przyjazn · 34 min czytania
Na skraju zrozumienia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
NA SKRAJU ZROZUMIENIA
Zakładam wygodne buty i wychodzę. Na zewnątrz jest wiosennie i pięknie. Drzewa kwitną i zwieszają nisko gałęzie, wszędzie roi się od zapylaczy. Połowa ulicy skąpana w słońcu, sklepy otwarte na oścież, nie za dużo ludzi. Idę jej ocienioną stroną. W powietrzu czuć życie i świeżość. Miło popatrzeć, jak bardzo wypiękniało nasze niewielkie powiatowe miasto, i ludzie. Droga od babci do miejsca, gdzie stał stary dom, prowadzi wzdłuż ulicy Wojska Polskiego, potem można Staromiejską, przecina się plac Wolności (można przybić piątkę Niemenowi) i już-już się jest poza obrębem historycznych murów miejskich. Zaraz za nimi, na rogu Krasińskiego i Piłsudskiego, stała do końca lat ‘90 podupadająca dwupiętrowa pastelowo-żółta kamieniczka. Mieszkanie babci Ani mieściło się w niej na parterze, okna były nisko, przechodnie mogli bez trudu zaglądać do środka. Firanki, zazdrostki, doniczki z kwiatami i inne tego typu ograniczenia widoczności niewiele pomagały. Pechowo niemal naprzeciwko nas sytuowały się aż dwa sklepy monopolowe, więc hałaśliwe życie towarzyskie trwało do późnych godzin nocnych. Toaleta była na zewnątrz, zimą korzystanie z niej było szczególnie przykre, czasem od mrozów pękały rury. W tym lokum babci pomieszkiwałem do końca pierwszego roku technikum, wcześniej spędzaliśmy u niej każde lato naszego dzieciństwa. Dzisiaj stoi tu już inny budynek, część parterowa jest usługowa, ale nie przyjrzałem się, co tam jest. Teraz już wiem, Google pokazał mi salon fryzjerski, kawiarnię i biuro rachunkowe.
No więc stała sobie kamienica, Za nią, tu, gdzie teraz zaglądam, sporych rozmiarów podwórko, otoczone z jednej strony bramą wjazdową i płotem, z drugiej - niskim parkanem, na który chętnie sikali menele, biednymi komórkami na opał, na ogródku rosły niewielkie drzewa czeremchy czy dzikiej wiśni; teren zamykał zdewastowany ogródek Stańczaków. Tyle, ale za tym miejscem rozpościerały się inne, trawiasty teren pod budowę, do której nie doszło, różne chylące się ku upadkowi lub już zrujnowane i spustoszone budynki. A dalej jeszcze coś, i jeszcze.
Byłem wtedy pod wpływem dziecięcych książek o powojennej Warszawie, do której wracają ludzie: do ruin, najeżonych niebezpieczeństwami, lejami po bombach, niewybuchami, do szabrowanych domów i piwnic, pełnych skarbów. Najbardziej podobały mi się “Wszystko powiem Lilce!” Henryka Lothamera i “Chłopcy ze Starówki” Haliny Rudnickiej, świetne książki. I tak właśnie, romantycznie i awanturniczo postrzegałem naszą biedną i brzydką, ale niezbadaną okolicę. Dla mnie, gnieżdżącego się na co dzień z pięcioosobową rodziną w ciasnej oficynie na trzecim piętrze w szczecińskim Śródmieściu, wszystko to, ten malowniczy nieład i przestrzeń, było intrygujące.
To mieszkanie babcia przejęła po mamie Wojtka Łopacińskiego. W schedzie po byłej lokatorce zyskałem również dostęp do sporej kolekcji książek, przeważnie kryminałów i beletrystyki, które oczom ciekawego dziecka odkrywały zakazane sprawy dorosłych: zawiłe, fascynujące, czasem zmysłowe i mroczne. Ale zawsze nieznane. Lecz i babcia Ania miała zamiłowanie do historii dla dorosłych. Regularnie kupowała “Detektywa” czy “Kobrę”, sensacyjne magazyny poświęcone zbrodniom, wstrząsającym Polską. (Chłonąłem wszystko, a największym sztosem były opisywane prawie w każdym zeszycie “przygody” seryjnego mordercy kobiet, Leszka Pękalskiego, zwanego Wampirem z Bytowa). Dziwne zaiste połączenie u tej mojej babci - Biblia i “Kobra” na jednej półce. Z tym, że “Kobra” pod obrusem.
