Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kariera · 13 min czytania

Na polu bitwy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Każdego dnia trwa wojna. Wojna totalna, na wyniszczenie, na przetrwanie do jej kolejnego, jutrzejszego odcinka. Powtarzalne, cykliczne igrzyska z oczekiwaniem na grand final, który nigdy nie nadejdzie. Wojna, z którą każdy musi się zmierzyć, opuszczając swoje bezpieczne koszary. Te wzniesione kiedyś własnymi rękami przez lud pracujący z wielkiej płyty gdzieś na Bemowie i te w postaci obozowiska otoczonego zasiekami i strzeżonego przez dziesiątki cyfrowych cerberów na nowym Wilanowie. Wzniesione rękami półniewolników ściągniętych na Pole Bitwy z Dalekiego Wschodu. Wojna to choroba. U każdego rozwija się nieco inaczej, toczy go szybciej lub wolniej; gorączka jedynie lekko dokucza lub zupełnie paraliżuje; szybko daje przerzuty, bądź rozwija się w ukryciu. Wspólne jest to, że nie da się przed nią uchronić – jeśli chcesz żyć, musisz chorować. Jeśli chcesz chleba, musisz wejść na scenę igrzysk. Jeśli chcesz zwyciężyć, musisz walczyć. Zwycięstwa jednak nie ma – jest fatamorganą, oddalającą się równie szybko, jak szybko ku niej biegniemy. Wojna za naszym oknem. Wojna w podstawówkach, gimnazjach, liceach, na uczelniach. Wojna w szklanych biurowcach. Wojna w sklepach, w zatłoczonych pubach, klubach. Wojna pod wezwaniem Jana Pawła II, Armii Ludowej, „Solidarności”, Bezimiennego-Marszałka, Króla Sobieskiego, Nikomu-Nieznanego-Miasteczka-Na-Podlasiu. Wojna każdego z każdym. Najbardziej lubię patrzeć na Teatr Wojny z góry. Taras, dziewiąte piętro jednego z setek szklanych domów, siedzib instytucji wabiących iluzją końca wojny, wkroczenia z husarią do Wiednia. Zbuduj Swoje Szczęście Sp. z o.o., Twoja Świetlana Przyszłość Business Park. Taras, miejsce dla palaczy, ewentualnych samobójców, koleżanek omawiających z przejęciem zeszły piątek na Mazowieckiej lub strategię działania nad projektem zrób mi w fajlu kompletny apdejt, do jutra muszę napisać samary dla sinior menedżera, mam nadzieję, że mi klepnie przynajmniej połowę ołwerhałers; moje centrum dowodzenia. Kolejna minuta rozkoszowania się tym azylem wolności w hiperzorganizowanej przestrzeni biura. Gapię się w dół; dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto dwadzieścia siedem, tysięczne auto przedefilowało przed moją trybuną w szalonym pędzie za czymś-niezmiernie-istotnym (gdyby w Mieście na co drugim skrzyżowaniu badano prędkość samochodów i ukarano co drugiego kierowcę, mielibyśmy już dawno drugi Dubaj). Nierównym szeregiem maszerują za swoimi sprawami żołnierze-przechodnie. Środkiem sunie tramwaj, wyglądający jak ogromnych rozmiarów żółto-czerwona gąsienica, wgryzająca się w soczysty miąższ Miasta. Ale w rzeczywistości jest na odwrót; to Miasto wciąga, pożera, połyka wszystko, co się w nim znajduje, mieli, gryzie zębami z betonu i szkła; na końcu wypluwa. Miasto – potwór. Miasto – hiena, wygłodniała i niegardząca niczym, co znajdzie na swojej drodze. Miasto – luksusowa dziwka, wabiąca swoimi wdziękami klientów, których potem obedrze ze wszystkiego. Wojna rozpoczyna się od rana. Klnąc na cały świat wstajesz z łóżka. Kolejny raz trzeba się przeczołgać przez okopy naszego małego pola bitwy, ukryć się przed wrogiem, kiedy trzeba – strzelić