie w tym kierunku. - Siostro, mogę prosić na chwilę? – młoda dziewczyna w białym fartuchu grzebała w oszklonej szafce z medykamentami. Pomachała ręką na znak, że słyszy. Po chwili podeszła do Ludwika. - Słucham pana? - Na ten oddział przyjęto moją matkę… - zaczął. Dalszy ciąg przerwał natarczywy dźwięk alarmu. Pielęgniarka wybiegła zza kontuaru bezceremonialnie odpychając mężczyznę. Korytarzem biegły już dwie inne siostry pchając wózek ze sprzętem reanimacyjnym. Z gabinetu naprzeciw wybiegł lekarz i podążył za nimi. Zniknęli w jednej z sali chorych. Ludwik stał przez chwilę bez ruchu, zaskoczony nagłym zamieszaniem. Zastanawiał się co dalej robić. Rozejrzał się. Nie zauważył nikogo mogącego udzielić mu konkretnych wiadomości. W końcu wzruszył ramionami. Postanowił się rozejrzeć. To nie była przyjemna wędrówka. Za kolejno otwieranymi drzwiami witały go spojrzenia pełne bólu, rezygnacji, zniecierpliwienia i znużenia. W następnej nie wyszedł mu spotkanie niczyj wzrok. Tercet chorych oglądał już chyba obrazy piękniejsze od jego osoby. Plątanina rurek i kabli jeszcze powstrzymywała zmęczone dusze przed startem, mimo iż odliczanie już chyba trwało. Wyszedł stamtąd na palcach. Była to zbędna ostrożność. Matki nigdzie nie było. Do sprawdzenia pozostała tylko sala na której nadal trwała akcja ratownicza. Nie ośmielił się tam zajrzeć. Cholera, czy wreszcie czegoś się dowie? Nagle zrobiło mu się słabo. Czarne plamki powróciły ze wzmożoną aktywnością. Poczuł jakby miał zemdleć. Nie. To kobiet mdleją, mężczyźni tracą przytomność. Co za głupoty przychodziły mu do głowy? Postanowił spokojnie poczekać. Nic dobrego nie wniknie z tego, że wyląduje wśród miejscowej klienteli. Znalazł automat z napojami. Kupił czarną kawę. Usiadł na krześle tuż przy dyżurce pielęgniarek. Oparł się wygodnie. Światło jarzeniówek przenikało nawet zamknięte powieki. Uchylił je. Nie chciał usnąć.
Świetlówki mżyły jednostajnie.
Rozejrzał się. Korytarz zupełnie opustoszał. Cisza niemal trzeszczała w uszach. Ciekawe kiedy i gdzie wszyscy zniknęli? Na oddziale nie było tłoku, ale przecież przed chwilą kręciło się kilka osób. Teraz było pusto niczym w kalwińskim zborze. Ludwik wstał. Czuł się dziwnie nieswojo. Niby było jasno i spokojnie, ale poczuł się jak nocą w ruinach gotyckiej katedry. Wzdrygnął się. Po plecach przebiegła mu wataha spanikowanych mrówek. Spojrzał nerwowo w głąb holu. Odetchnął z ulgą. Stał tam człowiek. Mężczyzna. Ludwik ruszył w jego stronę. Tamten również zaczął się zbliżać. Po chwili obaj zwolnili kroku. W nadchodzącej postaci było coś niepokojąco znajomego… Nic dziwnego. Zirytowany wzruszył ramionami. Patrzył na swoje odbicie w szybie okna znajdującego się w szczytowej ścianie budynku. Nie był zachwycony tym co zobaczył. Nie podobały mu się podkrążone oczy, szara, ściągnięta twarz, ani jej wyraz. Dojrzał w odbitym obliczu wyraźny cień lęku… Mrugnął oczami. Nie, wzrok go nie mylił. Było coś jeszcze. Coś nienaturalnego, budzącego nieokreślony niepokój. Już wiedział… Nie zauważał odbicia korytarza za swoją sylwetką. Widział za nią tylko najgęstszą mgłę jakiej kiedykolwiek doświadczył. Nie poruszała się, jak zazwyczaj, wełnistymi smugami. Trwała w kompletnym bezruchu. Mleczna, nieskalana ściana. Co tu u diabła było grane? Miał tego wszystkiego dość. Odwrócił się. Podszedł do pierwszych z brzegu drzwi, zdecydowany wreszcie wyjaśnić sytuację. Zastygł z ręką na klamce. Z wnętrza doszły go konspiracyjne szepty, chichoty; ktoś syknął jakby je uciszał. Wyglądało na to, że za drzwiami ktoś zamarł w oczekiwaniu na jego wejście, niczym wodzirej szykujący niespodziankę dla urodzinowego solenizanta. Ludwik nie był jednak przekonany, że to rozbawieni goście. którzy wyskoczą mu naprzeciw w błazeńskich czapeczkach, rzucając serpentynami. Dotknął klamki opuszkami palców… Drgnął jak rażony prądem. Zza pleców dobiegł go odgłos otwieranych drzwi. Odwrócił się raptownie. Z jednego z gabinetów lekarskich wyszła… jego matka. Ludwik zastygł w bezruchu. Był kompletnie zaskoczony. Za kobietą wysunął się z pomieszczenia wysoki mężczyzna w białym fartuchu, czy kitlu. Pewnie lekarz. Osłupienie po krótkiej chwili ustąpiło szalonej uldze. - Mamo! Kobieta również go dostrzegła. Pomachała ręką. Zapomniał o swoich obawach. Ruszył w jej stronę. Objął ją delikatnie. Wszystko było tak jak powinno. Pachniała swoim…