Fantastyka · 20 min czytania
Na skałach Oceanowych…
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Od mojego przybycia do miasta minęło już całkiem sporo czasu. Nie podjąłem się jeszcze żadnego konkretnego zajęcia, jednak niemałe stypendia gwarantowały mi życie wystarczającym poziomie, a bogate znajomości nie pozwalały się nudzić. Nie zauważyłbym pewnie mijającego beztrosko czasu do momentu, w którym faktycznie podjąłbym naukę w jednej z miejscowych placówek, tudzież ruszył w jakąś szaleńczą tułaczkę po Europie i świecie, gdyby nie jedno spotkanie, mające odmienić mój dalszy los. Niech przeklęty, a błogosławiony zarazem, będzie ten dzień.
Przemierzając bez celu wąskie i szerokie uliczki i ulice stolicy powziąłem w myśli, iż powinienem częściej odwiedzać mego wuja, który długi czas już zamieszkiwał w mieście, a którego stan zdrowia pogarszał się w ostatnim czasie coraz bardziej. Dzisiejszy, niezbyt słoneczny, raczej smętny dzień, jakby idealnie wpasował się w nastrój choroby, uznałem go zatem za doskonałą okazję do złożenia wizyty. Ruszyłem żwawo w kierunku szarawego pasa kamienic, który wił się wzdłuż legendarnej rzeki. Stojąc przed drzwiami mieszkania wuja, począłem najpierw nasłuchiwać, aby upewnić się czy ktokolwiek jest w domu. Otwierające się drzwi zaskoczyły mnie, właściwie przeraziły, wzdrygnąłem się, serce załomotało, bowiem moim oczom ukazali się Mojżesz i Eliasz, Izajasz i Zachariasz, Micheasz i Nahum, i wszyscy prorocy Starego Testamentu, bo wszyscy oni w tej postaci się mieścili i zamykali. Gość mojego wuja, który przestępował teraz próg, ubrany był w czarny płaszcz, lśniący w migotliwym świetle bijącym zza jego pleców, jego twarz okrywała imponująca broda, równie czarna, ale dostojnie przyozdobiona białymi i szarymi nitkami pojedynczych włosów, a oczy jego były jakby natchnione. Ten wzrok mógł należeć tylko do szaleńca albo poety. Zrobiła ta postać na mnie ogromne wrażenie. Jak rażony piorunem cofnąłem się kilka kroków, ale opanowałem się w odpowiedniej chwili.
- Ja do wuja – krzyknąłem, chcąc wedrzeć się skokiem do mieszkania, a najlepiej i porwać do środka właśnie wychodzącego mężczyznę. - Śpi. To nie czas na przyjmowanie gości! – usłyszałem. Stara gosposia nie siliła się na specjalne uprzejmości. Energiczne trzaśnięcie drzwi pozbawiło mnie wszelkich wątpliwości. W istocie wuj nie spał, dopiero pożegnał jednego gościa, ale mając na uwadze jego nie najlepszą kondycję, postanowiłem uszanować jego wolę i odstąpić od przedsięwziętego postanowienia odwiedzin. Uznałem za to za odpowiednie, by przedstawić się spotkanemu, co więcej – nie mogłem się powstrzymać przed próbą nawiązania nowej znajomości.
