Filozofia · 56 min czytania
Na moście świadomości ...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
„Nie możemy powstrzymać samych siebie przed czynieniem piękna, tak jak nie możemy powstrzymać przed tym całego świata ...”
A. Rice
Ď
Dawno już nie widziała takiego nieba ...
Ciężko orzec, jak wyglądał ten specyficzny rodzaj sklepienia. Zatroskany w swym wyrazie, czy też wyczekujący. Ołów chmur niepokojąco wiszący nad głowami. Nierównomiernie rozłożone kłęby odbijające jakiś ziemski rodzaj światła. Obraz wykreślony ołówkiem przez sprawną rękę artysty. Poranek wydawał się późnym wieczorem oplatanym przez noc. A jeśli to była noc ...? Nie. Dzień dopiero się zaczynał, lecz był sobą tak znudzony, że z niecierpliwością zdawał się wyczekiwać zmierzchu. Tak jakby o wszystkim wiedział.
Chyba już kiedyś tu była. Czuła tak jak teraz. Te dni, gdy chodząc ulicami nie mogła znaleźć sobie miejsca. Czuła się prześladowana przez niewidoczne oczy nad sobą. Tak potępiający i zarazem ciekawski dotyk spojrzenia na plecach. Nie palący tak, jak ludzki, lecz równie natarczywy. Niepokój przemieszany z szaleńczym podnieceniem. Zła sama na siebie, nie rozumiała reakcji całego organizmu. Coś było nie tak, jednak nie potrafiła odnaleźć słów na określenie tego zjawiska. Tym bardziej rozsadzała ją agresja. Zdawała się błagać każdego z przechodniów o sprowokowanie. Widziałaby bezsensowność takiego zachowania, gdyby nie złość. Złość bez źródła. Ślepa.
Ď
Część 22 / 5
Już o „świcie” wyszła z domu. Napisała kartkę, że wróci następnego dnia. Wykręciła się imprezą u znajomych, na którą i tak nie chciała iść. Zza łóżka wydobyła trochę pieniędzy. Sweter i plecak chwyciła niemal w biegu, jakby uciekała przed nieistniejącym pożarem. Ubrała się na schodach i razem z pierwszym papierosem zaczerpnęła świeżego powietrza. Przez chwilę stojąc w bramie brudnej, obskurnej kamienicy patrzyła w okna domów. Odruchowo rozmyślała nad każdym mieszkaniem. Jakież to tajemnice kryją dwa okna i kawałek ściany. Kim są ci wszyscy ludzie i o czym myślą. Żarzącego się peta zgasiła o mur i poszła po śniadanie. Natarczywe jeszcze przed chwilą myśli rozpłynęły się jak dym, wybiegający z jej ust. Sklep na rogu okazał się posiadać wszelkie produkty niezbędne do życia w postaci dużego jogurtu, bułki i dwóch piw. Nie była pełnoletnia, ale póki miała pieniądze nikogo nie obchodził ani jej wiek, ani stan upojenia w jakim kupowała. Była bezimiennym portfelem. Kolejnym tego dnia, kolejnym bez znaczenia. Upchnąwszy wszystko do plecaka, pomiędzy setki innych najzupełniej niepotrzebnie obowiązkowych rzeczy, ruszyła przed siebie. Początkowo powoli, jakby delektując się każdym krokiem. Po chwili biegła już ile sił, a echo jej ciężkich kroków obutych w czarne jak smoła glany dudniło na martwych ulicach.
Ď
Zatrzymała się dopiero na miejscu. Spuściwszy głowę, wspierając ręce na kolanach starała się uspokoić oddech. Gdy podniosła wzrok, poczuła coś na rodzaj zaskoczenia. Tak jakby nie ona tu przyszła. Nie mogła zrozumieć, jak tu trafiła i przede wszystkim w jakim celu. Cóż, skoro już tu jest, to może zabrałaby się do jedzenia. Żołądek coraz głośniej dopominał się uwagi. Wdrapała się na jakieś betonowe podwyższenie. Wyciągnąwszy śniadanie, zaczęła podziwiać rozciągający się przed nią widok. Stare tory kolejowe niewątpliwie były piękne. Ciche i spokojne, choć gdy się w nie słuchać, wciąż tętniły życiem. Po zarośniętych dziś trawą żelaznych śladach przecież tak niedawno pędziły jeszcze pociągi pełne ludzi. A wagony ... Na uboczu, tuż pod wielkimi dębami stały dwie stare konstrukcje. Przerdzewiałe, przegniłe, samotne. Chyba dawno nie było tu nikogo. Prócz jej śladów na ugiętej trawie nie było nic. O dziwno, nie było tu nawet śmieci. Wyciągając piwo chwyciła aparat i jakby wpadła w trans. Szła dość energicznie, z każdym błyskiem lampy budząc ten świat ze snu.