To dobry czas, żeby spróbować powspominać. Pokręcę się tu trochę. Minęło już 20 lat. Na niewidzialnego towarzysza swojej wyprawy w głąb siebie i krainy dzieciństwa wybieram Rafała, bo tęsknię za Tobą, sąsiedzie. Poniżej krótka i prosta nasza wspólna historia. Zwyczajne życie.
Jak wyglądałeś, niech pomyślę. Mam nawet kilka fotografii. Szczupły, ale krępy dziesięcioletni chłopak zaczął się koło nas kręcić natychmiast, gdy tylko odwiedziliśmy babcię po raz pierwszy po jej przeprowadzce na to miejsce z Rąbina. Pamiętam, że od razu na klatce schodowej “poprztykaliśmy się” o coś, ale już za chwilę byliśmy kolegami i zjeżdżaliśmy po poręczach. Byłeś płowowłosy, zwykle krótko ostrzyżony. Zwinny i dość silny. Już jako dziecko miałeś zniszczone ręce, być może od biegania na mrozie? I trochę niewyraźną, nosową mowę. Twarz pociągła, wiśniowe, ładnie skrojone usta i lekko wysunięta dolna szczęka. Lubiłeś melancholijnie patrzeć gdzieś w dal lub ponad otoczenie, ale, jak wiele innych dzieci ulicy, byłeś obdarzony zmysłem praktycznym i realistycznym spojrzeniem na świat.
Część 22 / 4
Rafał mieszkał nad babcią, na pierwszym piętrze. Z nielicznych wizyt w jego domu pamiętam tylko, że panował w nim zawsze półmrok, ciężkie zasłony były szczelnie zaciągnięte, w domu unosiła się charakterystyczna przetrawiona tytoniowa i kuchenna woń, ciężko osiadła w ścianach i tapicerce mebli. Wychowywała go matka, ojca nie poznałem, miał też już wówczas dorosłe rodzeństwo: Agnieszkę i Jarka. U Rafała oglądaliśmy czasem na magnetowidzie niskobudżetowe sci-fi i graliśmy w ośmiobitowe gry na wszechobecnej wtedy podróbce Nintendo, Pegasusie, ale jego mama generalnie nie chciała, żebyśmy tam przesiadywali. Wiadomo, dwaj rozrabiacy, siejący zniszczenie.
Za to Ty byłeś u nas często i babcia uśmiechała się tylko i przepuszczała pod łokciem nie pytając nawet o nic, byłeś prawie jak domownik. Proszę Pani, czy Samuel jest w domu? Proszę Pani, czy Samuel i Daniel mogą wyjść na dwór?
Spędzaliśmy razem niepoliczalną masę czasu. Co wspólnie robiliśmy?
Na tyłach domu na Piłsudskiego sytuują się brama miejska (teraz użytkowana do promocji sztuki) i resztki obronnego muru, okalającego dawną starówkę. “Mur jest wysoki i mocny”, stoi jak stał dwadzieścia lat wstecz, liczy kilka metrów, zbudowany ze średniowiecznej, czerwonej cegły, ale w dolnej części pokryty obłymi kamieniami - dla nas, chłopców, była to naturalna ścianka wspinaczkowa, przedłużona po prawej o długi murek oporowy z ciosanych głazów, podtrzymujący długą skarpę. Pokonywaliśmy je wzdłuż i wzwyż, szukając poręczniejszych kształtów i szczelin, spod oblepionych pajęczynami palców uciekały drobne żyjątka, a niepowodzenie skutkowało miękkim upadkiem w zarośla i pokrzywy.
Z pierwszych lat naszej znajomości przypominam sobie historię z Gameboyem. Był to taki sobie o, zwykły handheld, z jakim latała u nas po szczecińskim Śródmieściu większość dzieciaków z ulicy. Zrobiony z grubego i półprzezroczystego ciemnoniebieskiego plastiku, z czarnymi przyciskami. Widziałem go po raz pierwszy u Marka Zuba i potem koniecznie chciałem mieć. W międzyczasie zrobił się na to boom, sprzedawcy z Turzyna zarobili pewnie na tych konsolkach fortunę. Ale w Białogardzie była to widać nadal egzotyczna atrakcja, bo po Rafale, niczym gołębie, zleciały się do nas Iwona i Monika Warzyckie z sąsiedztwa, a potem jeszcze jego kolega Radek. Właściwie zabawka należała do Daniela, ale, mile połechtany podziwem i powszechnym zainteresowaniem, które rozciągało się i na posiadacza, pozwolił grać każdemu i każdej po kolei.
