srodowisko · 30 min czytania
Na zawsze...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Ina wróciła z pracy, zostawiła torbę z zakupami w kuchni, włączyła czajnik i usiadła w fotelu. Było po osiemnastej i sama nie wiedziała, czy jej dzień właśnie się zaczyna, czy kończy. Do weekendu jeszcze całe trzy dni i choć wyczekiwała piątkowego wieczoru, to i tak sobota nie miała się różnić od pozostałych dni tygodnia, bo zamiast z pracy, wróci wieczorem z wykładów. Z kubkiem aromatycznie pachnącej kawy wyszła na balkon. Lubiła przyglądać się swojemu miniaturowemu ogródkowi. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk domofonu. - Kto tam? - Cześć, tu Marcel, mogę wejść? - Proszę.
Otworzyła drzwi z zamka i czekała w przedpokoju na swojego gościa. Był ostatnią osobą, którą spodziewała się ujrzeć we własnym mieszkaniu. Nie wiedziała nawet, że zna jej adres. Studiowali razem, widywali się na wykładach, zazwyczaj siadał obok niej i umilał nudne, ciągnące się niemiłosiernie godziny. Kilka razy zdarzyło im się zerwać z zajęć i pójść na piwo lub kawę. Ich znajomość ograniczała się jednak tylko do szkoły. - Cześć. Sorry, że zawracam ci głowę, ale mam prośbę i mam nadzieję, że nie wyrzucisz mnie za drzwi, jak usłyszysz o co chodzi – zaczął, jak tylko wpuściła go do mieszkania. Nie chciał wejść na kawę, sprawiał wrażenie człowieka wyprowadzonego z równowagi. – Karola, potrzebuję dwóch tysięcy złotych. Na kilka dni. Oddam ci w sobotę przed wykładami. Jesteś moją ostatnią deską ratunku. Ina posłała mu niedowierzające spojrzenie. W jego oczach zobaczyła strach. - Nie mogę ci nic więcej powiedzieć. Proszę. To tylko trzy dni. - Zaraz dodasz, że to sprawa życia i śmierci – rzuciła, ale Marcel nawet się nie uśmiechnął. On – który tak lekko podchodził do życia, tym razem nie miał nastroju do żartów.
Dwa bloki dalej był bankomat. Wypłaciła pieniądze i dała mu, ale nie była do końca pewna, czy robi dobrze. W gruncie rzeczy, to wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły jej, że nie powinna ulegać tej dziwnej prośbie. Wróciła do mieszkania sama. Rozpakowała zakupy, odgrzała wczorajszy obiad i usiadła przed telewizorem. Przez chwilę miała wrażenie, że wszystko tylko się jej śniło. Lubiła Marcela, znali się od ponad roku. Spotykali się na zjazdach. Co o nim wiedziała? Zaliczał kolejne semestry nie jako orzeł, ale raczej bez większych problemów. Potrafił kombinować, żeby się nie napracować, a zdać. Jak każdy, kto robi zaoczne studia w prywatnej szkole. Jednak poza tym, że miło im się rozmawiało, nie znała tego człowieka. Chyba nie miał dziewczyny, zresztą mało ją akurat ten temat interesował, bo sama właśnie zakończyła nieudany związek, który skradł jej trzy lata życia. Gdzieś pracował, ale nie miała pojęcia gdzie. Miał rodzinę, ale mieszkał sam. Chyba dobrze zarabiał, sądząc po ubraniach i samochodzie. Ina uświadomiła sobie, że Marcel to dla niej obcy człowiek, a dwa tysiące złotych, które mu pożyczyła, to prawie dwie jej wypłaty. Coś jednak sprawiało, że mu ufała i wierzyła, że odda w terminie.
Kolejne trzy dni upłynęły jej na pracy. Od dziesiątej do osiemnastej spędzała czas w biurze, zazwyczaj siedząc przed komputerem. Kiedy wracała do domu, była tak wypompowana, że po zjedzeniu kolacji, zawijała się w koc i zasypiała przed telewizorem. Codziennie przeklinała tego, kto wymyślił takie godziny otwarcia. W sobotę rano, w ramach śniadania, popijała kawę, a przy okazji wertowała notatki, żeby znaleźć te, których potrzebowała i usiłowała się umalować przed małym lusterkiem ustawionym na biurku między kubkiem a teczką.
