Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 9 min czytania

Na krańcach świata

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 22 Na krańcach świata

Przeceniła swoje siły. Promieniowanie było zbyt silne, czy coś się stało. Pamiętała, że byli jeszcze tam jacyś ludzie, ale w pewnym momencie poczuła silny ból i odleciała. Teraz obudziła się w jakimiś namiocie i leży na pryczy. Podniosła się. Chciała wstać, ale nie miała siły, aby iść. Miała nogi z waty. Czuła, że zaraz zemdleje. - Nie możesz jeszcze wstawać! - Gdzie jestem? - Tam gdzie trzeba. - Możesz pomóc mi wyjść na świeże powietrze. - Lekarz nie pozwolił ci jeszcze wychodzić. - Dlaczego? - Musisz wydobrzeć. - Długo tu jestem? - Tydzień. - To długo. Pewnie już się martwią o mnie. Nie mogę leżeć bezczynnie. - Jak nie uspokoisz się, to cię przywiążę pasami. - Zwariowała pani! - Pozostawię to bez komentarza. Masz wybór, albo dalej wierzgasz nogami, a ja zastosuję pasy, albo uspokoisz się, przestaniesz krzyczeć i grzecznie poleżysz w łóżeczku, tyle ile potrzeba. Wybór należy do ciebie. - Powiadomisz przynajmniej moją rodzinę. - Jak się nazywasz? - Klara. Ze mną na drugiej stronie był jeszcze ktoś. Co z nim? - Nic nie wiem o nim. Ciebie tutaj przywieźli i nikogo więcej. Jestem Sara. - Nie możesz kogoś zapytać? - Nie ma kogo. - Coś kłamiesz. - Kładź się! - Nikt o mnie nie pytał? - Nie. - Kto mnie tu przywiózł? - Zadajesz za dużo pytań. Jesteś głodna? - Trochę. - Przyniosę ci coś do jedzenia. - Jeszcze coś do picia. Gorąco tutaj. Kiedy wyszła Klara sięgnęła do szafki. Szukała ubrania, ale nie znalazła go. Po chwili wyjęła nadajnik z zęba i próbowała łączyć się z bazą. Nie nawiązała połączenia. - Nadajnik zepsuty? To nie możliwe. - Widzę, że szukałaś czegoś. - Tak Saro. Gdzie moje ubranie? - Spaliliśmy je. Odkarmimy ciebie, nabierzesz sił i odwieziemy w bezpieczne miejsce. Teraz musisz leżeć. - Nic więcej nie powiesz? - Nie. - Bezczynność i niewiedza mnie zabije. - Nie sądzę, ale za to egzaltacja może doprowadzić do pogorszenia stanu zdrowia. Leż aż będziesz tak silna, że zrobienie trzech kroków nie będzie torturą. - Jest gorąco. - Wieczorem przeniesiemy ciebie do baraków. Tam będziesz miała klimatyzację. - Możesz powiedzieć, gdzie jestem? - Nie teraz. Sara wyszła. Na zewnątrz był upał ponad 50 stopni. Weszła do głównego sztabu. - I jak tam? - Lepiej Jahi. To nie Lea. - A kto? - Klara. - Mieliśmy czekać na Leę i Jana. Nie możemy dłużej tutaj zostać. Czarny idzie naszym tropem i w końcu nas znajdzie. On też szuka Lei. Zanim to się stanie będziemy daleko. Mamy na razie przewagę nad nim, więc musimy ją wykorzystać. - Obiecałam Klarze, że przeniesiemy ją do baraku. Ona nie da rady chodzić, a co dopiero przedzierać się przez dżunglę. - Nie mamy wyjścia. Wyruszamy wieczorem. Najwyżej będziemy nieść ją na plecach. Przygotuj dla niej ubranie i lekarstwa. Alex zajmiesz się apteczką. Ted i Jo zajmiesz się żywnością. Reszta zajmie się bronią i pakowaniem niezbędnych rzeczy. Na siódmą mamy wszyscy być gotowi. Mamy do przejścia piętnaście kilometrów do Irtso, gdzie będą czekać nasi. Do tego czasu wszyscy trzymamy się razem. Placówkę zniszczyć. Nie zostawiać niczego dla Czarnego. Uwijali się sprawnie. Wszystko było gotowe przed siódmą. - Zostanę i podpalę obóz. Później do was dołączę. - Jahri zostanę z tobą. - Zostań. Ty Josif będziesz dowodził pod moją nieobecność, a jak by mi się coś stało to masz ich prowadzić do końca. - Tak jest. - Idziemy. Jahri popatrzył na grupkę ludzi, z którymi zdążył zaprzyjaźnić się. Stworzyli bazę dla potrzeb organizacji. Teraz ją opuszczali niby w lepsze miejsce, bezpieczniejsze. Tutaj też miało być bezpiecznie, a już nie jest. Sama droga nie była długa, ale warunki, jakie mieli pokonać bardzo trudne. Część z tych osób nigdy nie przedzierała się przez puszczę. Zastanawiał się nad tym, czy wytrzymają. - Szefie podpalamy? - Budowaliśmy tę bazę przez miesiąc, a teraz ją zniszczymy w ciągu godziny. Szybciej można zniszczyć niż zbudować. Podpalaj. Poczekamy aż ogień zacznie trawić wszystko. - Idziemy. Grupa pracowników bazy nie uszła daleko, gdy obaj do nich dołączyli. Klara starała się iść sama, ale sił jej brakowało, więc z powrotem wylądowała na nosidełku. - W ten sposób nie dojdziemy daleko. Dasz radę ? Możesz siedzieć? - Tak. Szli w milczeniu. Wysoka trawa i zwarta kosodrzewina utrudniała marsz. Na czele ekipy szli dwaj mężczyźni, którzy torowali drogę. - Teraz zmieńcie się. Jo i Hors na tyły. Odpocznijcie. Jeszcze około kilometra i skręcimy w prawo.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Na krańcach świata — czytnik · opowiadania