Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 10 min czytania

Na Pustynia Khatak

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Nie możecie tego zrobić! – powiedziałem do grupy osiłków chlejących gorzałkę w karczmie „Pod Pełnym Kuflem”. Była to moja ulubiona gospoda w Amon-Sun. Cicha, spokojna, przytulna... Czasem jakiś bard umilał klientom czas muzyką. Jednak zdarzały się też chwile, kiedy musiałem odstawić kufel, podwinąć rękawy i natłuc co bardziej rozochoconym rozumu do głowy. Taka chwila nadeszła właśnie dziś, kiedy pieczonego kurczaka popijałem rzadkim, a szczególnie przeze mnie uwielbianym, winem z uldryjskich ananasów. Właśnie kiedy wychylałem pierwszą szklanicę tego zacnego trunku i dyskutowałem z Nornbergiem (moim serdecznym przyjacielem i właścicielem „Pod Pełnym Kuflem”) o sposobie wyrobu owego trunku, do karczmy wkroczyła banda około 20 drabów o wielkości mięśni odwrotnie proporcjonalnej do wielkości ich mózgów. – Karczmarzu! Gorzałki, a chyżo! – zakrzyknął wyrośnięty ponad miarę jegomość będący prawdopodobnie wodzem tej zbieraniny. Nornberg szybko podał gościom kilka dzbanów i powrócił do rozmowy podczas gdy dziewki służebne rozdawały przybyłym kubki. Na ten wieczór Norn zatrudnił barda, który miał śpiewać gościom. Był to niepozorny człeczyna o niskim wzroście, imponującym brzuchu i miłym dla ucha głosie. Bard zasiadł przy piecu stojącym w kącie sali i zaczął śpiewać. Śpiewał o zielonych polach Ireb-Saraz, o bitwie nad czarną rzeką Mortią, o niebiańskich królestwach w sferach wyższych. Po kilku pieśniach i tyluż balladach mocno już zamroczone gorzałką towarzystwo wojaków zaczęło dopraszać się o pieśni o smokach. Bard zaczął więc snuć opowieści o tych potężnych istotach, a pijący zaczęli śpiewać sprośne piosnki, o tym, jak to wyżynali całe armie orków na Morgusie i zabawiali się z jeszcze większą liczbą ladacznic po wszystkich sferach. Trunek był widocznie zbyt mocny, bo po kilku zwrotkach połowa śpiewających zasnęła, a reszta rozpoczęła ożywioną dysputę. Z niej to dowiedziałem się, co planują. Ci głupcy chcieli zabić smoka. Smoka! Stworzenia te w całej znanej historii Kręgu Sfer zabite zostały tylko 13 razy i to tylko przez najpotężniejsze armie i zgromadzenia magów, a ci głupcy chcieli zarąbać jedno z nich przy pomocy zwykłej, nie umagicznionej broni! Po krótkiej rozmowie okazało się, że są częścią oddziału mającego udać się do miasta Hat-I-Maru, znajdującego się w Khatak, sferze piasku. Wynajął ich jakiś król. Nie wiedzieli do czego potrzebny mu jest martwy smok, ale obiecał sowitą zapłatę, więc się zaciągnęli. Oddział do którego należeli liczył 500 ludzi. – To najlepsi wojownicy w sferach! – wołał pomiędzy łykami gorzałki przywódca najemników. – Porywacie się najpotężniejszą istotę w sferach! Jemu podobne bestie niszczyły wielotysięczne armie, a wy chcecie pokonać ją przy pomocy zbieraniny pijaków i renegatów?! – Będziemy bezpieczni. Król ma u siebie maga, który nas ochroni. – ziewnął drab i sięgnął po dzban. Dalszej części rozmowy nie będę tutaj przytaczał. Wystarczy rzec, że skończyła się kilkoma połamanymi krzesłami i większą ilością połamanych żeber. Zrekompensowałem Nornowi szkody zawartością mojej sakiewki i udałem się razem z innymi dyskutantami do sprawcy całego zmieszania ze smokiem, czyli Jego Królewskiej Mości. Był to pyszałkowaty młodzieniec, który nawet nie wkroczył w wiek męski. Nasza rozmowa koncentrowała się na pomyśle upolowania smoka. Okazało się, że ma on zamiar osobiście poprowadzić wyprawę. Próbowałem wyjaśnić temu smarkaczowi, że posyła siebie i wynajętych prze siebie ludzi na pewną śmierć, jednak nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Ciągle utrzymywał, że moc jego nadwornego maga pomoże w zabiciu smoka. Przyjrzałem się temu „magowi”, ale nie zauważyłem żadnych magicznych znaków, ani widocznych, ani ukrytych. Ten człowiek nie skończył żadnej szkoły Sztuki. Nie miał nawet żadnych znaków klanowych. To musiał być jakiś samouk, oszust albo renegat. Mimo wszystko chciałem towarzyszyć tej bandzie w drodze. Od kilkuset lat nie widziałem już smoka, a bardzo chciałem odświeżyć pamięć. „Król” zgodził się. Wyruszali jutro rano. Miałem więc czas na przygotowania. Załatwiłem swoje sprawy w mieście i zaopatrzyłem się w odpowiedni ekwipunek. Kiedy zjawiłem się w miejscu wymarszu, odział był już przygotowany. – Witaj! Mam nadzieję, że jesteś gotowy. – powitał mnie król. Zawsze denerwowały mnie takie pytania. Nie! Nie byłem gotowy! Szedłem razem z bandą idiotów nie wiedzących co ich czeka do legowiska smoka z którego mogłem nie wyjść do końca życia ( czyli w takim wypadku – do spotkania smoka ) i miałbym nie być przygotowany! Głupota ludzka czasami mnie zadziwiała. – Oczywiście Wasza Królewska Mość, możemy ruszać. – odrzekłem siląc się na uśmiech. – Doskonale! – zakrzyknął tamten i zwrócił się do maga – Otwórz portal! – . Mag skłonił się z lekka, zbliżył się do muru, ujął w dłoń dziwny matowy sztylet, który był najwyraźniej kluczem do portalu i zaczął mruczeć zaklęcie. Robił to tak nieporadnie, że miałem spore wątpliwości, czy jego wysiłki zakończą się sukcesem. Co chwila zacinał…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Na Pustynia Khatak — czytnik · opowiadania