Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 18 min czytania

"Na wygnaniu"

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Było już zupełnie ciemno. W blasku świeczki schowanej w kącie mojego pokoju odliczałam pieniądze. Dwa złote jutro na chleb, kolejne dwa na pasztet i następne na masło. Muszę zapamiętać, co mam jutro kupić... chleb, masło i pasztet. Ten najtańszy, który zawsze jest schowany za tymi z kogucikiem. Odliczyłam sześć złotych, które potem schowałam do kieszeni dżinsów. Resztę wrzuciłam do słoika po musztardzie i wepchnęłam pod łóżko. Zdmuchnęłam świeczkę. Maleńki pokoik szybko wypełnił dym ze zgaszonego knota. Pomachałam chwilę dłonią nad świeczką, żeby rozgonić białą, w ciemności niewidoczną smużkę. Chwilę potem zagrzebałam się głęboko pod ciepłą kołdrę i przytuliłam do małej poduszki. Zamknęłam oczy... Przez głowę gwałtownie przelatywały mi obrazy z dzisiejszego dnia. Mina matematyczki wpisującej mi trzecią jedynkę w tym tygodniu, podejrzliwe spojrzenia koleżanek z klasy i intrygujące podszeptywania chłopców. Potem już tylko wyraz twarzy ojca i spłoszony wzrok matki. Z oczu mogłam wyczytać wszystko. Intencje, charakter, a nawet zamiary. Wiedziałam, że matematyczka patrzy na mnie z politowaniem, chłopcy z zaciekawieniem, a dziewczyny z irytacją. Byłam pewna również tego, że ojciec patrzy na mnie jak na śmiecia, a matka jak na przekleństwo. A ja jak sama na siebie patrzyłam? Starałam się unikać mojego wzroku w lustrze. Patrząc się na siebie czułam się nieswojo. Byłam pewna, że ja to ja, ale że nie powinnam wyglądać tak jak wyglądam... Byłam zbyt ładna niż powinnam. Biorąc pod uwagę moją sytuację powinnam być brzydką dziewczyną o oczach w jakimś nieokreślonym kolorze, grubymi udami i siateczką pryszczy na twarzy. Nie byłam... a komentarze: „marnujesz się” przyprawiały mnie o niepohamowaną złość. Obudziłam się rano o szóstej. Odruchowo spojrzałam do pokoju mamy, czy śpi. Nie było jej. Przecież wczoraj wyszła... zabierając ze sobą kilka walizek i moją nadzieję na lepsze życie. Nie pożegnała się nawet. Gdy ojciec uderzył ją w twarz, wyszła mocno trzaskając drzwiami. Ostatnio bywało mi bardzo smutno. Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio szczerze się śmiałam... Wyszłam do kuchni i zjadłam kanapkę z margaryną. Smakowała szynką, którą wczoraj mama kładła na kromki chleba. Potem wyszłam z domu z tornistrem na ramieniu i nieodrobionymi lekcjami. Z nie napisanym wypracowaniem z polskiego pt.„Kochać jak Kmicic”, z nieodrobionymi kilkoma zadaniami z matematyki z rozdziału „bryły obrotowe” i nie napisanym referatem z geografii na temat „Niziny Mazowieckiej”. Cóż, będzie ciężko. Od rana włóczyłam się po parku – było to stałe miejsce moich obserwacji i ciągłego przesiadywania. Czasem rysowałam, czasem słuchałam muzyki. Dziś jednak przyszłam, aby przemyśleć kilka spraw. Kto by za mną tęsknił i kto by po mnie płakał? Komu by mnie brakowało? Mamie nie... kto by tęsknił za najboleśniejszym wspomnieniem swojego życia. Tata również, bo kto może kochać owoc gwałtu. Oczy zrobiły mi się wilgotne, a w gardle poczułam gwałtowny uścisk. Chwilę jeszcze pokrążyłam po zakręconych alejkach, a potem poszłam w kierunku szkoły. Usiadłam w swojej ławce i zaczęłam przeglądać podręcznik z matematyki. Jak jeszcze dziś się okaże, że nic nie umiem, to Milewska mnie chyba zabije. Nie wspominając już o Pyzi. Znów czułam na sobie spojrzenia rówieśników. Ciekawe jak byłam postrzegana idąc korytarzem w tym samym, swetrze już czwarty dzień? Ciekawe jak patrzyli na mój koński ogon zawiązany niedbale prawie na czubku głowy. -Znów nie masz zadania. Nie rozumiesz tego materiału? Od początku geometrii nie dostałaś żadnej pozytywnej oceny!- matematyczka wyrzucała z siebie słowa jak karabin maszynowy. Ja stałam niewzruszona i patrzyłam jej natrętnie prosto w oczy. Zawsze tak robiłam, patrzyłam i nie odpowiadałam. Zwykle wracałam potem do ławki z jedynką. Dziś jednak tak się nie stało. -Pójdziesz teraz do pani Zawadzkiej. Ma teraz lekcje w sali obok. Spodziewałam się kolejnej pały. Ujemnych punktów z zachowania, za stosunek do przedmiotu. Wyzywania mnie od leniów i dziewcząt, które myślą tylko o swoim wyglądzie... ale nie wysłania do wychowawczyni. Nie myślałam o swoim wyglądzie. Ta sprawa szła za mną na samym końcu... dlatego już czwarty dzień z rzędu ubrałam czarny sweterek i dżinsy. Nie używałam kosmetyków, bo świat dobrze wychowanych dziewczyn, na które wszyscy lecą naprawdę nie był moim światem. One myślały jaki dziś top włożyć na randkę, ja zastanawiałam się czy dziś dostanę od ojca. One wyliczały swoich byłych chłopaków, a ja liczyłam siniaki nabite przez ostatni tydzień. One wybierały rodzaj perfum, jakimi się mają pokropić, ja zaś rozważałam, czy wrócić dziś do domu na noc, czy zostać na ławce w parku. Jak zwykle niewzruszona poszłam do klasy obok. Delikatnie zapukałam do drzwi, a po chwili usłyszałam ciepły głos naszej wychowawczyni Ireny Zawadzkiej. Weszłam i poprosiłam ją na chwilkę na korytarz – nie chciałam, aby trzecia liceum była świadkiem mojego spowiadania się. Pyzia zadała im jakieś zadanie, a potem wyszła z klasy. Oparła się o ścianę. -W czym problem, Aniu?