Dzwonek do drzwi przerwał jej wykonywanie wszystkich tych czynności. - Cześć. Obiecałem i jestem. Proszę oto twoje pieniądze – przywitał ją roześmiany Marcel. Kosmyk włosów zadziornie opadał mu na czoło. Strach w oczach zniknął, wróciła dawna swoboda. – Podrzucę cię na zajęcia, oki? Ina spojrzała na zegarek. Do rozpoczęcia wykładów mieli jeszcze godzinę. - Napijesz się kawy? - Nie odmówię, chociaż to ja powinienem ci coś zaproponować w ramach podziękowania. Może wieczorem przejdziemy się na pizzę? - Zobaczymy, czy wytrzymasz do końca zajęć, wtedy pogadamy. Marcel cierpliwie wysiedział do godziny siedemnastej trzydzieści, a potem porwał Inę na kolację i piwo. Odprowadził ją potem do domu i pocałował na pożegnanie w policzek. - Jeszcze raz dziękuję. Uratowałaś mi życie – tym razem się roześmiał. Takiego go znała. Człowiek, który odwiedził ja trzy dni temu, nie chciała już nigdy więcej spotkać.
Wykłady, praca, telefony od byłego, który nie potrafił zrozumieć, że to już koniec, wypady ze znajomymi na piwo, wypełniały Karolinie kolejne tygodnie jesieni. Któregoś wieczoru, znowu w ramach podziękowań, odwiedził ją Marcel. Wypili kilka piw, pogadali, Ina chciała się czegoś o nim dowiedzieć, ale zręcznie unikał dawania konkretnych odpowiedzi. Na jednym z kolejnych zjazdów pojawił się dopiero w połowie dnia. Wszedł spóźniony i zajął miejsce w ostatniej ławce. Karola odebrała smsa z pytaniem o wcześniejsze zajęcia. Dopiero w czasie przerwy usiadł na miejscu obok. Już miała mu zacząć robić wyrzuty, że znowu zaspał i będzie brał od niej notatki, ale słowa zamarły jej na ustach, gdy zobaczyła jak wyglądał.
- Co się stało?! – wydusiła z siebie. - Nie warto gadać. Znalazłem się w złym miejscu o nieodpowiedniej porze. Kilku drechów pobiło mnie w parku. - Mi to nie wygląda na nic takiego… Ina miała świadomość, że nie chce się z nikim na razie wiązać, cieszyła się odzyskaną wolnością, którą dzieliła między pracę, szkołę i znajomych, dlatego też mogła obiektywnie i bez zobowiązań stwierdzić, że Marcel był przystojny. Brązowe oczy hipnotyzowały, a czarne, lekko falowane włosy do ramiom dodawały mu tyle uroku, że jeszcze pięć lat temu pobiegłaby za nim w ogień. Teraz jego twarz pokryta była jednak szramami i sińcami. Rozcięty łuk brwiowy, warga, zapuchnięte i mocno zaczerwienione oko, prawie czarne ślady po uderzeniach na policzku. - Byłeś na pogotowiu? - Nic mi nie jest. Nie chciał rozmawiać, więc Ina nie nalegała. To nie była jej sprawa. Nie chciała się przed samą sobą przyznać, że sprawił jej przykrość. Pomogła mu w trudnej sytuacji, co nie czyniło ich od razu przyjaciółmi, ale myślała, że zasłużyła chociaż na odrobinę zaufania.
Część 22 / 3
Marcel czuł się podle. Nie tylko fizycznie, chociaż popękane żebra i wykręcona ręka cały czas dawały o sobie znać, ale i psychicznie. Karola zasługiwała na wyjaśnienia. Lubił ją i zawsze mógł na nią liczyć. Ratowała go nie tylko notatkami i podpowiedziami na kolokwiach, ostatnio zrobiła coś, czego odmówili mu wszyscy przyjaciele. Miał kłopoty, a ona bez słowa pomogła.
Kiedy skończyły się ćwiczenia, na których musiał mieć obecność, rzucił jej tylko „na razie” i wyszedł. Następnego dnia nie pojawił się wcale. Za to tydzień później zapukał do jej mieszkania. Ina oglądała film na dvd i popijała piwo. Miała za sobą ciężki dzień w pracy. Nie była zmęczona, ale musiała odreagować. Widok Marcela, którego twarz mieniła się żółto-zielonymi barwami nie poprawił jej humoru. - Pomożesz mi? Potrzebuję półtora tysiąca – zaczął bez wstępów. - Nie tym razem. Najpierw powiedz mi o co chodzi. Chyba nie oczekuję zbyt wiele. – patrzyła na niego wyczekująco. Obiecała sobie, że nie da się znowu zbyć. - Dobrze. Jestem komuś dłużny pieniądze. Jak się spóźnię ze spłatą, to… Zresztą widziałaś. - Więc nie jesteś zbyt pewną inwestycją. - Karola proszę, tylko ty mi zostałaś. Oddam w ciągu tygodnia. - W co ty się wpakowałeś? Nie powiesz mi… - powiedziała bardziej do siebie niż do niego. Chciała pomóc. Wiedziała, że żadna moralizatorska gadka nie przyniesie efektu. Marcel był w sytuacji podbramkowej i nie potrzebował dobrych rad. Złamała się. Nie musiała być wróżką, żeby widzieć, że kamień spadł mu z serca, kiedy wziął do ręki pieniądze.
