Komedia · 27 min czytania
Na krawędzi
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{i}{b}Na krawędzi{/b}{/i}
Ruch w mieście był tego dnia wyjątkowo duży. Ludzie gnali chodnikami i ulicami w różnych kierunkach, chcąc wykorzystać ładną pogodę na załatwienie wszystkich swoich spraw. Wszak synoptycy zapowiadali nadejście kolejnego, przygnębiającego niżu. Póki co jednak oznak złej pogody nie było widać. Słońce leniwie spacerowało po niebie, ptaszki śpiewały, pieski szczekały, kotki miauczały, a na dachu bloku stał samobójca. — Mamo, mamo! Co ten pan robi? — Kilkuletni chłopiec zatrzymał się na chodniku i pociągnąwszy matkę za spódnicę, wskazał na młodego mężczyznę. — Baltazar, do jasnej cholery! — warknęła kobieta i w ramach rewanżu pociągnęła synka za kolorową smycz, przymocowaną do jego spodni. Dziecko upadło i zaczęło płakać. — Zachciało mi się dzieciaka — mruknęła sama do siebie młoda matka, po czym podniósłszy malca z ziemi, ponownie spojrzała na stojącego wysoko w górze mężczyznę. — To jest samobójca — rzekła beznamiętnie. — Zaraz skoczy, zabije się i będzie z niego zupa. Możemy już iść? Zamkną mi butik! — Możemy — odparł chłopczyk.
* — Wdech, wydech — powtarzał sobie w myślach Norbert, spoglądając niepewnie w dół. Nigdy nie przypuszczał, że tak tu wysoko. Nadal nie był jednak pewien, czy to wystarczy. Wóz, albo przewóz — przemknęło mu przez głowę. — Drugiej szansy nie będzie, jeśli zmarnuję tę pierwszą. Ale z drugiej strony... To słońce takie piękne, ptaszki śpiewające, pieski szczekające i kotki miauczące też… — Norbert, co tam robisz?! — Przepełnione strachem wołanie wyrwało chłopaka z zamyślenia. Skierowawszy zdumiony wzrok w dół, dostrzegł wpatrującego się w niego brata. Z tej wysokości Klaudiusz wydawał się całkiem malutki. Nie udawaj, że teraz zrobiło ci się mnie żal — pomyślał Norbert i zrobił krok w przód. Już tylko centymetry dzieliły go od krawędzi bloku. — Zaraz będzie obiad! — zawołał Klaudiusz, po czym bez słowa odszedł.
* Słonko leniwie spacerowało po niebie, ptaszki śpiewały, pieski szczekały, kotki miauczały, a na dachu bloku stał samobójca. Stał sobie i stał, nieniepokojony przez nikogo. Do czasu jednak, bowiem dostrzegł go w jednej chwili spacerujący chodnikiem policjant. — Halo! — zawołał, machając rękoma. — Chłopcze, co robisz?! — Stoję sobie na skraju dachu — odparł Norbert, oblewając wypowiedziane zdanie gęstym sosem z ironii. — W porządku. Mundurowy nie należał do najbystrzejszych. Pomachawszy chłopakowi, odszedł z uśmiechem na twarzy. — NORBERT, OBIAD! — Donośny wrzask odbił się echem od ścian okolicznych bloków. Matka Norberta nie lubiła powtarzać dwa razy. Ale jaki to miało w tej chwili sens? Przecież jej syn nie zamierzał już konsumować. Ani tego obiadu, ani w ogóle niczego. Stał na dachu bloku, pośród ptaszków śpiewania, piesków szczekania i kotków miauczenia.