- zapytała jakby nigdy nic. -Pani Milewska przysłała mnie do pani. Dostałam kolejną jedynkę- spuściłam głowę. -Właśnie. Anka, powiedz mi co się dzieje? Masz jakieś kłopoty? -Nie mam, proszę pani. -Jak to nie? Przecież doskonale widzę... gdzie się podziała tamta wesoła dziewczynka z 1 liceum, która latała co chwilę na zebrania samorządu? Zmarszczyłam brwi. -Ja nigdy nie pracowałam w samorządzie...- odpowiedziałam sucho. Zgadza się, mogła mnie z kimś pomylić. Sama byłam bardzo bezbarwna. Przygnębiona chodziłam już od dawna i nigdy nie byłam „tą wesołą dziewczynką z 1 liceum”. -Przepraszam. Aniu, powiedz mi... coś nie gra? Jakieś kłopoty w domu? Z chłopakiem? -W domu... -A co się takiego dzieje? Jestem tutaj, aby ci pomóc... nikt nie dowie się o tej rozmowie. Przytaknęłam. -Z czym masz kłopoty w domu?- ciągnęła mnie za język. –Z obowiązkami? Między innymi. Mam ojca pijaka, który mnie nienawidzi. Matkę, która nie chce na mnie spojrzeć. Kochaną siostrzyczkę młodszą ode mnie kilka lat, która już leży w grobie. To niesprawiedliwe, że umarła. Ja powinnam tam leżeć! -Mój oj... tata jest w szpitalu- skłamałam. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów użyłam słowa „tato”. Bardzo dziwnie brzmiało w moich ustach. -Będzie dobrze, nie martw się. Poproszę innych nauczycieli, żeby na razie potraktowali cię ulgowo i dali czas na dojście do siebie. No... nie smuć się- uśmiechnęła się zachęcająco. Potem przeprosiła mnie i wróciła do klasy. Ja przesiedziałam na korytarzu do końca lekcji. Na początku przerwy wróciłam do klasy. Następną lekcją miał być polski. Minął „dziwnie”. Widziałam jak Pyzia spogląda na mnie dziwnie. Ja jednak to olałam. Jakie to proste? Pójść do niej, skłamać i już się ma taryfę ulgową. Nauczyciele za mało się opiekują uczniami... dla nich każda z osób jest tylko „uczniem”, któremu ma wpoić daną część materiału i opiekować się nim na czas trwania lekcji. Zresztą... czego się można spodziewać? Po polskim była długa przerwa. Wszyscy wyszli na zewnątrz, aby się przewietrzyć. Potem już wszystko potoczyło się błyskawicznie... Czytając na ławce przed szkołą „Życie Pi” zauważyłam, że nagle wszystkie śmiechy wokół mnie ucichły, a pojawiły się tajemnicze szepty. Nie zwróciłam na to zbytniej uwagi, bo pomyślałam, że jakiś nauczyciel zaczął się kręcić w pobliżu. -Anka!- usłyszałam za plecami chropowaty głos. Odwróciłam głowę i pole widzenia zasłonił mi wysoki mężczyzna w wytartych dżinach i koszuli obleśnie wyciągniętej na wierzch. Przy nie ogolonej szyi wisiał granatowy krawat. Tak, mój ojciec, który rzekomo jest w szpitalu przyszedł do mnie do szkoły. Zrobiłam olbrzymie oczy i widząc spojrzenia uczniów z mojej szkoły nie zdołałam wykrztusić żadnego słowa. -Przyszedłem do twojej szkoły, nie cieszysz się?- wskazał na krawat. –Widzisz jak się wystroiłem? Doskonale było widać, że był pijany. Miał przekrwione oczy i na wpół pustą butelkę po piwie w ręce. Czułam jak zapadam się pod ziemie, a serce waliło mi jak młotem. Nerwowo połykałam ślinę. Nagle szarpnął mnie za rękę. „O nie... na podwórku szkolnym to mnie bić nie będzie! Nie zniży się do tego!”. Jak na złość wszyscy dyżurujący nauczyciele się dziwnie ulotnili. Czułam każdy palec zaciskający na moim łokciu. -Czemu mi nie zrobiłaś śniadania?- powiedział piszcząco. –Czekałem... Wyrwałam mu się i szybko uciekłam do szkoły. Przez okno na piętrze widziałam jak jakiś mężczyzna podchodzi do mojego ojca i zabiera mu butelkę. Pobiegłam na najwyższą kondygnację budynku i usiadłam w samym rogu korytarza. Objęłam kolana dłońmi i poczułam zimne krople spływające mi po twarzy. Dawno nie płakałam... Jak mógł mi taki obciach zrobić? Przy całej szkole? Nie rozumiem! Zadzwonił dzwonek. Uczniowie powoli zapełniali korytarz. Po chwili i ja skierowałam się ku sali biologicznej. Usiadłam jak zwykle – w tym samym miejscu pod oknem. Wyłożyłam na ławkę książki i schowałam twarz w dłoniach. Czułam na sobie ich…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%