Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 13 min czytania

nabrzeże 47

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Budynek, w którym znajdowała się siedziba Filadelfijskiego oddziału FBI mieścił się w starym wieżowcu nieopodal centrum. Budynek miał czternaście pięter wysokości, a jego ściany otaczała pofalowana blacha, na której surowy klimat wschodniego wybrzeża zdążył już odcisnąć swoje piętno. FBI w trosce o pieniądze podatników oczywiście nie było w stanie wynająć całego biurowca, ale zadowoliło się jedynie całym czternastym piętrem. Całą resztę zajmowały biura firm, które dni świetności już dawno miały za sobą. Agent specjalny Matthew MacDonald siedział znudzony za swoim nie drogim biurkiem w centralnej części budynku i czekał na zmiłowanie losu. Kremowy telefon z przezroczystą tarczą, który stał nieopodal jego łokcia wciąż milczał. Wraz z upływem czasu ręce zaczęły mu drętwieć od opierania się na nich, więc nerwowo schował je pod biurko. Większość pracowników biura już dawno poszło do domów. Matthew doskonale o tym wiedział, ponieważ na całym piętrze nie było ani jednej ściany działowej, a sufit trzymał się na często występujących wśród gąszczów innych biurek, pomalowanych na biało kolumnach. Dlatego było słychać nie znośne przeczenie klimatyzacji i włączonego komputera, którego czarno-biały monitor wyrastał z lewej krawędzi biurka. Widniejąca na nim otwarta baza danych wiele mówiła o sprawach, jakimi musiał zajmować się na co dzień. Prostytutki, narkomani i cała masa innego rodzaju elementów przewijała się nie raz masowo przez jego ekran. Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego zaraz po szkole dostał ten przydział. Co prawda nie miał zbyt dobrze rokujących ocen, ale byli o wiele gorsi od niego. Czasami lubił myśleć, że był po prostu tak dobrze zapowiadającym się funkcjonariuszem, że pokładano w nim wielkie nadzieje w związku z jego talentem mediacji i innymi pierdołami, na które nigdy nie zwracał uwagi. W tej chwili czekał na telefon od swojego człowieka w dokach. Zapowiadał się sporawy transport bliżej nie określonych narkotyków z Meksyku. Jak znał życie chodziło o popularne „zielsko” - czyli same miękkie. Prosta sprawa, szybki koniec, no przynajmniej tak mu się wydawało. Kiedy telefon milczał przez cały dzień zaczął się martwić o swojego człowieka zwłaszcza, że nie słynął on z nadmiernej bystrości umysłu. W końcu, kto inny w tym mieście zbrodni szedłby na układy z policją. Często ludzie wybierali wieloletnie więzienie aniżeli współpracę z organami ścigania. To wydawało się wiele mówić o jego pracy i życiu. Niedawno odeszła od niego żona. Mimo że wcześniej nie stronił od kieliszka, to teraz coraz częściej do niego zaglądał. Co prawda nie zdarzyło mu się żeby przyszedł do pracy pijany, ale to tylko dzięki jego gasnącemu poczuciu przyzwoitości i nadwątlonemu wskutek złych przeżyć poczuciu obowiązku. Kiedy na tarczy, wiszącego na jednej z kolumn zegara mała wskazówka wskazała szóstą Matthew postanowił działać. Ruszył obolały tyłek z krzesła i ściągnął brunatny prochowiec z drewnianego wieszaka, stojącego przy lewym narożniku brudnego okna. Dopełnieniem jego dzisiejszego i za razem codziennego stroju był staromodny kapelusz w podobnym kolorze. Mimo że na polu padało od samego rana, co było widać wyraźnie za szybą okna wychodzącego na zachód, tuż za jego biurkiem nie przejmował się tym zbytnio. Samochód stał tuż przy wejściu na swoim stałym miejscu. Jego właściciel strasznie się denerwował, jeżeli ktoś ośmielił się zaparkować na jego miejscu. Żeby dostać się do biura FBI wystarczyło, że spragniony informacji petent wszedł po kilku betonowych schodkach, prowadzących do przeszklonych drzwi. Potem pozostawało tylko wpisać się do „księgi gości”, która leżała na blacie recepcji tuż przed wejściem. Ostatnim przystankiem była winda, za pomocą, której można było się bez trudu dostać na docelowe czternaste piętro. Taką samą drogę musiał pokonać każdy pracownik biura, no może poza wpisywaniem się i wypisywaniem w zeszycie na portierni. Dlatego MacDonald wyszedł swoim typowym, dziarskim krokiem zza otwierających się na oścież drzwi windy. Ukłonił się podstarzałej pani recepcjoniście, która jak zwykle w nadziei, że jej najpiękniejsze lata jeszcze nie minęły rozpuściła blond loki i wyszczerzyła się w pożegnalnym uśmiechu. Matthew otworzył drzwi mimo wszystko bez słowa. Nie miał dostatecznie dobrego nastroju na rozmowy ludźmi. Jego myśli kłębiły się teraz wokół doków, ponieważ jeżeli jego człowieka znajdzie jutro straż przybrzeżna wszystko będzie jasne. Jednak nie wykluczone, że on jeszcze żyje i czeka na wyrok, którym był nie wątpliwie strzał w głowę z bliskiej odległości. Matthew musiał to sam przed sobą przyznać, że tak naprawdę nie wiele go to obchodziło. Kolejne stracone życie jakiegoś skruszonego szemranego typa. To ostatecznie nie on był winien podejmowanych przez niego decyzji, które pchnęły go na tory przestępczości zorganizowanej. Natomiast był odpowiedzialny za swoje życiowe decyzje w wyniku, których musiał teraz jechać przez pół miasta z odsieczą. Nie było wcale powiedziane, że musi zdążyć, dlatego z wolna sięgnął do kieszeni spodni żeby wyciągnąć z stamtąd kluczyki od pamiętającego jeszcze lata siedemdziesiąte forda mustanga, czekającego na niego na parkingu przed wejściem. Samochód miał biały lakier, a więc był w ulubionym jego kolorze. Przez sam środek długiego bagażnika przechodziła niebieska linia, której drugi koniec zahaczał o tylni bagażnik. Podobnie jak domalowana później linia lakier nie był pierwszej świeżości. Tu i ówdzie wychodziły ślady rdzy. Gdy Matthew otworzył drzwi od strony kierowcy, zadźwięczały nie naoliwione zawiasy. Kiedy usiadł w środku i zamknął szybo drzwi włożył kluczyk do stacyjki. Cisza. Znowu silnie odmawiał mu posłuszeństwa. W takich chwilach chciał zacząć odkładać pieniądze na nowy samochód, ale po którejś próbie silnik zaterkotał niczym w starym traktorze i zaczął pracować po cichu, ale nie równo. Matthew odetchną z ulgą, ponieważ oznaczało to, że nie będzie musiał podróżować autobusem. Wycofał i ruszył w stronę portu. Miał nie odparte wrażenie, że to będzie jedna z dłuższych nocy w jego życiu.

Kiedy jechał pośpiesznie przez całe miasto w kierunku doków przynajmniej dwa razy prawie wpadł w poślizg na licznych skrzyżowaniach. Ponieważ miał wyjątkowo złe przeczucia, dotyczące losów jego informatora ignorował każde ze świateł, jakie mijał. Miał sporo szczęścia – nigdzie nie było znać ani jednego patrolu policji. - Obiboki, nie chce…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%