Podałem mu więc swoje nazwisko, skłaniając się przy tym lekko, nie na wyrost, żeby przesadnie się nie płaszczyć, ale też nie na tyle powściągliwie, żeby mógł to sobie odebrać jako obelgę. Na to wszystko on tylko skinął głową, nie odpowiadając mi ani słowem. Oto mój Poeta, z którego ust, jak widać, nie każdy był godzien spijać rozkoszny sok finezyjnej mowy. Nie zraziłem się tym, przecisnąłem niezgrabnie i zastawiłem ciałem przejście schodami. - Właściwie skąd łaskawy pan zna naszego Fryderyka? – Ośmieliłem się zapytać, nie będąc do końca pewnym czy nie naruszam przestrzeni, w którą zapędzać się nie powinienem. Towarzysz mój zareagował jednak spokojnie, nie spojrzał co prawda na mnie, kierował bowiem wzrok gdzieś w nieokreśloną dal. - Zetknęliśmy się dopiero tutaj, na miejscu. Zdecydowało o tym zrządzenie losu. - Ach tak, rozumiem. Ja zawdzięczam tę znajomość mojemu ojcu, który z kolei poznał pana Fryderyka w Bad Reinertz, w 1826… - nie mam pojęcia dlaczego zacząłem męczyć mojego Poetę opowieścią. Wiedziałem doskonale, że nie ma najmniejszej ochoty jej słuchać. Mówiłem dalej coś o wspólnych wakacjach mojego ojca i Fryderyka, o tym, jak nieco później znowu mieli okazję się spotkać. O tym w końcu, że tak naprawdę nie jesteśmy spokrewnieni, a jest on zaledwie dobrym znajomym mojej rodziny. Mężczyzna, oczywiście na mnie nie spoglądając, zdobył się tylko na wymuszone „pan wybaczy”, bez żadnego gestu pożegnalnego po prostu odszedł. Nie zatrzymywałem go. Na koniec było dla mnie smutnym zaskoczeniem, że tak mnie potraktował. Nie mam mu tego za złe, a nawet przeciwnie, fascynacja moja tą dziwną postacią jeszcze przybrała na sile. Wiem, że muszę mojego Eliasza odnaleźć i dokładnie przepytać na wiele okoliczności.
*
Tamtego dnia, który nie zachwycał co prawda pogodą, ale wyglądające raz po raz zza mlecznych chmur słońce, opierając się na brukowanych, szerokich ulicach, dawało odczuć dotyk przyjemnego, fascynującego ciepła… Tamtego dnia zdecydowałem się odwiedzić znowu mojego wuja pod pretekstem rozeznania sytuacji przed rychłą przeprowadzką, i oczywiście troski o jego zdrowie, chciałem wypytać delikatnie o tę frapującą postać, będącą przecież również jego gościem. Wuj był osobą, która ceniła sobie bardzo prywatność, oczywiście w stopniu zgodnym z wyobrażeniem osoby sławnej i popularnej. Kierował się tym poglądem również w stosunku do innych. Nie miał zatem w zwyczaju opowiadać o jakichkolwiek kwestiach dotyczących obcych nawet bliskim. Tym trudniej było mi zebrać się na odwagę rozmowy wprost. Mimo całej naszej wzajemnej sympatii, nie pozostawaliśmy ze sobą w zażyłej relacji, zawsze serdecznej i przyjacielskiej, ale nigdy zanadto zażyłej. Krępowałem się więc tego spotkania. Czasem tylko wuj dawał się wciągnąć w ckliwy, melancholijny wir wspomnień, z którego łatwo było go ciągnąć za język o wszelakich sprawach. Szczególnie ostatnimi czasy, schorowany, dawał się tak omotać zadziwiająco często. Stanowiło to dla mnie swoiste światełko w ciemnym tunelu, jakąś niewyraźną iskrę nadziei.
- Cóż to? – zwróciłem uwagę na rozsypany niedbale na stoliku plik kartek. – „Genesis. Traktat duchowy” – głosił napis na pierwszej stronie. Wuj popatrzył na mnie, odgarniając niedbale z czoła gęstą czuprynę.
Część 22 / 2
- Rękopis nowego dziełka naszego Julcia. On sam jest nim zachwycony – mówił. – Ja tam tego jego zapału nie podzielam, ale nie mam też serca tak brutalnie go potraktować. Miałem dać mu recenzję w najbliższych dniach, nie wiem sam cóż by mu odpowiedzieć. Wuj jął przechadzać się ciężkim, sprawiającym mu trudność krokiem od oszklonego regału z palisandrowego drewna do nieznacznie uchylonego okna, z którego roztaczał się widok na okolicę, szeroko płynącą rzekę, a na niej most, po którym przechadzały się o tej porze jesiennie ubrane panny, często prowadzone pod rękę przez równie sympatycznych młodzieńców. Obserwowanie tego spektaklu witalności, radości i koloru miało, jak się domyślam, pewne walory terapeutyczne dla doświadczonego i schorowanego człowieka. W końcu odezwał się.
