rodzina · 8 min czytania
NA IMIĘ MU...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na imię mu…
Wina jego jest tak samo wielka, jak zasługa. To on, sprawca mojego pecha i szczęścia. Przekleństwo i nagroda jednocześnie. Pierwszy raz zobaczyłem go w odbiciu sklepowej witryny. Łypał na mnie podszytym drwiną spojrzeniem, a gdy zbliżyłem twarz do szyby, obrzucił mnie rubasznym śmiechem. Świadomość jego istnienia była jak cierpki posmak, psujący codzienność. To właśnie przez niego znienawidziłem noce. Gdy tylko zapadał zmrok, rozsiadał się na mojej piersi i snuł smutne opowieści. Poił mnie nimi niczym matka, która karmi swoje dziecko. Początkowo bagatelizowałem jego istnienie. Czyjakolwiek obecność peszyła go i sprawiała, że odsuwał się na bok. Zapatrzony w okno, pogrążony w nabożnym skupieniu, czekał na moment mojej samotności. Wystarczyła chwila rozproszenia, by zjawił się przede mną, a jego lepki, cuchnący szept przedzierał się przez dobry nastrój. Był to moment, w którym musiałem uciekać. Porzucałem swych towarzyszy, by ukryć jątrzącą się we mnie pustkę. W niektóre słoneczne dni myślałem, że go zgubiłem. Nie lubił słońca, nie lubił życia, które tętni w jasny dzień. Wycofywał się i wracał jedynie wtedy, gdy próbowałem z kimś porozmawiać. Dłoń tego zazdrośnika wychylała się zza moich pleców i zasłaniała usta. Traciłem oddech, czerwieniąc się i nie mogąc wydusić słowa. Nie mogłem ani strącić go ze swoich barków, ani ukryć przed ludźmi. Przepełniony wstydem zamknąłem się w domu. Poświęcę się, myślałem, poświęcę się i zachowam go przy sobie, chociaż tyle mogę zrobić. Miałem nadzieję, że z honorem zdzierżę jego obecność. Wkrótce jednak przepadała moja autonomia, a on został niepodzielnym panem. Schudłem i podupadłem na zdrowiu. Moje włosy, potargane przez czarne myśli, pozostawały w stałym nieładzie. Nocami mój oprawca zapędzał mnie w kąt. Rozsnuwając wizje pełne bólu i łajając, gdy nie patrzyłem. Płakałem. Gdy próbowałem krzyczeć, jedynie moja głowa implodowała niewyobrażalnym wrzaskiem. Pozbawiony głosu, odcięty od świata, zostałem sam. Właśnie w owym okresie zadzwonił do mnie przyjaciel z dzieciństwa. Niezrażony moim nieodebraniem, napisał krótką wiadomość: „Ania prosiła, żeby Cię nie informować, ale dłużej nie mogę tego ukrywać. Myślę, że powinieneś wiedzieć. Masz córkę…”. Choć zapamiętałem treść wiadomości, niewiele mogłem z niej zrozumieć. Dziki rechot zaglądającego przez ramię tyrana zagłuszał każdą myśl. - Ty ojcem? – drwił. – Nawet matka dziecka nie chce byś miał z nimi coś wspólnego… Dobrze wiesz, że dzieci to kłopot! Zresztą… Jaką masz pewność, że ono jest twoje? Zastanawiała mnie siła jego argumentów. Trafiał nimi w sedno, zupełnie jakbym sam podsuwał mu wszystkie pomysły. Po raz kolejny poddałem się jego sugestiom. Tamten czas stanowił ciągnącą się, flegmatyczną całość pozbawioną początku i końca. Towarzyszyła mi jedynie niewyraźna myśl. Przebłysk, który trwa tak krótko, że można jedynie domyślać się skrytego w nim kształtu. Gdy w końcu udało mi się go wyłuskać, odniosłem wrażenie, że to rozwiązanie moich problemów. Zacząłem modlić się o śmierć. Kilka nocy później zbudził mnie potworny ból w klatce piersiowej. Ból, który odebrał mi oddech. Ciało niezależnie ode mnie zaczęło walczyć o choćby najmniejszy haust powietrza. W całej mojej fizjonomii, w każdym atomie, rozbrzmiała potrzeba życia. Gdy w końcu złapałem nieco tchu, tlen boleśnie wypełnił ciało. Zamglonym spojrzeniem widziałem, jak siedzi na krześle, wymachując beztrosko koślawymi nogami. Poczułem obrzydzenie do siebie. Obrzydzenie tak wielkie, że nie umknęło nawet jego uwadze. W jednej chwili ubrałem się i wybiegłem z domu. Miasto spało, kiedy przejeżdżałem przez ostatnie skrzyżowanie. Pędziłem bez celu pustą drogą i starałem się nie myśleć zbyt głośno. Pozwoliłem, by moje ciało działało bezwiednie. On, z rozdziawioną gębą, siedział na tylnym siedzeniu. Zbity z tropu mruczał coś niezrozumiale, wyraźnie niezadowolony tym, co się działo. Chciałem jedynie, odwlec w czasie moment, w którym otrząśnie się i…