Marcel poczuł się głupio, kiedy schował kasę do kieszeni kurtki. Wykorzystał Karolę i nie mógł dać jej niczego w zamian. Winien był jej przynajmniej wyjaśnienia, ale i tak powiedział już za dużo. Nie mógł jej narażać. Ludzie, którym winien był pieniądze, nie patyczkowali się.
Oddał w terminie razem z butelką dobrego wina i bukietem kwiatów. Nie mógł jej zawieźć. Obiecał sobie, że to był ostatni raz. Jeśli tylko miał wolny wieczór, co nie zdarzało się często przy pracy na dwa etaty, wpadał do Karoli, zabierał ją na pizze, do kina. W weekendy przyjeżdżał po nią i podwoził na zajęcia.
Ina czuła się jak pod skrzydłami anioła stróża, chociaż Marcel raczej z anielskością niewiele miał wspólnego. Podejrzane interesy i obita twarz, sugerowały, że powinna się trzymać od niego z daleka. To był głos zdrowego rozsądku, jednak Karola potrafiła go stłumić. Miała nudną pracę, a jej ex był chorobliwie zazdrosnym maminsynkiem, który nadal nękał ją telefonami i zaproszeniami na piwo, mimo że rozstali się pół roku wcześniej. Niby, że teraz byli przyjaciółmi. Wolałaby go nie znać. Przez trzy lata spełniała przy nim rolę nadopiekuńczej matki, a do tego musiała znosić wątpliwej jakości seks o każdej porze dnia i nocy, bo jak nie, to pan szanowny się obrażał. Na początku myślała, że Marcel jest dojrzałym facetem, stuprocentowym przeciwieństwem jej byłego. Teraz powoli okazywało się, że wplątał się w jakąś niebezpieczną aferę i nie bardzo sobie radził z jej konsekwencjami.
Popijając gorąca kawę Ina zastanawiała się, co powinna z tym wszystkim zrobić. Lubiła Marcela, przyjemnie spędzali razem czas, rozumieli się, mieli podobne gusta, jeśli chodzi o muzykę czy kino. Mogliby być bardzo dobrymi przyjaciółmi. Mogliby, gdyby jej zaufał. Może potrafiłaby mu pomóc.
Kiedy w środku nocy ze snu wyrwał ją telefon, była gotowa zamordować idiotę, który dzwoni o takiej porze. - Karola, przepraszam, że cię obudziłem… - Marcel, co ty sobie kurwa wyobrażasz!? Wiesz, która godzina?! - Przepraszam… Wpuścisz mnie? - Co? Zaraz… nie… Chwila. Wpadasz mnie odwiedzić o drugiej w nocy? - Proszę… Jak zwykle nie potrafiła mu odmówić. Poza tym miał tak dziwny, łamiący się głos… Nie przyjechał do niej bez powodu. Coś musiało się stać, a skoro już ją obudził, to nie pozostało nic innego, jak dowiedzieć się, co.
Część 33 / 3
Pięć minut później Ina żałowała swojej ciekawości. Kiedy otwarła drzwi, zobaczyła go opartego o ścianę, zakrwawionego, ledwo trzymającego się na nogach. Włosy zjeżyły jej się na głowie. - Powinieneś jechać na pogotowie – powiedziała na powitanie, kiedy już usiadł na krześle. Wpatrywała się w niego nieprzejednanym, ale i pełnym troski wzrokiem. Chciała pomóc, ale do cholery jasnej, nie była lekarzem, a jej mieszkanie to nie oddział ratunkowy. - Tym razem wszystko ci wyjaśnię, obiecuję… - Oparł głowę o ścianę i przymknął oczy. Z rany na ramieniu sączyła się krew. Podobnie jak z rozbitego nosa. Zadzwoniła do jedynej osoby, która mogła w tej sytuacji pomóc, a potem zdjęła Marcelowi kurtkę i rozcięła koszulkę. Na ramieniu miał dwie paskudne, głębokie rany. Kolejna przecinała brzuch, ale była powierzchowna. Skóra pokryta była świeżymi odciskami butów. Kopnięcia były tak mocne, że zostawiły dokładne, czerwone odciski podeszw. - Gdzie dzwoniłaś? – zapytał ledwo dosłyszalnie. - Nie bój się, ani na pogotowie, ani na policję. Ktoś jednak musi ci pomóc – mówiła spokojnym głosem, tamując krwawienie i oczyszczając rany. – Wynajmowałam kiedyś mieszkanie razem ze studentką medycyny. Teraz jest lekarzem. O czwartej kończy dyżur. Przyjedzie. Poskłada cię do kupy.