Siedzieliśmy na niskim podwórkowym murku. Osoba grająca była zewsząd ściśnięta i ogrzewana oddechami dzieci, wszystkie głowy łączyły się ze sobą, przejście każdego następnego etapu w Power Rangers nagradzane było pochwałami, ale w razie przegranej - chciwe rączki natychmiast wyrywały konsolkę poprzednikowi. Wkrótce żal już było patrzeć na wypalcowaną, tłustą zabawkę, a kiedy Daniel zauważył zerwaną foliową osłonkę na monitor, to zagotował się ze złości. Stał nad innymi i bezsilnie domagał się zwrotu, na co nikt mu nie odpowiadał. Mój brat jest uporządkowany i bardzo dba o swoją własność, ale ma miękki charakter, przeżywał pewnie w tym momencie męczarnie. Chłopcy kłócili się o Gameboya i ciągnęli za niego, a w pewnym momencie urządzenie wyślizgnęło się z rąk i wysokim łukiem poleciało w najgorsze możliwe do wyobrażenia miejsce - do dziury pod kratką ściekową. Wszyscy krzycząc zeskoczyli z murka i otoczyli kołem niedostępną zgubę. Gameboy zatrzymał się poza zasięgiem naszych maksymalnie wyciągniętych ramion pod uchyloną kratką na wąskiej półce, pod którą ziała ciemna, okrągła dziura kanału. W dole chlupotała woda. Ktoś proponował wyciągnięcie go obłupaną z liści gałęzią, albo wygiętym na końcu drutem, ale baliśmy się, że całkiem przepadnie - ostatecznie stanęło na tym, że ktoś z nas sprowadzi pełniącego obowiązki dozorcy domu sąsiada, pana Ratajczaka. Bardzo się tego baliśmy, bo nie lubił nas, ale nikogo innego z dorosłych nie było. A właśnie odsypiał nocną zmianę i już kilka razy dał nam popalić, gdy go obudziliśmy. Kiedy zbiegliśmy już po schodach na dół, prowadząc zrzędzącego pana Staszka, Rafał stał u dołu wyprostowany i dumny jak paw, a w jego ręku był Gameboy. Brudny, poobijany - ale sprawny. Jak Ty to zrobiłeś?!? - zawołaliśmy z bratem niemal jednym głosem. A Rafał tylko uśmiechał się, cały umorusany. Trzymał go jak jakąś monstrancję. Nie wyciągnęliśmy z niego tej tajemnicy. Nigdy nam nie powiedział. Miałeś swoje triki!
Częstym miejscem naszych wypraw były zielone tereny zalewowe za wałami dawnej kolejki wąskotorowej, za Liśnicą. Jest to rozległy, odkryty obszar, miejsce spacerów posiadaczy psów. Było tam też chyba boisko do piłki nożnej. Pod wiaduktem wąskotorowym są tory, którymi pociągi regionalne jeżdżą ze Świnoujścia do Poznania. Kładliśmy na nie groszowe monety, aby, po przejeździe pociągu, podnieść z szyny spłaszczone owalne blaszki. Lubiliśmy “zdobywać” niewielkie otwory nieczynnego mostu wąskotorówki, zbudowane wysoko przy jego filarach. Teraz bym nie wcisnął się do środka, za małe. Dużo fajnych rozmów odbyliśmy, siedząc tam jak dwa puchacze.