Ď
Jedna, druga, trzecia klisza ... Dotarła do wagonów. Drażniący nozdrza zapach aż hipnotyzował. Brak światła, cienie, zdewastowane elementy idealnie współgrały z tłem ... Niebo! Z ostatnim zdjęciem poczuła jakby ulgę. Błogą radość wypełnienia obowiązku z jednoczesnym zmęczenie. Nareszcie udało jej się otworzyć butelkę złocistego napoju i zatopić w lekturze książki. Tak jakby to był jedyny jej cel. Tak też wyglądała. Pasowała do tego obrazka. W każdym calu była brakującym elementem tego dnia w tym miejscu. Drobna postać skulona w rogu sceny. Lniane proste włosy opadające na ramiona. Delikatne dłonie nerwowo rozciągające przyduży żółty sweter i dżinsy z artystycznymi dziurami. Taka była. Niewyróżniająca się postać o oczach jak to niebo ... Ona miała być jego sztuką ...
Ď
Nie wiedziała ile czasu spędziła w tamtym miejscy. Z jej mentalnością posiadanie zegarka wydawało się co najmniej niestosowne. Przyszła czytać, mogła odejść dopiero, gdy skończy. Każda przerzucana strona napawała ją satysfakcją. Satysfakcją zrozumienia, spełnienia siebie samej. Coraz bardziej ugruntowywała samą siebie w byciu tak zwanym outsiderem. Samotność bywała dokuczliwa, ale jednocześnie niezwykle kreatywna. Zmieniała się z dnia na dzień, nawet lustra odbijały inną twarz. Kiedy się to wszystko zaczęło ...? Kilka tygodni porzucenia, czy ... Od zawsze pociągała ją dziwna strona życia. Wręcz anormalne zamiłowanie do śmierci. Bała się o tym mówić. Szyderczy śmiech bolał ją bardziej niż udawanie. Już kilka lat temu przestała mówić, co myśli. Budziła zbyt wiele kontrowersji. Nauczyła się tępo potakiwać i wszystkie awantury ucichły natychmiast. To co czuła zamknęła za wielkimi drzwiami. Dzieliła się tylko z sobą. Była rozmówcą samą sobie. Zaraz ... Był jeszcze Tomek. Tomek był fascynacją jeszcze z czasów, gdy szkoła była pełna dziecinnej naiwności. Nigdy nie przedstawiał dla niej wartości uznawanej przez rówieśniczki. Był człowiekiem. Istotą filozofii i wiedzy jaką łaknęła całym ciałem. Jego płeć nie miała znaczenia. Wszystko jedno czy był mężczyzną, czy też kobietą. Ona tego nie widziała. Dla niej był bezpłciowym artystą. Rozmówcą do kolejnego dna butelki krwistego zabarwienia. Był. Niezwykle trafne użycie czasu przeszłego. Odkąd stał się mężczyzną, świata zapomniał pochwycić. Wyjechał za miłością. Po miesiącu, zapomniał nawet o listach. Mówiła o nim, że zginął w wypadku. Tak było jej łatwiej. Niemal codziennie z naręczem kwiatów szła na cmentarz. Obrała sobie zdewastowany grób w głębi alei. Nie było nawet tabliczki z imieniem i nazwiskiem, tylko zbutwiały krzyż. Sprzątała, pielęgnowała, godzinami siedziała przed symbolicznym kawałkiem ziemi szepcząc monologi. Pogrzebała go żywcem, aby go nie utracić.
