Filozofia · 12 min czytania
Na poczcie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na poczcie
Prostota sprawy jest skończenie jasna i bije potężnym blaskiem niczym Syriusz na atramentowo ciemnym nieboskłonie. Oto mam potrzebę. Muszę nadać paczkę. Niestety, nie posiadam ni magicznych mocy, ni gołębia pocztowego czy chociażby prywatnego gońca. Położenie me, pozornie smutne, jest całkowicie zrozumiałe i powszechne na tym dzisiejszym, ziemskim padole. Tak więc, nie mam powodów do zmartwień! Udaję się... na pocztę! Budynek jej, niezmienny od tylu! lat, wciśnięty jest pomiędzy niskie, czteropiętrowe bloki z ery socjalnej. Pokryty szarym tynkiem sprawia doprawdy zachęcające wrażenie. On jeden, pośród tak wielu odnowionych, ocieplonych i odmalowanych budowli, wygląda dokładnie tak samo jak w dniach mego kochanego dzieciństwa. Wchodzę. Jestem już w środku i biorę głęboki oddech, wciągając stęchłe, pocztowe powietrze, pachnące dokładnie tak samo jak dziesięć lat temu. Pocieszający jest fakt, że w galopującym świecie pełnym ewo i rewolucji, zmian i przeobrażeń, chociaż ta jedna rzecz jest jak za dawnych lat, jakkolwiek to właśnie ona powinna ulec zmianie w pierwszej kolejności. Tej refleksji poświęcam sekundkę i zaraz wracam do teraźniejszej rzeczywistości. Pierwsze, co przykuwa moją uwagę, to kolejka. Długa. Spoglądam na stolik, przy którym siedzą samiec i samica w wieku podeszłym, innymi słowy: dziadek i babka. Domyślam się, iż opadli na krzesła zmęczeni staniem; wszak niemały to wysiłek dla starych, schorowanych nóg, które pamiętają jeszcze wielką wojnę. Ustawiam się na końcu kolejki, zostawiając przed sobą lukę. W ten sposób pragnę dać im (dziadkowi i babce) do zrozumienia, iż zdaję sobie sprawę z ich manewru i szanuję go w całej jego rozciągłości. Kobieta jednakże reaguje natychmiastowo: -Przepraszam – mówi. – Ja tu stoję. Piękna i chwalebna to wieść, doprawdy! Ale, w głosie jej nie wyczuwam wrogości ani upierdliwości, więc odpowiadam całkiem uprzejmie, jedynie z nikłą nutką politowania: -Wiem. I tak stoję i czekam. I tak czekam i stoję... Czekanie samo w sobie nie stanowi dla mnie problemu. Nuży, męczy, tak, to prawda! Lecz jest zrozumiałą częścią pocztowej rzeczywistości. Godzę się na nie, pojmując ogół skomplikowanych, biurokratycznych mechanizmów i zdając sobie sprawę z mojej wobec nich bezsilności. Bo i cóż mogę począć ja, pospolity obywatel? Cóż mogę zrobić, by kolejka stopniała, by wszystko działo się szybko, szybciej, szybciutko? Gówno. Tak, mogę gówno. Prawda to twarda i bezlitosna, ale jak najbardziej prawdziwa. Buntować się wobec takiej prawdy – żałosna autodestrukcja. Bo jakaż jest istota tego zjawiska? To JA mam do NICH interes, nie ONI do MNIE. To oni mogą zrobić to, na czym mi zależy, nie na odwrót. Tym samym staję się niejako ich poddanym czy też nawet niewolnikiem. Ale, jedno wielkie „ale”! W niewolę tę wpycham się sam, samiuteńki. Wcale nie muszę stać w kolejce tych piętnastu minut. Mogę wyjść. Zawsze jest jakiś wybór. Nie wychodzę jednak, bowiem mam potrzebę. Stoję więc i czekam, czekam i stoję... Czekają i inni, w gruncie rzeczy nic się nie dzieje. Do czasu. Monotonię przerywa kobieta w średnim wieku stojąca przede mną. Występuje z kolejki i opada ciężko na krześle po prawicy już siedzącej tam babki ze słowami: -Już nie mogę. Jak to wszystko długo trwa! O kobieto! W jakim nikczemnym celu wypowiadasz te słowa?! Czy nie możesz zwyczajnie usiąść w ciszy, pokorna? Czy musisz obnosić się na lewo i prawo ze swoim wątpliwym brzemieniem? Nie, nie możesz... Tkwisz w objęciach Siły, która ci na to nie zezwala. Zwracasz się do babki jakby z wytłumaczeniem, lecz ty wcale nie chcesz się tłumaczyć. Zależy ci tylko i wyłącznie na pozyskaniu sprzymierzeńca twych mrocznych praktyk. Zaiste, przebiegłą bestią potrafi być polska kura domowa! Babka, naturalnie, haczyk łyka aż miło. „No, to zaczyna się”, myślę. -Tak, tak – mówi. - Ja też się zmęczyłam. -Tutaj nie da się nic załatwić, jeśli się nie postoi przynajmniej ze dwadzieścia minut – oznajmia kobieta pół żartem, pół wyrzutem. -Oj, prawda – potwierdza babka. - Co też oni tam tak długo robią? I wzdychają, i kwaczą, i złorzeczą, wciąż wypowiadając praktycznie te same zdania. Niezdolne do zaawansowanego formułowania swoich myśli, zwyczajnie same się papugują. A papugowaniem tym jedna dodaje drugiej sił. Obie rosną w potęgę, a co gorsza – robią to na moich oczach! W końcu osiągają poziom mocy, który pozwala im zepchnąć tę upośledzoną konwersację na inne, jakże szokujące tory. -Ja to idę do kuchni i mam spokój. Mam tam telewizor. A mąż niech sobie siedzi w pokoju, a co – wyznaje zadowolona kobieta. -A ja, to wie pani, spacerkiem, pójdę to tu, to tam. Na pocztę, do sklepu i tak dzień mija – rewanżuje się babka. Wyznania te godzą mnie jakoś szczególnie. „Że co?!” - woła jakiś zrozpaczony głos z odmętów mego jestestwa. Rozkładam bezradnie ręce nad ogromem Tajemnicy, która pulsuje potężnie o krok ode mnie. Jakaż pierwotna i niezbadana siła popycha ten gatunek ku sobie? Jak to się dzieje, że zawsze i wszędzie są gotowe do takich rozmów? Z nieznajomą! Wszystkie skarby i bogactwa świata temu, co rozgryzie ten twardy do niemożliwości orzech, nie łamiąc sobie przy tym zęba! Czując rozbrajającą do cna bezradność wobec tegoż zjawiska, odwracam odeń wszystkie me myśli i zmysły. Spoglądam w górę, na schodki prowadzące do pomieszczeń biurowych, niedostępnych dla zwyczajnych śmiertelników. Odkąd pamiętam, zawsze chciałem te schodki pokonać - wspiąć się po stopniach i zajrzeć w głąb zakazanego... Ale! Oto wspomnienia o dziecięcych pragnieniach zmuszony jestem odrzucić hen, w mglistą czeluść zapomnienia! Tajemnica, z którą dopiero co zmagałem się z żałosnym skutkiem, otacza mnie! Tuż za mymi plecami kolejne dwie wiedźmy inkantują wersety antypocztowego lamentu. Kolejne dwie. Czy to aby…