- Może weźmiesz, przeczytasz? – zapytał. – Potem opowiesz mi, co też ciekawego wyczytałeś i razem jakoś przechytrzymy Julesa. Co ty na to? Nie mogłem się nie zgodzić. Wymówić się brakiem czasu czy innymi obowiązkami byłoby niegrzecznie. Z jednej strony byłem ciekaw nowych refleksji, bądź co bądź, uznanego już w wyższych kręgach myśliciela, z drugiej natomiast miałem poczucie, że ciekawsze w bliskiej przyszłości czekają mnie rzeczy, wiążące się – rzecz jasna – z tą szczególną postacią, o której ciągle rozmyślałem. Oczywiście przytaknąłem wujowi. Zebrałem starannie wszystkie kartki, zamieniłem jeszcze kilka nieistotnych zdań, przechyliłem filiżankę, ażeby nie została w niej żadna kropla, nie miałem odwagi już o nic zapytać, więc niedługo potem schodziłem drewnianymi schodami wadząc się sam z sobą w myślach, mając do siebie duże pretensje, że sprawa poszukiwań mojego Proroka nie posunęła się ani kroku.
*
Była jesień. Duszna atmosfera mojego niewielkiego lokum nie pozwalała skupić mi się nad kartką papieru, a krzątająca się po mieszkaniu Albina już zupełnie mnie rozpraszała. Nie miała w sobie za grosz gracji. Kiedy sprzątała, robiła to hałaśliwie. Starałem się przyciągnąć jej wzrok, ale ona, nie zważając nawet na moje wymowne chrząknięcia, pochłonięta była bez reszty swoimi obowiązkami. Właściwie jej nie potrzebowałem, w tak małym pokoju świetnie sam radziłbym sobie z porządkami, ale dziewczyna bardzo przypominała mi matkę, ta przemiła twarz była dla mnie lekarstwem na jesienną melancholię.
Chciałem teraz chwili skupienia i spokoju. Mogłem ją wyprosić, odesłać do domu, ale wolałem sam wyjść. Przechadzając się wzdłuż rzeki, która nie wydawała zupełnie żadnego odgłosu, zastanawiałem się czy kasztany, leżące na moim biurku, na tyle wzruszą Albinę, że pozostawi je na miejscu? Może powinienem nazbierać nowych, tak dla pewności. Doszedłem ponadto do wniosku, że to nie ona rozpraszała moje myśli. Tak naprawdę, z czego dopiero teraz zdałem sobie jasno sprawę, przed oczami stał mi ciągle obraz owego nieznajomego, spotkanego u wuja Fryderyka. To oblicze proroka dziurawiło mi duszę, a raczej zostawiło w niej prawdziwą czarną otchłań, która niewypełniona zapewne pochłonęłaby mnie w całości. Był wprawdzie niemiły, nawet nie był uprzejmy się przedstawić, jednakże, jak myślę, uczynił to celowo, nie z roztargnienia. Zaplanował. Chciał poznać czy jestem godzien usłyszeć jego nazwisko. Poeci to ludzie szaleni. Jeślibym starał się odkryć tajemnicę, znaczyłoby, iż w jakiś sposób mnie zafascynował, a więc owładnął mną. Nie przyjmuje ludzi, poza swoimi wyznawcami. Choć może to po prostu typ samotnika, spokojny człowiek nielubiący zgiełku i gwaru salonowej gry. Tak zwyczajnie, nie przedstawił się, a jednocześnie przedstawił niechęć do następnego spotkania. Bardzo to proste.
- Jak to przyjemnie ujrzeć znajomą twarz – rozległo się naraz za moimi plecami. – Dzień dobry panu, panie Malczewski. Nie nazywałem się tak, dla hecy podawałem często fałszywe nazwisko co…