Część 33 / 5
Ď
Jak to się stało, że jednak pojawiła się na rzeczonej imprezie, nie pamiętała. Zgubiła kilka godzin z życiorysu. Nie, nie upiła się - po prostu zapomniała. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Siłą faktów stała teraz po środku zatłoczonego pokoju odziana w jakąś czarną suknię. Czuła na skórze makijaż i delikatny dotyk materiału. Powoli zaczynała się budzić z umysłowego snu. Jeszcze mocniej przekonał ją o tym ból głowy jakim organizm zareagował na muzykę. Potrzebne było lekarstwo. Natychmiast! Jak dar niebios pod stołem w kuchni stała zimna butelka wódki. W całym tym zamieszaniu nikt nie zauważył jej zniknięcia. Z resztą. Alkoholu było jak na trzy dni wesela. Gdzieś po drodze była szafka, zastawiona do granic możliwość. Napoje we wszystkich kolorach tęczy, szkła, miski z lodem i jedzenie. Czego dusza zapragnie. Aż dziwne. Ciekawe, kto zorganizował tę „wystawną ucztę”? Pochwyciła coś z brzegu i uciekła, przepychając się przez tłum. Twarz w złośliwym grymasie utorowała jej drogę. Weszła do bocznego pokoju. Tu nie było nikogo. Zbyt mała powierzchnia taneczna. Siedziała na parapecie okna, przewieszając nogi na zewnątrz. Ósme piętro? Nie szkodzi. Pół szklanki, kilka kostek lodu, sok pomarańczowy dla niepoznaki. - Drink jak się patrzy ... – powiedziała po prostu, sama do siebie, dla otuchy. - Oczywiście. Równie dobrze, mogłaś pić z butelki. Niepotrzebnie brudzisz szklankę. - W ... witaj Basiu! Długo tak stoisz? – mimo dość irytującej sytuacji biła od niej życzliwość. - Wystarczająco. Możesz mi powiedzieć, co ty wyprawiasz? – kulturalna pretensja, chyba cecha rozpoznawcza. Każda kłótnia brzmiała tak samo. Spokojnie, opanowanie, inteligentnie i tak potwornie boleśnie. Pogardliwie ...? - Wybacz, nie pomyślałam o towarzystwie. Nalać ci? - Nie, dzięki. – syknęła niewysoka postać – Dobrze wiesz, że nienawidzę, gdy kobieta pije. A ty szczególnie. I po co? - Kochanie ... Gdybym wiedziała, nie piłabym. – opanowaniem na opanowanie. Coraz częściej ich rozmowy stanowiły niezwykle wyszukaną grę. - Jak zawsze, te same głupie tłumaczenia! – zabolało. - Lepiej wyjdź, nie mam zamiaru rezygnować. – wolnym ruchem podniosła szkło do ust i upiła potężny łyk. Alkohol równie powoli palił cały przełyk, wywołując na skórze przyjemny dreszcz ciepła. Nie miała ochoty rozwodzić się nad przyzwoitością swoich poczynań. Miała uspokoić huragan myśli, a to był jeden z najskuteczniejszych środków. Kolejny łyk, w ciele coraz cieplej. Przestała czuć wiatr i wysokość. Kolejny. - A pij. Schlej się do nieprzytomności i wyskocz przez to zasrane okno. Mam cię już dość! Ja cię do domu nie będę zanosić. – w głosie drżała rozpacz. Trzask drzwi zdecydowanie zamaskował wszystko złością. - Wiem. Nie musisz ... – przyciszyła – Ale i tak wiem, że to zrobisz. Baśka miała za dobre serce. Mogła się złościć, krzyczeć, ale i tak wyciągała pomocne dłonie. Była jak słońce dla mokrej ziemi. Tak też do niej mówili – Słonko. Ostoja przed kolejną burzą. Martwiła się o wszystkich, o każdego z osobna, rzadko kiedy o siebie. Teraz widać kończyła się jej cierpliwość. I ona się zmieniała. Gorzkniała stojąc zawsze metr za nim. Wakacje zapowiadały się coraz gorzej.
Ď
Stosunkowo szybko utopiła świadomość. Po około godzinie bawiła się jak szalona. Nawet stół uczyniła fragmentem parkietu, niezwykle sprawnie, jak na ten stan upojenia, wyginając się między chipsami a sałatką owocową. Tuliła się w ramionach jakiegoś mężczyzny. Puste butelki rzucała z balkonu, śpiewając, a właściwie krzycząc wniebogłosy. Zdecydowanie przesadziła ... Jutro miała tego pożałować. Jednak póki co, defilowała boso po brukowanym rynku.
