Podróże · 20 min czytania
Na grani orłów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{font:verdana} Kolejny podmuch wiatru wyrywa mnie ze snu. Podświetlam tarczę zegarka. 4:30. Jeszcze pół godziny i trzeba będzie zwlec się na dół. Perspektywa pokonania drewnianej drabinki, sprowadzającej z górnej pryczy schroniskowego łóżka, nie wzbudza mojego entuzjazmu. Próbuję zasnąć. Kolejne porywy za oknem nie dają mi jednak zmrużyć oka. Martwię się tym co czeka nas za chwilę. Prognozy były optymistyczne. Nic nie mówiły o silnym wietrze. Jednak Tatry mają swój specyficzny klimat. Zwłaszcza pod koniec sierpnia.
Dzwoni budzik. 5:00. Szukam po ciemku telefonu. Nie chcę obudzić naszych współlokatorów. Coś się wierci w ciemności na dolnej pryczy. To Michał. Też już nie śpi. Pewnie nasłuchuje tego co dzieje się za oknem. Zwlekam się z łóżka. Wynosimy po cichu plecaki spakowane przezornie poprzedniego wieczora. Jeszcze tylko odświeżająca wizyta w schroniskowej łazience i możemy udać się na śniadanie. Stanowi je zakupiona wczoraj szarlotka. Nawet nie zeschła. Jest smaczna. Cukier daje nam kopa. Przy drzwiach spotykamy młodego mężczyznę. To Leszek. Czech. Podobnie jak my, wychodzi z zamiarem przejścia Orlej Perci. Zastanawia się czy iść wprost na Przełęcz Zawrat (2159 m n.p.m.) czy inną drogą. Ze względu na niepewną pogodę przekonujemy go by poszedł z nami na Przełęcz Liliowe (1952 m n.p.m.) a stamtąd przez Świnicę (2301 m n.p.m.) na Orlą Perć. Leszek przystaje na propozycję. Wyruszamy we trójkę. Jest 5:30.
Wkrótce okazuje się, że młody Czech jest w lepszej formie niż my. Niesie lekki plecak i idzie szybkim tempem. W okolice Przełęczy Liliowe dociera dużo przed nami. Wiemy, że nie ma sensu go spowalniać. Idzie swoim rytmem i nie będziemy w stanie dotrzymać mu kroku. Wyposażeni w cięższe plecaki, w których dźwigamy zapasy wody, sprzęt fotograficzny, szpej wspinaczkowy, poruszamy się znacznie wolniej Leszka. Nie podejmujemy forsowanego marszu. Doświadczenie mówi nam, że nie ma co przesadzać z tempem początkowego podejścia na grań. Spowalnia nas dodatkowo mocny wiatr. Wieje z południowego - zachodu. Dokładnie znad Przełęczy Liliowe w naszą stronę. Jestem zaniepokojony takim obrotem sprawy. Pamiętam próbę przejścia Orlej Perci sprzed trzech lat. Taki sam wiatr osłabiał nas i wychładzał nieprzerwanie przez kilka godzin, zmuszając w końcu do wycofania się z Zawratu i powrotu do schroniska. Zmora tamtego odwrotu prześladuje mnie do dzisiaj. W ten wietrzny sierpniowy poranek, powraca ze zdwojoną siłą i straszy powtórką z tamtego ataku. Odrzucam od siebie myśli o kolejnej porażce. W głębi duszy przygotowuję się jednak na wycofanie ze szlaku.
Z plątaniny myśli wyrywa mnie niesamowity widok. Niedaleko już do przełęczy. Nagle na grani pojawia się kozica. Stoi na zboczu spoglądając w naszą stronę. Po chwili znika gdzieś pośród żółknących już traw. Jeszcze kilka kroków i dostrzegamy siodło Liliowego. Pod przełęczą widzimy Leszka. Najwyżej kilkanaście metrów od niego stoją dwie kozice. Młody Czech z aparatem w ręku podkrada się do nich. Po chwili zwierzęta biorą nogi za pas. Zdejmuję plecak, wyciągam aparat fotograficzny i podkradam się po cichu do krawędzi urwiska. Wychylam się powoli znad traw i... widzę tuż przed sobą wielkiego kozła. Gwałtownie obraca głowę w moją stronę. Strach zagląda mi w oczy. Na szczęście słyszę tylko głośne fuknięcie i samiec kilkoma sprawnymi susami oddala się na bezpieczną odległość. Pozostałe kozice nie przejmują się specjalnie moją obecnością. Trochę leniwie, może nawet sennie, poruszają się po trawiastym zboczu. Fotografuję je z prawdziwą przyjemnością. Najciekawszy kadr udaje mi się znaleźć podczas gdy kozica staje na tle Czarnego Stawu Gąsienicowego. Chętnie zostałbym tutaj z nimi na dłużej ale wiem, że szlak wzywa. Wycofuję się po cichu tak aby nie spłoszyć zwierząt. Zakładam plecak i ruszamy w kierunku przełęczy.