Część 33 / 4
Teren kończył się rzeką Parsętą. Kiedyś podzieliłem się z Tobą pomysłem, aby pójść na Moczyłki szlakiem wzdłuż rzeki. Nie trzeba Cię było długo namawiać. Odkryliśmy po drodze urokliwe, zakryte łagodne, plażowe brzegi, gdzie można by w przyszłości wypoczywać nad wodą, miejsca z ptasimi gniazdami, dziwne legowiska bezdomnych. Ale dalej teren stał się dzikszy, okolice rzeki były nieprzenikalne, gęsto zarośnięte, zmuszeni byliśmy do wędrówki przez pastwiska i pola, nie spuszczając jednak Parsęty z oczu. Wiła się i często meandrowała, nikła w gęstwinie nisko pochylonych nad nurtem drzew, ale ostatecznie dotarliśmy do miejsca, w którym już kiedyś byłem. Jeszcze dwa zakręty i przed nami wyrosła plaża, gdzie latem odbywały się chrzty przez zanurzenie na konwencjach Badaczy Pisma Świętego. I oto, po wyjściu po usypanej żwirem dróżce znaleźliśmy się na takiej konwencji, bo był to ostatni lipcowy weekend, pora tego spotkania. Jakie było zdziwienie Rafała, kiedy, prosto z pustki i dziczy, trafił w środek dużego zgromadzenia odświętnie ubranych ludzi. Przechadzali się i rozmawiali ze sobą. Jest przerwa - świetnie! - pomyślałem, i próbowałem namówić Rafała na wspólny posiłek w jadalni. Przedstawić mu niektórych znajomych. Ale on zawstydził się, dał mi do zrozumienia, że nie chce tam iść, po czym pożegnał się ze mną i samotnie poszedł szosą w kierunku miasta. Czy poczułeś się wtedy zagrożony? Czy cała sprawa wydała Ci się zakamuflowanym prozelityzmem?
Rafał jeszcze w podstawówce zaczął trenować zapasy. Byłem nawet przy jakiejś okazji na zawodach, w których brał udział. AKS Białogard przeżywał wtedy swój rozkwit. Juniorzy wygłądali zabawnie, walcząc na macie, tacy chudziutcy, natłuszczeni, w lajkrowych gaciach, koszulkach bez rękawów i sznurowanych butach do połowy łydki, sczepieni ze sobą i obchodzący nawzajem po okręgu jak kraby. Nadrabiali brak tężyzny fizycznej jak mogli, szybkością. Co oni tam sobie wzajemnie robią, jakie chwyty zakładają, że ich uszy robią się tak zdeformowane? Te Rafała, wcześniej małe i kształtne, zaczynały przypominać wyglądem kwiat kalafiora. Ale wygrał kilka walk, o ile pamiętam, szło mu dobrze.
Sąsiad spotykany co wakacje kojarzył mi się ze wszystkim, co miłe i długo oczekiwane. Pamiętasz, jak latem jeździliśmy nad pobliskie jeziora - Byszyno i trochę dalsze, Podborsko (właściwie Jezioro Dobrowieckie Wielkie, ale nikt nie używał tej nazwy). Teraz w tych okolicach w porosyjskich bunkrach urządzono Muzeum Zimnej Wojny, wybieram się tam od paru lat.
Czy to wspinaliśmy się gdzieś, czy łazikowaliśmy, zamęczałem Cię abstrakcyjnymi rozważaniami i określeniami z książek, których sam nie rozumiałem, poszukiwaniami duchowymi i różnym popkulturowym śmieciem wszelkiego rodzaju, a Ty nie dawałeś po sobie poznać, ile z tego rozumiesz, bo chciałeś trzymać fason. Odpowiadałeś jakimś okrągłym zdaniem, albo raczyłeś mnie swoją-nieswoją twórczością. A brzmiało to na przykład tak:
W dalekiej krainie, tam gdzie słonko świeci, Jest taka maszyna do robienia Dziewczyno kochana, rozchyl swe kolana Rozchyl jeszcze szerzej, będziemy się Rurą płynie woda, a na wodzie sadze, Moja ty dziewczyno, kiedy ja ci W sadzie rosna jabłka, a na jabłkach glizdy, Jakie te dziewczyny mają ładne Pisało w gazecie o pewnej kobiecie, Wyszła na ulicę, pokazała Cynamon kupiłem, drogo zapłaciłem, I już tej piosenki dłużej nie nuciłem.
Mnóstwo takich śpiewanek. Była to chyba twórcza przeróbka kawałka Big Dance? Albo to:
Halo halo, tutaj Londyn, Ona czarna a on - blondyn Ona biegnie, a on za nią, Ona pada a on - na nią. Ona mówi: “Krew mi leci” A on na to: “Będą dzieci”.