Ď
Świt przyszedł zdecydowanie za wcześnie. Pierwsze promienie słońca bezczelnie wdzierały się przez okno. Wierciły się po twarzy, podważały zasłony powiek, hałasowały niemiłosiernie na wszystkich meblach. Zapomniała zasłonić żaluzje. Cholera. Prawy bok, lewy. Ciągle niedobrze. Zaczynało się robić coraz cieplej. Ciało zwinięte pod kołdrą pokryła warstwa potu. Wszystko się do siebie kleiło. Westchnęła. Okropieństwo! Zapach z ust uwięziony pod kołdrą wywoływał mdłości. Zepchnęła pościel w nogi. Nieprzyjemne mrowienie w kończynach, jakby wczoraj pokonała maraton. „Czy wszyscy się na mnie uwzięli, szlag by to! Za co ...?”. Była już wystarczająco zła i bezsilna – dalszy sen wydawał się zupełnie nie na miejscu. Otworzyła oczy. Zdecydowanie zbyt szybko jak na swoje wczorajsze wyczyny. Zbyt jeszcze otępiała. Pełna przeświadczenia obcości leżała sztywno przez kilka, może kilkanaście minut. Starała się skupić. Sporo czasu zajęło jej rozpoznanie pokoju. Była u siebie, ale jak tu trafiła ...? Bolało, jakby co najmniej otwierała sobie głowę w poszukiwaniu wczorajszego wieczoru. Po kolei krok po kroku. Stała po środku pokoju, później zabrała butelkę, pokój, okno, spięcie z Baśką. Zaczynało się robić nieciekawie. Jakiś facet, cholera, kto to był? Nie pamiętała nic z nim związanego, imienia, twarzy, chociażby ubioru, nic – może poza faktem, że fatalnie całował. Taniec na stole, rzucanie butelkami – coraz gorzej. Na samym końcu był chyba rynek. I ... Oczy zapłakane kładące ją do snu. Moja kochana Basia ... Poszła, a właściwie dotoczyła się do łazienki. Odkręciła wodę ustawiając odpowiednią temperaturę, nalała ulubionego olejku. Obicie w lustrze było ... zabawne. Ona, tylko, taka śmieszna. Z przymrużonymi oczyma, makijażem rozmazanym jak u lalki z taniego bazaru, włosami sterczącymi na wszystkie strony. - No, popatrz Monisiu, tak wygląda krajobraz po bitwie. – roześmiała się głośno – Trzeba będzie nie lada wysiłku aby odrestaurować tę facjatę. – znów śmiech. Z pokoju rodziców dobiegł ją głos pretensji. - Monika, litości! My wróciliśmy godzinę temu ... Wyszła. Za framugę drzwi drugiego pokoju wychyliła tylko rękę, by chwycić klamkę. - Przepraszam ... – szepnęła – już będę cicho ... Delikatnie zamknęła drzwi i wróciła do łazienki. Dziwne, nie mówili, że gdzieś wychodzą. W sumie to do nich podobne. Widać dobrze się bawili.
Ď
Część 44 / 5
Rodzice byli wspaniałym małżeństwem. Nawet po dwudziestu latach zachowywali się jak para zakochanych nastolatków. Byli młodzi i jeszcze młodziej się czuli. Znajomi mówili o nich „dzieci woodstocku”. Mieli rację. Na oko, dwudziestokilkuletnia kobieta o długich jasnych włosach i zawsze pogodnej twarzy, niewysoka, modnie ubrana. Wysoki mężczyzna, dobrze zbudowany, poważny i rozbrajająco spontaniczny. Szli zawsze trzymając się za ręce. Wokół nich unosiła się aura szczęścia. Budzili sympatię nawet u obcych ludzi. Mieli masę znajomych, więc większość weekendów spędzali poza domem. Pracowali dużo robiąc to co lubili. Ona zajmowała się architekturą ogrodów, a on szkolił psy policyjne. Praca wypełniała również dom- w postaci wszędobylskich doniczek z zielenią i owczarka niemieckiego. Jednak bez względu na porę dnia, zajęcie i powód, zawsze byli na wyciągnięcie ręki dla dziecka, ich pociechy. Swą jedyną córkę wychowywali w dość kontrowersyjny sposób. Odkąd weszła w tak zwany okres buntu, starali się być dla niej bardziej przyjaciółmi, niż wychowawcami. Wyznawali zasadę, że wszystkiego w życiu należy spróbować. Dlatego Monika, wyrosła na taką, na jaką wyrosła. Nie, w żadnym wypadku, nie była zepsuta. Uczyła się w najlepszej szkole, była niezwykle bystra i inteligentna - wszyscy troje o to dbali. Jednak ... Mając siedemnaście lat, bez najmniejszego skrępowania paliła w domu. Mogła podejść do ojca i poprosić o pieniądze na alkohol, bo wieczorem u znajomych była impreza. Matka wiedziała o każdym mężczyźnie, który w takich, czy innych okolicznościach pojawiał się w jej życiu. W domu nie było tematów tabu. Nawet przy niedzielnym obiedzie mogła zapytać o rzeczy odbierane powszechnie za nieprzyzwoite. Miała dom, z którego była dumna – ciepły, kochający i pełen zaufania, choć czasem z przekąsem mówiła, że było aż za dobrze.