i zabić. Wbijasz się w swój mundur, strój maskujący cię w tłumie identycznie ubranych sprzymierzeńców lub wrogów w każdym kolejnym biznes parku. Obowiązkowa poranna kawa – i tak nie masz nigdy czasu jej dopić, więc zalewasz brązowawy proszek wodą, dolewasz zimnej z kranu, wypijasz połowę na raz, resztę się wyleje wieczorem do zlewu. Jeśli masz dziecko – to twój kadet do wyszkolenia, który rozpoczął już swoją własną walkę. Z westchnieniem rezygnacji wrzucasz mu kanapkę do plecaka, zakładasz marynarkę, bierzesz kluczyki. Czekasz, jeszcze książki. Krzyczysz, jeszcze buty. Kurwa, jesteś już spóźniony. W końcu wychodzicie. Zaczyna się poranna bitwa. Pod szkołą nie ma miejsca, żeby zaparkować hulajnogę, w PRL-u nikt nie planował, że jak już dojdziemy do socjalizmu, każdy będzie miał dwa samochody. I każdy postanowi wozić swoje dziecko do szkoły za rogiem. Tak, robisz to samo, bo co z ciebie za ojciec-matka, bo pomoc społeczną naślą. Zresztą, po ostatnich wpisach kolegów na Fejsie twój syn zaczynał ryczeć na samą myśl o pójściu do szkoły. Pedagog szkolna zrobiła zatroskaną minę, przez pół godziny pieprzyła o problemach z hejtem w ich placówce i jak to zamierza rozmawiać z dziećmi o tym. Rozmowa to bardzo dobra rzecz, przecież jak się dowiedzą, że tak nie można, to nie będą tak robić. Lo-gi-czne. Zatrzymujesz się w końcu na środku ulicy, żeby wypchnąć młodego z auta i ustawić się w niekończącej się kolejce do wyjazdu. Przed tobą jakaś idiotka postanowiła zostawić samochód na środku ulicy i odegrać scenę pożegnania z dzieckiem, jakby wyjeżdżała na dwa miesiące Stanisław ale zjedz kanapkę o 10.30 potem jabłko o 14.25 pamiętasz co mówił pan doktor a teraz daj mamusi buziaka i leć już ojej gdzie ty masz szalik bo się przeziębisz a tutaj w plecaku no już no pa pa kocham cię Sam masz ochotę wyjść i wyładować na niej stres, który jeszcze się nie wydarzył. No jedź już głupia cipo. No. Fantastycznie. Dwadzieścia aut, o godzinie za 5 ósma, ustawia się w kolejce do wyjazdu z uliczki pod szkołą. Niedługo pewnie jej zmienią nazwę, bo patron był jakimś działaczem kultury w PRL-u. Przecież wszyscy dobrze wiedzą, że w PRL-u kultury nie było, więc on też nie istniał, więc trzeba wymazać go z mapy Miasta, sowieckiego zdrajcę. Kurwa, jesteś już spóźniony. Razy dwa. Sznury aut wlewają się zawsze zbyt wąskimi arteriami do serca Miasta. Wszystko płynie. A raczej wszystko przesuwa się powoli, chaotycznie, metr po metrze do wyznaczonego celu; na Mordor, na Nową Wspaniałą Wolę. Nie będzie chleba bez tych igrzysk. W tym momencie oni wszyscy są twoimi wrogami. Każdy, w wiecznym, pradawnym niedoczasie, podejmuje walkę o bezcenne minuty i sekundy. I tak wszyscy stoją. Zielone, jakiś debil wjechał na skrzyżowanie, nie zmieścił się w sznurze ciągnącym się za światłami i zablokował cały ruch z drugiej strony. Ostry, przeciągły gwizd rozcina przestrzeń. Od końca kolejki do początku nożjedźkurwa, jakby magiczny dźwięk miał wyczarować dodatkowy pas ruchu. Jedne, drugie, dziesiąte światła. Jakiś cwaniak sunie obok buspasem żona mi rodzi, syn w szpitalu, nie widziałem znaku, już nigdy tak nie zrobię albo milion innych tak samo idiotycznych wymówek. Autobus wbija się przed ciebie na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Na polu bitwy — czytnik · opowiadania