Gdy wydostajemy się na grań Skrajnej Turni (2097 m n.p.m.) nasze obawy przybierają realny kształt. Podmuchy wiatru są na tyle potężne, iż mam wrażenie, że mogą w mgnieniu oka przewrócić mnie lub zrzucić ze szlaku. Monumentalny kształt Świnicy przez cały czas zasłonięty jest ciemnymi chmurami. Mam złe przeczucia. Obrazy sprzed trzech lat cisną mi się przed oczy. Wtedy też to tak wyglądało. Odcinek do Przełęczy Świnickiej (2051 m n.p.m.) jest bardzo niespokojny. Cały czas jesteśmy smagani gwałtownymi porywami wiatru. Mam na sobie softshell, pod nim tylko koszulkę z krótkim rękawem. W sumie nie jest źle. Ale dobrze też nie jest. Zaczynam powoli odczuwać skutki kiepskiej pogody. Uświadamiam sobie także swój poważny błąd. Nie mam nic do ochrony głowy przed tak silnym wiatrem. Zakładam na kark lekki polar. Otulam nim uszy, wiążę pod szyją. Wyglądam komicznie ale cóż poradzić. Wiem, że jeżeli pogoda się nie poprawi będę musiał ten polar założyć na siebie.
Część 22 / 2
Docieramy na Przełęcz Świnicką. Żaden z nas nie ma ochoty na postój. Uznajemy, że gdzieś na zboczu Świnicy uda się znaleźć zaciszne miejsce. Po chwili okazuje się, że mamy rację. Mimo że szlak wiedzie od strony zawietrznej, to udaje się nam stanąć na chwilę w spokoju. Nad grupą Kościelców kłębią się ciemne chmury. W oddali widać promienie wschodzącego słońca. Wyrywamy się na chwilę ze świata grani smaganej porywistymi podmuchami wiatru. To bardzo miłe uczucie. Chwila spokoju. Nieśmiały powrót nadziei. Zdejmuję plecak. Wyciągam aparat. Przypominam sobie nagle o czapce, która gdzieś zrolowana w plecaku, miała mnie chronić od słońca. Ma kepi się nada się na wiatr. Wyciągam ją i kładę na trawie obok plecaka. W zacisznym, zdawałoby się, miejscu. Włączam aparat. Chcę uchwycić kontury Kościelca na tle tatrzańskiego brzasku. Nagle, nie wiedzieć skąd, uderza w nas potężny powiew wiatru. Odłożona przed chwilą na bok czapka podrywa się wspaniale do lotu i spada majestatycznie na skraj przepaści. Zrywam się na równe nogi w nadziei, że zdążę ją złapać zanim kolejny podmuch uniesie ją wprost do Kotła Pod Świnicą. Na nic jednak mój trud. Ulubiona czapka z Decathlonu szybuje po chwili w zawrotną przepaść. No cóż, stało się. Po frajersku straciłem jedyne nakrycie głowy. Świetnie! Robię zdjęcie, pakuję aparat z powrotem do plecaka. Ruszamy w górę! Ku spowitemu szarymi chmurami szczytowi Świnicy!
Na szlaku nie jest tak źle jakby można było sądzić. Zdarzają się spore fragmenty szlaku, które szczęśliwym trafem są osłonięte od wiatru. Idzie się wtedy całkiem miło. Jednak im wyżej, tym widoczność gorsza. Wchodzimy w strefę chmur, które otulają ściśle szczyt Świnicy. Robi się wilgotno i chłodno. Gdy wieje, uczucie chłodu potęguje się. Zdejmuję z głowy polar i zakładam na siebie. Zaryzykuję. Obawiam się, że mogę się zbytnio wychłodzić. Wtedy powodzenie wyprawy stanie pod wielkim znakiem zapytania. To był świetny pomysł! Jest mi o wiele cieplej. Odzyskuję wigor i chęć do walki. Jesteśmy już pod szczytem. Nie wchodzimy jednak na sam wierzchołek. Byliśmy już tam nie raz. Naszym celem jest jak najszybsze dotarcie do Zawratu. Czerwony szlak, który wiedzie ku przełęczy, omija sam szczyt i sprowadza w dół, na osłonięte od wiatru zbocza.