Ď
Woda była ciepła i lepka. Otuliła ją przyjemnie. Delikatnie przesuwała się po ciele, jak bezosobowe dłonie – pieszczotliwie. Zapach różanego drzewa wnikał w każdą komórkę z cucącym dreszczem. Rozprostowała nogi. Zanurzona od połowy łydek po barki patrzyła się w swoje stopy. Dla zabawy machała palcami cicho śmiejąc się do siebie. Leżała póki ciepło nie uciekło z wanny, by przykleić się do lustra. Wstała. Patrzyła jak drobne krople czyniły z niej tor wyścigowy pędząc w dół. Wycierała się puchatym ręcznikiem, mokrymi stopami rysowała wzorki na posadzce. Ileż było w tym frajdy. Jak małe dziecko znaczyła kwiatki i serduszka na zaparowanym szkle. - Brakuje mi tylko żółtej kaczuszki. Chyba już czas się leczyć. Umyła twarz. W papierowy ręcznik wytarła cały wczorajszy dzień. Zęby myła niezwykle starannie, by nic nie wspominać. Włosy ułożyła jak na co dzień, żadnych dziwactw dzisiaj. Wracamy w wysłużone już „dzisiaj jak zwykle” ... Do kuchni szła na palcach. Zupełnie niepotrzebnie, ale jednak. Śniadanie jadła nago, a czemu nie! Płatki kukurydziane zalane kakaem. A może to była inka? I kanapka z dżemem. I jogurt. Kiełbasa. O, mamy ogórki. Zaraz zwymiotuje. Chyba jeszcze chce mi się lodów. Szkoda, nie mamy bitej śmietany, ale mogą być truskawki.
Ď
- Bastion, chodź idziemy postraszyć przechodniów. – pies podniósł głowę z legowiska. W jeszcze zaspanych oczach była radość. Wiedział, że znikają na cały dzień. Będzie biegał po wyschniętych łąkach, bawił się kawałkami drzew ... Nie, nie dziś. Radość ustąpiła miejsca zrozumieniu. To nie był jeden z tych szalonych spacerów. Widział, że dziś trzeba będzie zlizywać z twarzy łzy. Niezwykle słone. Był gotów wypić nawet ocean ... Kolczatka zadźwięczała melodyjnie wsuwając się na idealnie czarną szyję psa. Ledwo potrafiła powstrzymać łkanie. Jej oczy miały teraz taki władczy wyraz. Zatopiła palce w miękkiej sierści. Plecak miło ciążył na ramionach. Kartkę z wiadomością zalała herbatą. - Komu w drogę, temu wiatr we włosy ... – drzwi westchnęły skrzypiąc. Zamknięte.
Ď
Autobus dowiózł ich tam gdzie chciała. Na sam koniec miasta. Tam, gdzie szosa zdawała się być niepisaną granicą pomiędzy dwoma światami. Brzozy po obu stronach asfaltowej wstęgi nachylały się ciekawskie, niemal gałęziami gładząc twarze pędzących ludzi. Na lewo, choć w oddali, miasto wykrzykiwało swe pretensje pnąc się do nieba. Bloki i wieżowce z tej perspektywy nie były już takie odrażające. Nie wydawały się nawet brudne. Były drzewami jałowej ziemi. Były, tak po prostu. Po prawej zaś stronie, łąka. Kolorowa i mrucząca, jak dywan pod łóżkiem nieba. Gęste trawy sprawiły, że czarny cień kroczący przy nogach natychmiast znikł. Pozostał tylko ślad falujący, jak po dotyku dłoni, gdy woda gnie się jedwabiście. Na horyzoncie zamajaczył las. W rozżarzonym powietrzu taplały się owady. Poza drzewami rozlewało się słońce. Nie padało od tygodnia. Zdjęła buty. To były tylko sandały, łatwo dały się upchnąć w plecaku. Sukienka lekka, chyba lniana, jak piasek, wtapiała się w trawy. Szła powoli przed siebie. Zamknęła oczy, by odczuć to wszystko inaczej. Mniej pewne zmysły słyszały, dotykały, czuły, lecz wciąż nie były pewne. Spod kaskady rzęs pociekła pierwsza kropla. Słońce otarło twarz delikatnym muśnięciem. Nagle jakiś mokry dotyk na udzie, drgnęła lekko przestraszona. - Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Korzystaj z łąki, nie powinnam się zgubić. – w odpowiedzi usłyszała tylko ciche warknięcie. Mokry język pocieszył jej dłoń wiszącą bezwładnie. Zaszumiały trawy. Zniknął. Cień drzew dawał chłód. Otworzyła oczy. Z czerni powoli wyłaniały się pnie i gałęzie. Mech miękko uginał się pod stopami. Postąpiła kilka kroków. To było jak rytuał. Do tego lasu przyjeżdżała zawsze w tym samym celu. By móc płakać nieskrępowana obecnością innych. Pies od najmłodszych lat dzielił z nią życie. Kiedyś Leon, teraz on – Bastion czarny jak smoła. Zawsze ktoś ... Zastępował rodzeństwo i