Psychologia · 14 min czytania
Na krawędzi
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Była na krawędzi, czuła to wyraźnie. I wszystko teraz się mogło zdarzyć. Najmniejszy gest, sytuacja, słowo mogło zadecydować, na którą stronę krawędzi spadnie. Bała się, czuła, że przechyla się niebezpiecznie w tę gorszą stronę. Kiedyś była silna, miała energię i przebojowość. Walczyła ze wszystkimi, ale popełniła błąd - próbowała też walczyć ze sobą. Wiedziała, że jest teraz krucha, słaba, bezsilna i łatwo można ją skrzywdzić. Boi się teraz i ludzi i siebie, nie wie nawet kogo bardziej. Zamyka się w sobie, nie dopuszcza do siebie nikogo, bo po co? Ludzie tylko wykorzystają, oszukają, zrobią fałszywe nadzieje, a potem odejdą i zostawią po sobie wielką ranę i pustkę. Więc ona woli nie ufać, nie pozwalać nikomu się zbliżyć, nie przywiązywać się ani nie przyzwyczajać emocjonalnie, Tak jest bezpieczniej, ale czy lepiej? Tego nie wie, ale woli nie wychylać się ze swego świata, boi się. Od ludzi wymaga już tylko żeby dali jej święty spokój i nie pytali o nic. Ona woli siedzieć pod kluczem i pod kluczem trzymać też swoje serce choć jest ono tak spragnione ciepła, czułości, zrozumienia i opieki. Ale umysł podpowiada jej, że nie ma ludzi, którzy przytuliliby jej zlęknione serce, nie zrozumieliby jej, wyśmiali. Nie chce pokazywać swojej wrażliwości, delikatności i tego, jak bardzo wszystko przeżywa. Sama doprowadziła się do tej przepaści, nad którą teraz się znajduje, ale przecież gdyby ją kochano nie doszłoby do tego. Nie szukałaby miłości u niewłaściwych osób i nie zawiodłaby się tak bardzo. Bo właśnie to rozczarowanie było jednym z ostatnich ciosów, który zepchnął ją jeszcze dalej, prawie w tę otchłań. Myślała, że znalazła kogoś, kto ja rozumie, docenia, nie ma egoistycznych intencji wobec niej i może zaufać tej osobie. Nie wiedziała nawet kiedy tak bardzo się przywiązała, zaangażowała, znalazła jakąś przystań, uspokojenie, a kiedy właśnie zdała sobie z tego sprawę - zawiodła się i została sama. To była już druga z takich sytuacji i właśnie to ją wyczerpało. Pierwsza była jeszcze bardziej bolesna, bo trwało to dłużej. Potem nie ufała już nikomu, do czasu gdy spotkała 30-letnią p. dr Modrzewską - psychiatrę, osobę spokojną, miłą i myślała, że opiekę, którą jej obiecuje, naprawdę jej zapewni, ale rzecz w tym, że lekarka ta nigdy nawet nie sugerowała, że zapewni jej aż takie wsparcie i tak się zaangażuje. Może ona sobie to po prostu wmówiła, wyobraziła, tak bardzo chciała, tak potrzebowała, że w końcu uwierzyła, że rzeczywiście ona się nią zaopiekuje, zrozumie, przywiąże się do niej i ona będzie w jej życiu odgrywać ważną rolę. I znów rozczarowanie, pustka, rana i ból, a może nie jest jednak wcale tak źle jak ona to widzi, przecież jej pani doktor nie odwróciła się od niej, nie zostawiła jej. Po prostu nie zbliżyła się do niej, ale to mogło jeszcze przyjść. Może będzie lepiej? A może nie? Będzie gorzej? Znowu zostanie dogłębnie zraniona i opuszczona, nie , nie wytrzyma kolejnego bólu, nie zniesie takiego ciosu. Lepiej to od razu zakończyć - nie czekać aż będzie gorzej. Bo na pewno będzie gorzej, zawsze jest tylko gorzej...