Potem mówiła już tylko do siebie. Wątpiła, żeby do Marcela cokolwiek docierało. Zaprowadziła go do małego pokoju i położyła na tapczanie. Usiadła na krześle i wreszcie pozwoliła sobie na łzy. Ukryła twarz w trzęsących się dłoniach. Nie mogła mu pomóc. To wykraczało poza jej możliwości. A tak bardzo chciała. Uwolnić go od kłopotów. Nie próbowała się nawet domyślać, czym sobie na to wszystko zasłużył. Tak bardzo się bała…
Iwona przyjechała parę minut po czwartej. Spojrzała z niedowierzaniem najpierw na Karolinę, a potem na Marcela. - Nie przywiozłam ze sobą całego oddziału ratunkowego… Tobie nic nie jest? - Nie, to wszystko krew Marcela – odpowiedziała, dopiero teraz zauważając, że całą koszulkę ma pokrytą czerwonymi plamami. - Proszę cię, zrób tyle, ile możesz. Godzinę później Ina siedziała w kuchni nad kubkiem gorącej herbaty. Nadal nie mogła opanować drżących rąk. Marcel spał po końskiej dawce środków przeciwbólowych. - Pozszywałam go, dostał zastrzyk przeciwtężcowy, chyba nie doszło do krwotoku wewnętrznego, ale w takich warunkach nie stwierdzę tego na pewno. Ma połamanych przynajmniej pięć żeber. Powinien jechać na pogotowie. – Karola tylko wzruszyła ramionami. – Powiedz mi chociaż, że nie jest poszukiwanym przestępcą i że nie pomagałam zbiegowi. - To przyjaciel w potrzebie. - To w takim razie ma wobec ciebie ogromny dług wdzięczności. Nic więcej nie mogę zrobić. Dzwoń, gdyby coś się działo. - Dziękuję…
Dochodziła szósta. Ina zajrzała do Marcela, a potem zasnęła kamiennym snem na dwie godziny. Musiała iść do pracy. Nie była za bardzo w stanie, ale musiała. Makijaż nie pomógł, wyglądała jak widmo. Dzień był spokojny, a szefowa widząc, w jakim jest stanie, puściła ją wcześniej do domu. Karola pamiętała, jak matka powtarzała, że rosół jest dobry na wszystko, zrobiła więc zakupy i ugotowała aromatyczny wywar. Musiała nakarmić Marcela. Potem usiadła na łóżku i gładziła dłonią jego twarz. Sińce przybrały już kolor ciemnofioletowy. Jednak oko miał tak zapuchnięte, że nie mógł go otworzyć, ale drugim spoglądał na nią z niemą wdzięcznością.
- Nic mnie nie usprawiedliwia… i nie wiem jak mógłbym wynagrodzić to, co dla mnie robisz… - Ciii… Położyła się i przytuliła jego obolałe ciało. Tylko tyle mogła zrobić – ogrzać go własnym ciepłem, pokazać, że nie jest sam. Po policzkach Marcela popłynęły łzy. Zdawał sobie sprawę z tego, że jest idiotą i to ogromnym. Gdyby mu się nie zamarzyły łatwe pieniądze, to nie wpadłby w całe to bagno i mógłby mieć tą dziewczynę. A tak zadawał jej tylko ból.
Karola obudziła się dwie godziny później. Ostrożnie wysunęła się w objęć Marcela i wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi. Zrobiła sobie kawę i wyszła na balkon. Usiadła w fotelu, podwinęła kolana pod brodę i sączyła gorący napój. Nie widziała żadnego rozsądnego wyjścia z zaistniałej sytuacji. Sama nic nie traciła i nie ryzykowała. Poza zszarpanymi nerwami i nieprzespanymi nocami. Chciałaby wiedzieć, że nic jej nie grozi. Wierzyła, że nie. W przeciwnym razie mogła przecież powiedzieć Marcelowi, żeby dał jej spokój. Nie, nie mogła… Nie chciała… Nie potrafiła odtrącić człowieka, który potrzebował jej pomocy, ufał jej, liczył, że przy nim będzie.
Niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w zachodzące słońce. Z letargu wyrwał ją dźwięk domofonu. Iwona przyjechała sprawdzić, jak się ma Marcel. - Nie wypłacę ci się za to, co robisz. - Za godzinę zaczynam dyżur, wpadłam po drodze. Twój przyjaciel ma gorączkę, ale…