najwierniejszego z przyjaciół. Dlatego mógł być teraz tu. Mógł patrzeć jak siedzi pod spalonym dębem i drży w konwulsyjnym płaczu. Drzewo niegdyś potężne, dziś było tylko zwęgloną skorupą. ( O, nielitościwa burzo. ) Zupełnie jak ona. Może nie. Nie do końca ... Tu była bezbronna i obolała. Zwęglona jak ten pień. Wymywała z siebie złe fragmenty. Nie kryła szeptania dziwnych litanii. Mogła krzyczeć, dławić się i uderzać pięściami, aż poczuje się wyczerpana. Taki był właśnie cel. Trochę dziwny, poplątany, zakorzeniony gdzieś głęboko. Wychodziła z przekonania, że cudze spojrzenie czyni nas słabymi. Walczyła o to, by nikt nie widział jej słabości. Na co dzień przywdziewała zimne szaty królewskie, by pogardzać. Tu rozbierała się do naga, by współczuć. Wciąż tego nie rozumiem. Ale ... Minęły już trzy godziny. Wystarczająco. Wstała. Spoglądała w dół ze skarpy. Pagórek piasku zarośnięty dziś zielenią, w tym akurat miejscu urwany – niedokończony. W dole szumiał rów pełen mgieł. Tam właśnie zmierzała. Gdzieś za plecami rozległo się szczekanie. Daleko. - Bastion! Nie strasz wiewiórek. – odzyskała już głos, choć wciąż drżał , teraz jakby wibrował. Czy to był uśmiech ...? Woda w strumieniu była lodowata. Kłuła jak tysiące niewidocznych igieł, gdy zanurzała stopy. Wielkie kamienie na dnie były śliskie i niewygodne. Rozłożyła ramiona, aby utrzymać równowagę, jednak nie miało to większego sensu. Po kilku krokach osunęła się i runęła w wodę z pluskiem. Nie było ani płytko, ani głęboko. Było tylko zimno. Wynurzyła się z krzykiem zaczerpując powietrza. Dreszcze jak oszalałe biegały w górę i w dół ciała. Zanurkowała i próbowała przepłynąć kawałek. Bez szans. Mimo starań ciało drętwiało w zastraszającym tempie. Zupełnie jakby w wodzie już panowała zima, podczas gdy na kamieniach wygrzewało się młode wciąż lato. Zadziwiająca jest magia lasu ...
Część 55 / 5
Ď
Drzwi otworzyła matka. Postacie za progiem przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Burza szalała od dobrej godziny, a na autobus na pewno się spóźnili. Ona, mokra i sina z zimna. On ubłocony i równie mokry. Aby zaakcentować zadowolenie otrzepał się zdobiąc ściany burymi plamami. Cudownie, po prostu cudownie. Jak to dobrze, że w przedpokoju były kafelki. Najpierw pies. Monika siedziała opatulona kocem na podłodze pod drzwiami. Patrzyła nieobecnie w sufit. Czuła się szczęśliwa, oczyszczona i pełna najgorszych przeczuć. Wraz z burzą coś nieprzyjemnego wisiało w powietrzu. Nie ukierunkowana przykrość. Jej szósty zmysł okazał się aż nazbyt wyczulony. Śniła ... Ulice były pokryte mgłą. Do poranka jeszcze daleko. Noc starzała się powoli i nonszalancko. Burgundowe światła latarni sączyły się na chodnik. Stukot butów wdzierający się koronki. Ktoś szedł jej na spotkanie. Cień o niewidocznym uśmiechu. Jego biała dłoń wyciągnięta do przodu w powietrzny uścisk. Gęste milimetry i ... Otrząsnęła się. Zupełnie niespodziewanie, z szybko bijącym sercem. Gdzie jest ulica i ta dłoń? Tak zimna i zadbana. Na pewno ciepła. Twarz. Uśmie ... - Odbierzesz wreszcie ten telefon?! Zasnęłaś? – dźwięk był głośny. Chyba długo rozdzierał powietrze. Wreszcie doczekał się. - Słucham ... – wciąż nieobecnie. Co to była za ulica? Chyba znam to miejsce, to gdzieś w centrum. Już to śniłam ... - Witaj kochanie! Tak strasznie się stęskniłem. Ile to już, chyba cztery miesiące. To miasto jest naprawdę wspaniałe. Czemu nic nie mówisz? A propos. Przepraszam, że nie pisałem, jakoś nie było czasu. A ty? Zgubiłaś adres? Teraz nie ważne. Musisz do mnie przyjechać. Pokażę Ci ... Beta ...! – chwila ciszy – Monika! Jesteś tam? Szok. Wstrząs połączony z jednoczesną ulgą – więc to o to chodziło. Ten natarczywy obraz. Ciekawe, która to była godzina? Czy ja znam ten cień? Cichy pomruk w słuchawce. Też tęskniła, ale. Za bardzo bolało, by teraz. - Chyba pomylił pan numer telefonu. Do widzenia. Dźwięk rozłączanej rozmowy definitywnie przybił ostatni gwóźdź do trumny ...
