Fantasy · 7 min czytania
Na południe
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Woda rozlewała się w ciemności szeroko choć prawie niedosłyszalnie. Niezliczone chmary ptactwa gnieździły się na brzegu, a jedynie nieliczne wzbijały się po ciemku w powietrze i wtedy, daleko w górze, niósł się ich mocny głos, zapowiadający bliskość Morza. Mężczyzna, samotny na piaszczystym brzegu, długo już stał bez ruchu patrząc ku północy. W mrokach nocy, choć cieszył się bystrym wzrokiem, nie mógł dostrzec drugiego brzegu Wielkiej Rzeki. Ale nie o to mu chodziło, sięgał dużo dalej, tam gdzie brunatna sawanna przechodziła w zielone łąki, położone nad dużo węższą, ale i silniejszą nurtem rzekę, spadającą kaskadami między dwoma potężnymi pasmami gór. Tam gdzie zielone łąki zostały zdeptane przez niezliczone zastępy żołnierzy, po części jego pobratymców, a także tych przeciw którym wyruszyli walczyć. Tam gdzie potężne ludy wznosiły wspaniałe kamienne fortece, które już niedługo miały runąć. Tam gdzie była śmierć i zniszczenie. Gdyby odwrócił się od rzeki również niewiele zdołałby wypatrzeć pośród wysokich traw oświetlonych jedynie blaskiem gwiazd. Mimo to wiedział co poruszało się daleko na sawannie. Kilkadziesiąt podobnych mu postaci: wysokich, muskularnych, czarnoskórych mężczyzn, świecących w ciemności białkami oczu i czerwienią języków ukrytych w ponurych czarnych twarzach. Większość miała szkarłatne kaftany podarte, pancerze z mosiężnych łusek pogięte i spękane, a czarne włosy, przeplecione złotymi nićmi w warkocze, nasiąknięte krwią. Krwią swych braci. Był też z nimi jeden z Wierzchowców. O nogach grubych jak drzewa, uszach rozpostartych niby namioty i wydłużonym nosie na kształt węża prężącego się do skoku. Wygięte, podobne do rogów kły były ozdobione złotymi wstęgami, lecz była też na nich zaschnięta krew. W tej chwili z pewnością jego małe czerwone oczka płonęły gniewem - szukał swojego Jeźdźca. Lecz ten który w chwilach bitewnego szału jako jedyny miał szansę poskromić bestię, stał w tej chwili na brzegu Wielkiej Rzeki daleko poza zasięgiem węchu czy też wzroku Wierzchowca. Mężczyzna zastanawiał się czy jego towarzysze ruszyli, tak jak im przykazał, szybkim marszem na południe, czy też odeszli tylko na pewną odległość, bojąc się znaleźć samemu w towarzystwie rozjuszonego potwora bez mogącego poskromić go Jeźdźca. Długo już podróżowali bez odpoczynku. Oderwali się od jednego z oddziałów opóźnionych maruderów, zamykających pochód potężnej Armii Południa. Przelali przy tej okazji wiele braterskiej krwi, ponieważ wybrany przez plemię na czas wojny wódz nie uznawał praw tych którzy nie chcieli walczyć. Nie mógł lub nie chciał zrozumieć, że to nie jest wojna ludów południa, a z pewnością nie po stronie którą zaślepieni potęgą Czarnego Władcy i skuszeni jego obietnicami bez zastanowienia obrali. Wciąż jednak ogromna większość spośród dzielnych i potężnych wojowników ślepo wierzyła w swoich wodzów i z radością szła za nimi w bój, tęskniąc za prawdziwą wojną stanowiącą wyzwanie dużo większe niż polowanie na najdziksze nawet stworzenia. Większość z uciekających nie raz już przelewała ludzką krew, więc nie robiło na nich wrażenie nawet splamienie się krwią pobratymców. Mężczyzna stojący nad rzeką zabił człowieka po raz pierwszy. Już miał się odwrócić, kiedy nagle na ciemnej powierzchni wody zobaczył jaśniejszą plamę - coś płynęło z prądem ku Morzu. Po chwili plama okazała się być małą, połyskującą, szarą łódką dziwacznego…