Winda wjeżdżała coraz wyżej, wyświetlane numerki pięter zlewały jej się przed oczami, łzy napłynęły do oczu, ale była pewna, że musi to zrobić. Będą przerażeni, smutni, może zrozpaczeni, jej lekarka będzie zdenerwowana, czy będzie się martwić, czy będzie płakać? Była strasznie zdenerwowana, gdy ona połknęła te tabletki i zadzwoniła do lekarki. Zamknęła oczy i jeszcze raz przypomniała sobie ten dzień, lekarka przyjechała do niej, zadzwoniła po pogotowie i głaskała ją po włosach, trzymała ją za rękę i mówiła do niej takim spokojnym, cierpliwym tonem. Biedna, kochana lekarka. Trzeba jej jakoś przekazać, że to wszystko to nie jej wina. Wjechała wreszcie na ostatnie piętro, wyszła z windy i usiadła na schodkach prowadzących na dach, nie musiała się spieszyć, przecież powinna być jeszcze w szkole, nikt jej jeszcze nie szuka. Nie będzie się rozpisywać, bo wtedy musiałaby napisać wszystko to, co było ważne, a byłoby tego tak wiele, że nie wystarczyłoby jej papieru. Musi po prostu napisać lekarce, żeby się nie przejmowała i, że to nie jej wina. Wyjęła notes, długopis i zaczęła pisać:
"Kochana Pani doktor! Przepraszam, że to zrobię! Jeśli przepraszam nie znaczy to wcale, że żałuję, nie żałuję, ale przepraszam. Muszę to zrobić, żeby zdjąć ten ciężar, jakim stało się moje życie dla rodziców, dla mnie i dla Pani. Proszę, żeby sobie Pani nie robiła wyrzutów, że mogła mi jakoś pomóc i to by się nie stało - nie, nie mogła Pani nic zrobić, naprawdę. Ale była Pani jedyną osobą, która mnie jednocześnie rozumiała i patrzyła na mnie obiektywnie. Bardzo za to dziękuję i jestem za to wdzięczna. Nie wiem czyja to jest wina, chyba niczyja, nie rodziców, nie Pani i nie moja. Może po prostu miałam za wielkie wymagania od siebie, Pani, rodziny i od życia. A może po prostu za bardzo Panią polubiłam i nie była Pani w stanie temu podołać. Proszę nie myśleć o tym więcej, zapomnieć, to był po prostu przypadek, sytuacja, na którą nikt nie miał wpływu. Jeszcze muszę dodać, że bardzo, bardzo Panią lubiłam! Naprawdę! Czekałam na te spotkania z Panią, tydzień to była dla mnie wieczność. Te spotkania stały się dla mnie w pewnym sensie bezpieczną przystanią i uspokojeniem. Dopisałabym jeszcze, że będę tęsknić, ale nie wiem co się ze mną będzie działo tam gdzie odejdę. Boję się i obawiam, ale mam nadzieję, że nie gorzej. Ale dopiszę, że tęsknię, bo teraz właśnie tęsknię, bardzo. No więc tęsknię. TĘSKNIĘ BARDZO MOCNO I CAŁUJĘ -EMILIA
Złożyła kartkę, włożyła do koperty napisała pełne imię i nazwisko lekarki. Położyła kopertę na parapecie, na wysokości oczu, żeby w żadnym wypadku list się nie zgubił. Będą przeszukiwać to miejsce, więc na pewno znajdą. Zależało jej żeby lekarka otrzymała list, choć i tak będzie jej już wszystko jedno - już jej tu nie będzie. Wstała, schodkami doszła do drzwi prowadzących na dach, otworzyła je. Poczuła zimny powiew wiatru. Wciągnęła w płuca orzeźwiające powietrze i weszła na dach. Padał deszcz. Zrobiło jej się zimno i przeszły ją dreszcze. Gdy rozejrzała się wokół siebie zobaczyła barierki, ale było też miejsce, w którym ich nie było. Podeszła tam i chwytając się barierki przechyliła się lekko i wyjrzała. Nogi ugięły się pod nią gdy zobaczyła wszystko w oddali, maleńkie domki i ulice. Ale nie może się teraz wystraszyć, wycofać, tutaj nic się nie polepszy, a jeśli to zrobi może być tylko lepiej. Napisała tak w liście do lekarki, ale teraz nie była już tego taka pewna. Postanowiła, że musi się wziąć w garść -