Ď
Obrazy był natarczywe. Przejmowały kontrolę nieproszone, nie pytając o zdanie. Teraz na ławce pod blokiem siedziała tylko pusta forma, z zastygłą butelką mineralnej. Odległa latarnia nadała twarzy wygląd woskowej maski. Tragiczna kukła z rozwianym włosem. Stała na moście. Na kogoś czekała. Tak to ona, widzisz bywa tak, w zimnym deszczu posłusznie mokła. Chodnik, tuż przy szosie pędzących świateł. W oddali szary kształt kroczył w kółko. Po drugiej stronie człowiek, on to lepiej wie, co znaczy czekać - dłużej moknie. Czas odmierzały tylko parasole chlapiące wodą prosto w twarz. Nie miała ze sobą nic. Włosy lepiły się do twarzy. Znudzone błądzenie wzrokiem po świecie. Wszystko poszarzało wraz z niebem. Domy i zamek, i rzeka i drzewa. Dlaczego te krople były takie smutne ...? Był zaledwie plamą, gdy wyszedł zza rogu. Zatańczył na ulicy kocim krokiem. Płaszcz lśnił, pokrył się światłem latarni przed mostem. Patrzyła weń jak zahipnotyzowana. Roztaczał wokół siebie magię, dziwny dreszcz, co nie pozwalał nie patrzeć. Tylko czarny, jednolity . Podchodził powoli - dystyngowanie. Wyciągnął do niej dłoń. Śnieżnobiałą, o palcach jak żmije, paznokciach długich, mlecznych. Znów chciał jej dotknąć. Alabastrowe przedłużenie myśli. Był już tak blisko. Zamknęła oczy, by poczuć jego dotyk. Poczuła tylko wiatr. Przeszedł obok, choć szedł właśnie do niej. Spuściła głowę w zrezygnowaniu. Nie zasłużyła nawet na ... „Zawołaj mnie.” Nie wiedziała kim on jest, lecz słysząc w sobie te słowa, była pewna. Mówił do niej. Mówił myślą delikatną i mruczącą. - Jak mogę cię wołać skoro nie wiem kim jesteś ... – jej wargi ledwo drgały, jakby łapały powietrze. Wiedziała jednak, że on ją słyszy. „Jeśli mnie nie znasz, nazwij mnie. Tak jak małe dziecko, nazywa nowe, tak ty nazwij mnie.” Szedł bez ustanku niknąc zwolna za ścianą wody. To uczucie szarpało się w niej, jak żywe. Nie, nie pozwól mu odejść. Zatrzymaj go! - Czekaj ... Daj mi chwilę. Jak mam cię nazwać? Stworzeniem, imieniem, uczuciem. Stój! – drżała desperacją. Wciąż z zamkniętymi oczami, do niego plecami, lecz czuła go przez skórę. „Nazwij mnie sobą.” - Ale jak ... – „Nazwij mnie swoją tęsknotą i pragnieniem. Tym czego szukasz i tym co mnie tu wezwało. Nazwij mnie swoim darem, ty jasnowidząca ...” Jego głos cichł, był już tylko echem śpiewającym. - Proszę, nie idź ... – upadła na kolana w szlochu – Proszę ... uzdrów mnie ... Tak! Zjawa we mgle spowita, co niosła ze sobą uleczenie. Zaczerpnęła powietrza, jakby wynurzała się z dna oceanu. Łapczywie zatrzymała wszystko wewnątrz. Sekunda wyczekiwania. - Rafael ... Wosk twarzy nagle zadrżał, jakby ugięty zwątpieniem. Usta rozwarły się. Dłonie zimne, na ławce wsparte oderwały się nagle. - Rafael !!! – krzyk tak rozdzierający, tak smutny uniósł się z wodą. Betonowe bloki odbiły do dziesiątki razy. Przyzywały go, wraz z nią, zapłakaną. Budzącą się z tego snu. Przerażoną, nie potrafiącą zapanować nad własnym ciałem. Z okien i chodników patrzyły na nią ciekawskie oczy, złośliwe, prześmiewcze, zdziwione. Palona wstydem wstała i odeszła. Najpierw spokojnie. Coraz szybciej, szybciej, jeszcze szybciej. Pędziła jak oszalała. Nawet na czerwonych światłach nie zwalniała. Skakała między samochodami. Za nią tylko krzyki pełne pretensji i klaksony. Zatrzymała się dopiero pod drzwiami. Dysząc osunęła się na wycieraczkę. Plecami oparta o drzwi, ocierała łzy ... Wtedy nie wierzyła, że można zachorować na świat ...