* Jeden z kotków miauczących złapał wnet ptaszka, przez co tych śpiewających było już mniej. Ale nadal śpiewały, podobnie jak słońce nadal przechadzało się leniwie po niebie, a pieski w niezmienionej liczbie szczekały. No i samobójca też tam był. Stał wciąż na dachu. Rozmyślał nad życiem, które tak bardzo mu się nie udało. Na tak wielu ludziach się zawiódł. Tak wielu go skrzywdziło. A przecież był miłym, grzecznym chłopakiem. Niby nie miał wrogów, niby nikomu się nie narażał... Dlaczego w takim razie Kasia go rzuciła? Co zrobił, by zasłużyć na tę karę? Kochał ją przecież szczerą, gimnazjalną miłością. Taką najprawdziwszą, dojrzałą. Mało to kwiatów jej kupił? Mało to kartek dał jej w Walentynki? — Się masz, Norb! Pod blokiem pojawiła się jego koleżanka. Jedna z tych, na których się zawiódł. Podobno go lubiła, a jednak nie interweniowała, gdy dostał kosza. Mogła przecież pomóc, jako przyjaciółka Kasi. Fałszywa była, ot co. Teraz zobaczy, będzie miała nauczkę. — Jak leci? — zagaiła dziewczyna, ignorując życiową pozycję kolegi. Specyfika sytuacji najwyraźniej nie zmusiła jej do myślenia. — Stoję sobie tutaj i skoczę zaraz! — odparł chłopak, usiłując skłonić ją do refleksji... I przeprosin może. — Spoko — usłyszał w odpowiedzi i nim się obejrzał, blondwłosa głowa koleżanki zniknęła między drzewami. — Ile razy mam cię wołać?! Tym razem przed blokiem pojawiła się matka chłopaka. Jej mina sugerowała całkowity brak litości wobec kogoś, kto spóźnia się na obiad. Może gdyby dostrzegła jego dramat wcześniej... Gdyby wiedziała, co czuje biedny gimnazjalista zostawiony przez dziewczynę, nie stałby tutaj teraz. — Na obiad chodź! — Kobieta nie dawała za wygraną. Krzyknęła, płosząc niektóre kotki... Te miauczące, rzecz jasna. — Kiedy ja skaczę! — odparł Norbert, zerkając na matkę w rozpaczy. — Skoczysz później, kluski stygną!
* Słońce leniwie spacerowało po niebie, ptaszki śpiewały, pieski szczekały, kotki miauczały, a na dachu bloku, trochę już zmęczony, stał samobójca. Pod blokiem też ktoś stał. Matka i brat wpatrywali się w Norberta z wyraźnym zainteresowaniem. A może z lękiem i niepokojem? Miał taką nadzieję. — Przynieść ci kluski na górę, brat? — zawołał Klaudiusz. — A przynieś! Norbert chciał, żeby do niego przyszli. Niech przyjdą, niech go uratują. Z tej niebywałej opresji, z dramatu takiego strasznego. No bo jakże tu żyć, gdy dziewczyna rzuciła? Czyż rodzina nie powinna pomóc mu w tej sytuacji? Bliscy gdzieś zniknęli. Poszli sobie... Ale i tak chłopak wzbudzał zainteresowanie. Pod blokiem co rusz pojawiali się jego koledzy. Szydzili z niego w szkole, bo stracił dziewczynę. Może teraz zobaczą, jak wielkim było to dla niego dramatem. Tylko że... jakoś nie zagrzewali miejsca na długo. Pierwszy odszedł po chwili. Drugi, przystanąwszy na pięć minut, postał niewiele dłużej. Tuż po nim pojawił się przyjaciel Norberta. Popatrzył tak sobie chwilę na niego i poszedł. Zniknął bez słowa. Dopiero czwarty kolega zatrzymał się na dłużej, ale w końcu też zniknął za rogiem, napatrzywszy się. Dopiero piąty zagadał: — Jak tam Norbert? Co porabiasz? — zapytał. Pewnie chciał zdobyć jakieś informacje, by móc szydzić razem z innymi z jego miłosnej niedoli.
Część 22 / 2
* — Zimne już są te kluski — oznajmił Klaudiusz, wyrastając obok brata jak spod ziemi. Wystraszony Norbert omal nie spadł z dachu. Był bliski upadku, a przecież tak wiele miał do powiedzenia. — Gdzie matka?! — zapytał, nie widząc rodzicielki. — Poszła na serial — usłyszał w odpowiedzi. — Jak zjesz, to przynieś talerz do kuchni. Norbert zerknął na naczynie. Zobaczywszy na nim górę białych, miękkich klusek, poczuł ukłucie głodu. A przecież najadł się rano, by nie musieć jeść więcej przed skokiem. — Zostawiam to tutaj — zaczął Klaudiusz. — Muszę już iść. Lila czeka na dole, jak chcesz, to do nas wpadnij. — Albo spadnę do was. — Norbert zerknął sugestywnie na brata. Ten jednak nie odebrał sygnału. — Jak chcesz — odpowiedział i chwilę później zniknął, zamykając za sobą właz, którym zwykle na dach wychodzili kominiarze.