Część 44 / 4
Mogłeś tak godzinami. Wielkie dzięki, Rafał. Odszedłeś w przeszłość, a ja wyciągam te prostackie poezje z podświadomości przy różnych okazjach, czy chcę, czy nie, wystarczy jakieś napięcie czy słowne skojarzenie. Mózg raz na zawsze zaśmiecony.
Seksualność w naszych rozmowach sprowadzała się do żartów, przyśpiewek i anegdot aż do czasu dojrzewania. Jest, przynajmniej w życiu niektórych chłopców, czas, kiedy ulegają fascynacji swoimi rówieśnikami. Poczułem to jako trzynasto-czternastolatek do Ciebie. Byłeś pierwszym i jedynym chłopakiem, którego zapragnąłem. Chyba często dawałem Ci tego sygnały, inicjowałem rozmowy o seksie, bo pewnego razu udało mi się namówić Cię do pokazania swojego penisa. Był spory i chyba ładny, już pokryty drobnym owłosieniem. Ale ja Ci nie odważyłem się pokazać własnego, tchórz jak zwykle. Potem było jezioro byszyńskie.
Jeziora kąpieliskowe były położone około osiem kilometrów od naszego domu, ale jeździliśmy tam niemal codziennie w tygodniach największych upałów. Rafała, jak zwykle, nie trzeba było do tego przekonywać. Był od razu “Feuer und Flamme”. Kupowaliśmy w “mordowni” albo blaszaku jakąś butelkę słodzonego napoju gazowanego, Ty wstrząsałeś nią, żeby ją odgazować (nienawidziłem tego!) i przyciskałeś ją zatrzaskiem bagażnika na Twoim składaku. Ręcznik na ramiona i heja!
Wycieczki rowerowe wspominam dobrze, nie było tras rowerowych, ale jeździło się bez problemu skrajem drogi. Cały czas Szosą Połczyńską przed siebie, potem jeszcze kawałek za Zajazdem “Zagłoba”. Ty tym swoim rowerem, ja - Ukrainą z damskim siodełkiem.
Ale pamiętam też, ja, wieczny odnajdywacz negatywizmów, że na szosie odczuwalna była inna “kultura” jazdy. Ludzie podróżujący autami pozwalali sobie na więcej, jakby doznawali afrontu przez sam fakt współdzielenia drogi z rowerzystami i musieli to sobie powetować. Kilka razy kierowcy próbowali mnie zepchnąć z ulicy na pobocze, zirytowani, że rower na wąskim leśnym odcinku tamuje czy spowalnia im ruch. Raz, kiedy jechałem za Tobą, zrównał się ze mną jakiś biały Transit i powoli jechał obok mnie. Pomyślałem sobie, czego on chce? I wyhamowałem. A z uchylonego okna wystrzelił żarzący się punkcik i sczerniał na poboczu. Potem auto szybko odjechało. Typ chciał trafić mnie niedopałkiem papierosa. Taki mamy klimat.
Podborsko było rozleglejsze i czystsze, ale jeździliśmy najczęściej kilometr bliżej, do Byszyna, na teren dawnego popeerelowskiego kompleksu wypoczynkowego. Dookoła były gęste lasy i popadające w ruinę drewniane domki letniskowe. Był chyba tylko jeden punkt gastronomiczny. Ale ludzie lubili to miejsce. My też. Pływaliśmy godzinami. A potem wylegiwaliśmy się na ręcznikach, grzejąc się w słońcu. Patrzyłem z bliska na rozciągnięte przede mną opalone, szczupłe i wciąż gładkie ciało, wyobraziłem sobie to, co było w mokrych kąpielówkach; i poczułem pożądanie. Wiedziałeś, gdzie błądzą moje oczy. Usłyszałem słowa, których nigdy bym się nie spodziewał: Jeśli chcesz, oddam Ci się za tysiąc złotych. Nigdy nie umiałem po sobie niczego ukryć. Ludzie czytają ze mnie jak z otwartej gazety, powiedział mi kiedyś zmarły niedawno Jasiu Litkowicz. Ale i tak uderzyła mnie ta bezpośredniość, uświadomienie młodego przecież chłopaka. Jak szybko pewne środowiska nasiąkają sprawami, w których my, tacy jak ja, jesteśmy tacy nieświadomi i naiwni. I to jego przekonanie o