Ď
Do północy brakowało zaledwie dwóch godzin. Zanurzona głęboko w spokój grafitowego fotelu czytała jedną z dziesiątek podobnych książek. Tuż obok roztaczał się słodki aromat herbaty. Coś cichutko grało w koncie, chyba skrzypce. I było tak dobrze. Tak czysto i beznamiętnie. Pies biegał we śnie, a rodzice oglądali telewizję, tuląc się do siebie. Burza ze swym orszakiem dawno już uciekła nad pobliskie lasy. Miejskie niebo lśniło, jak lustro, zupełnie pozbawione najpiękniejszej ze świetlistych tarcz. Pewnie księżyc świecił dziś dla innych oczu, na pewno nie dla niej. Lecz te wszystkie latarnie z ulicy, chciały lśnić dla niej, teraz znieruchomiałej nad czarnymi literami. Wpychały się przez okno w swych złocistych, białych i zielonych sukienkach. Zwiewnie przepychały na parapecie tworząc trzy cienie, jednej samotnej doniczki. Która lepiej, która dokładniej obrysuje jej proste kształty, któraż latarnia prawdziwiej wymaluje czarne liście i pąki. Oczy szare oderwały się od książki. Spojrzała na parapet, jakby chciała dostrzec tę kłótnię. Przechyliła głowę delikatnie, włosy osunęły się z ramion już całkiem suche. Patrzyła i, zdawało się, rozumiała każde słowo. Nawet zaśmiała się cichutko. Nagle, na biurku rozjarzył się pomarańczowy ekran i komórka wydała z siebie dźwięk na podobieństwo fragmentu Sonaty Księżycowej. Trochę niechętnie podniosła się z fotela. W pokoju było tak ciepło, a wiadomość, zapewne zwiastowała wyjście na zewnątrz. - „Smutno mi. Beta, spotkamy się na baszcie? Gwarantuję coś na rozgrzanie, tylko przyjdź proszę. Ja jestem już w autobusie. Całuję. Wiedźma.” – przeczytała na głos, jakby nie mogła zrozumieć słów. Westchnęła z dezaprobatą, ale usta wygięły się w uśmiech. Wiedźma, znaczy się, Justyna, miała prawo do takich niezapowiedzianych wybryków. Przyjaźniły się od roku, od początku liceum i wyjątkowo dobrze ze sobą współgrały. Diametralnie różne, a jednak. Z szafy wydobyła sweter i kurtkę, chwyciła plecak, nawet dobrze nie zasznurowała glanów. Jeszcze z kuchni jakieś opakowanie, to chyba były chrupki. Woda i jabłko. - Mamo, widziałaś moje klucze? - Są w płaszczu. Wychodzisz? – głos miała przyciszony, widać ojciec usnął z głową na jej kolanach. Praca ze szczeniakami potrafiła być naprawdę męcząca. - Idę na basztę. Nie czekajcie na mnie. - Justyna? - Skąd wiedziałaś? Czytasz w moich myślach? – uwielbiała ten rodzaj zaskoczenia, taki ciepły i kochający, zupełnie jak szalik. - Tylko ona zdolna jest do takich szaleństw. – śmiech – Pozdrów ją.