* Dzień schylał się ku końcowi, bo i słonko spacerowało niżej, ptaszki przestawały śpiewać, pieski szczekać, a kotki miauczeć. I tylko jedna rzecz prawie nie uległa zmianie. Na dachu bloku nadal stał samobójca. Ale już nie sam. Kilka metrów za nim stała matka. — Norbert, dziecko, opamiętaj się! — krzyczała, lecz syn nie dawał za wygraną. — A co ja bez Kasi zrobię? Po co żyć, gdy odrzuciła miłość moją wielką? — Przecież to głupie zakochanie tylko! — dodał brat. Bo i on tam teraz był, razem z dziewczyną. I wujostwo, kuzynostwo, dwie babki, dziadek i sąsiedzi. Ci ostatni reprezentowani głównie przez część żeńską, bardzo ciekawską. — Skacz, chłopie, jeśli ci jaj nie brak! — oznajmiła najstarsza z osiedlowych przekup, wymachując w powietrzu drewnianą laską. Nie chciała wszak, by opuszczenie najnowszego odcinka ulubionego serialu poszło na marne. Oczekiwała rychłego rozwoju wydarzeń. — Skacz! — zawtórowały pozostałe sąsiadki. — Skacz! — dodała babcia Norberta, nim ugryzła się w język. Nigdy nie ukrywała, że chłopak nie był jej ulubionym wnukiem. — Synu… — zaczął jedyny męski reprezentant grona sąsiadów, po czym zrobił krok w stronę chłopaka. To był błąd… — Nie jestem twoim synem! — zaoponował Norbert i z nerwów zachwiał się niebezpiecznie, ku uciesze licznie zgromadzonych. — Nie byłbym taki p… — PANIE ROBERCIE! — zaprotestowała matka chłopaka, oblawszy się rumieńcem. — Może by pan poszedł do żony? My tu sobie poradzimy! Widząc całe to zamieszanie, chłopak poczuł się zakłopotany. Owszem, chciał zwrócić uwagę na swoją niedolę, chciał powiedzieć najbliższym, jak źle mu bez Kasi, ale sąsiedzi, znajomi ze szkoły i dalecy krewni do grona najbliższych raczej się nie zaliczali. Jak na złość jego dramat, początkowo zlekceważony, zaczął teraz przebierać nieco przesadzoną formę. Widok gromadzących się pod blokiem i na bloku ludzi, z których niektórzy przynosili krzesła lub lornetki, tylko pogarszał sprawę. — Odejdźcie stąd wszyscy! — zawołał w końcu. — Cholera jasna! — Tym razem głos zabrała druga babcia. — Nie po to lazłam tu, na dach, żeby teraz schodzić! Zdecyduj się, chłopcze!
* Samobójca stał sobie na dachu, przed i nad gęstniejącym tłumem. Licznie zgromadzeni ludzie robili mu zdjęcia, a ci bardziej zdecydowani kładli przed nim na zapas kwiaty i znicze. I pewnie nic by się nie zmieniło, gdyby desperat nie dostrzegł pod blokiem swojej wielkiej miłości. Pośród tłumu, razem z jakimś Latynosem, stała bowiem jego nimfa, rusałka, NIETOPERZYCA. Drobna Kasia zdawała się tonąć w objęciach umięśnionego intruza. — Kasiu! — wyrwało się z ust Norberta rozpaczliwe wołanie. — Kasiu, skarbie! JEBŁO CIĘ?! Ja tu zaraz skoczę dla ciebie i przez ciebie, a ty z nim? Wśród tłumu dało się słyszeć pomruk podniecenia. Wszyscy liczyli na nagły zwrot akcji. Sama zainteresowana zdawała się jednak nie słyszeć nawoływań Norberta. Dopiero po kilku minutach, widząc wlepione w nią spojrzenia licznie zgromadzonych, ocknęła się. — O, Norbert! — zawołała, zerkając na dach. — Jak leci? — Co to za chłopak?! Rozstaliśmy się dwa dni temu! Przecież chciałaś przerwy! Kasia rozejrzała się dookoła i pospiesznie wyjęła dłoń stojącego obok przystojniaka spod własnej bluzki. — To jest Miguel… mój wujek! — odparła po chwili namysłu. — WUJEK?! — ryknął Norbert. — Wujek?! — zawtórował mu tłum. — Wujek? — zapytał wyraźnie zdziwiony Latynos, zerkając na Kasię. — Tak, wujek! — odpowiedziała zakłopotana dziewczyna i pociągnąwszy Miguela za koszulkę, oddaliła się razem z nim spiesznym krokiem. — O Boże! — jęknął Norbert. — Nawet ładny ten jej wujek — skwitowała całą sytuację jedna z ciotek Norberta. Słysząc to, jej oburzony mąż zepchnął kobietę z dachu, ku ogólnej uciesze. Tłum najwyraźniej żądał rozrywki, a Norbert póki co jej nie dostarczał. W głowie chłopaka szalały w tym momencie miliardy myśli. Nawet nie zauważył, kiedy pod blokiem zjawiła się ekipa telewizyjna.