Ustalamy, że na Zawracie podejmiemy decyzję co dalej. Walczymy na łańcuchach. Niektórzy uważają, że odcinek, który właśnie przebywamy także należy zaliczyć do Orlej Perci. Trudności są równie duże jak na innych fragmentach tego efektownego szlaku. Wiatr nadal daje nam się we znaki. Czasami jednak odsłaniają się piękne widoki na Dolinę Pięciu Stawów. Wprawia nas to w dobry nastrój. Przywraca optymizm. Minęliśmy kilka długich odcinków zabezpieczonych łańcuchami. Szlak zaczyna się obniżać i prowadzi teraz wygodną ścieżką. Po chwili zaczyna wznosić się gwałtownie ku górze. Gwałtowny poryw wiatru rozpędza szare chmury nad naszymi głowami. Widzimy ciasne siodło przełęczy. Zawrat! Jeszcze tylko trochę wysiłku na podejściu i jesteśmy na przełęczy. Tutaj dopiero wieje! Uciekamy w dół, na stronę Doliny Gąsienicowej. Nie jesteśmy jedyni. Kilkanaście osób stanęło tutaj na popas. Wszyscy chowają się za wantami i załomami skalnymi w poszukiwaniu spokojnego miejsca. Zdejmujemy plecaki. Wyciągamy batony, wodę. Próbujemy zebrać myśli. Obecność innych turystów działa na nas mobilizująco. Może nie jest tak źle. Może się rozpogodzi. Skoro inni też atakują to chyba i my nie powinniśmy się poddawać? Postanawiamy iść dalej. Na pewno chcemy dotrzeć do Koziego Wierchu. Jeżeli pogoda się nie poprawi, wiatr nie osłabnie, będziemy musieli się wycofać do Koziej Dolinki.
Ruszamy w stronę Małego Koziego Wierchu. Zaraz po wyjściu na grań uderzają w nas wściekłe podmuchy wiatru. Tracę rezon. Zastanawiam się jak przejdziemy eksponowaną drabinkę na Koziej Przełęczy jeżeli będzie tak mocno wiało. Szlak wiedzie granią. To najgorsze z możliwych miejsc w taką pogodę. Trudno utrzymać równowagę. Tuż pod szczytem Małego Koziego Wierchu decydujemy się na wyjęcie z plecaka uprzęży i sprzętu do asekuracji. Postanawiamy przygotować się na najgorsze. Michał dysponuje lonżą ferratową. Zbudowana na bazie lin dynamicznych zapewnia duże bezpieczeństwo w momencie upadku wspinacza. Karabinki z automatycznymi zamkami gwarantują pewne utrzymanie lonży w punkcie asekuracji. Pełen profesjonalizm. Ja z kolei wiąże na łączniku uprzęży dwie taśmy. W obie wpinam proste karabinki. W ten sposób montuję sobie prymitywną lonżę. Jesteśmy przygotowani na asekurowanie się na drabince lub wpięcie na sztywno w kotwy łańcucha w razie potrzeby.
Wędrujemy Zmarzłymi Czubami (2193 m n.p.m.) w stronę Zamarłej Turni (2179 m n.p.m.). Trudności nie są wielkie, jednak ryzyko upadku potęgują niespodziewane podmuchy wiatru. Na szczęście są ona coraz rzadsze i tracą na sile. Kilka fragmentów szlaku wymaga wielkiej czujności. Znakowana ścieżka wiedzie wąską granią. Z obu stron przepaściste zbocza opadające skalnymi zerwami ku Koziej Dolince i Dolinie Pięciu Stawów. W takim miejscach mam ochotę przebiec ile sił w nogach w bezpieczniejsze miejsce. Zbliżamy się do Zmarzłej Przełęczy (2126 m n.p.m.). Rozpościera się stąd kapitalny widok na monumentalną południową…