* — To dramatyczne! — Blondwłosa reporterka spojrzała z powagą w obiektyw kamery. — Jesteśmy w tej chwili na jednym z osiedli w… jakiejś miejscowości. Na dachu jednego z bloków stoi samobójca, a pod nogami latają mi jakieś przeklęte… — W tym momencie rozległ się przeraźliwy pisk nadepniętego na ogon kota. — …zwierzęta. Kuźwa żółta, co to za dziura?! — Jesteśmy na wizji — dało się słyszeć jakiś męski głos zza kamery. — Och, tak, oczywiście. — Kobieta oblała się rumieńcem i machinalnie poprawiwszy fryzurę, ponownie przemówiła tym samym, pełnym powagi głosem. — Za nami samobójca. Kilkunastoletni gimbus chce skoczyć z bloku, gdyż, jak sam twierdzi, rzuciła go dziewczyna. Idiota czy Werter, to pytanie ciśnie się nam na usta. Odpowiedzi na nie szukamy u rodziny małolata. Razem z nami jest w tej chwili dalsza ciotka desperata, piąta woda po kisielu, pani Romana Roman. W obiektywie pojawiła się uśmiechnięta facjata szczupłej kobiety. — Już? Mam mówić? — zapytała niepewnie, poprawiając gęste brwi. — Już! — warknęła reporterka, po czym ponownie przybrawszy pogodny ton, dodała — Pani Roberto, skąd ta rozpacz u syna kuzynki szwagra siostry pani wujka? Czy możemy tu mówić o chorobie psychicznej? — Młody jest i głupi — odparła Roberta. — Dziewczyna go rzuciła i od razu myśli, że zawalił mu się świat. W dzieciństwie matka lała go rozgrzanym żeliwem po potylicy i wydaje mi się, że to również może rzucać nowe światło na sprawę. — A to dziwka… z tej jego dziewczyny — wtrąciła reporterka. — Czy wie pani, dlaczego nastolatkowie się rozstali? — Mogę się tylko domyślać, ale szczerze powiedziawszy, niewiele mnie to obchodzi. Korzystając z okazji, chciałabym pozdrowić moją ciotkę z Kleszczywędziwojewa, rodzinę z Chrupniczelikówek Wielkich, babcię Wandę, wujka Bernarda… — My również pozdrawiamy całe Dziwojewo i babcię Mirandę… — wpadła jej w słowo reporterka. — Jak państwo słyszą, nasze informacje potwierdziły się. Chłopak zamierza skoczyć ze względu na zawód miłosny. Więcej o niezrównoważonych emocjonalnie nastolatkach możecie państwo już teraz przeczytać na naszej stronie internetowej, w zakładce {i}Cuda niewidy i dziwa dwudziestego pierwszego wieku{/i}. Tymczasem jednak skupmy się na sytuacji, jaka ma tutaj miejsce. Mieszkańcy… tej miejscowości solidaryzują się z rodziną chłopaka. Pomoc w ciężkich chwilach zaoferowali już lokalny producent pościeli trumiennych {i}Mleczna Kraina{/i} oraz zakład usług pogrzebowych {i}Wieko{/i}. Wszyscy są dobrej myśli. My również, dlatego wracamy po przerwie. Z tej zapadłej dziury, dla telewizji {i}Życie{/i}, mówiła Małgorzata Umieraj.
* Tłum gęstniał z minuty na minutę. Pośród ogólnego rozgardiaszu próżno było wysłuchiwać ptaszków śpiewania i piesków szczekania. Jednie ostatnie, niezadeptane jeszcze kotki, miauczały rozpaczliwie, próbując wydostać się z gąszczu nóg. Blok…