Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 15 min czytania

Nabrzeżny grób

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

[Opowiadanie oparte na faktach].

We wsi Stare Drawsko, leżącej między dwoma jeziorami: jednym wielkim i na osiemdziesiąt metrów głębokim, o tej samej nazwie co wieś (acz bez przymiotnika „Stare”), zaś z powodu bujnych szuwarów, porastających dno aż do brzegu, bywa przezywane jeziorem Trawsko - a drugim, mniejszym, o nazwie Srebrne - jest na brzegu usypany z ziemi, pod metalowym, prostym krzyżem, bezimienny grób. Chyba w wielu wioskach są podobne groby: opuszczone, zarosłe zielskiem, bez podpisu. I z każdym z nich wiąże się jakaś historia. Ta, którą opowiem, jest bardzo pospolita – podobne historie działy się i dzieją w wielu wsiach i miasteczkach Polski. Po co więc ją opowiadam? Bo opowiedziano ją mnie, a opowieść ta poruszyła mnie do głębi. I dlatego właśnie, że podobne wydarzenia ciągle się dzieją, więc może mimo wszystko mówimy o nich za mało?

Żyła sobie rodzina. Porządna, dobra rodzina pracowitych, biednych ludzi. Jak to na wsi: mąż, żona, syn, córka. Małe poletko. Obora, chlewik, stajenka, kurnik. Normalnie, jak u każdego. Tylko ojciec trochę za często pił. No bo wiadomo: koledzy przy sobocie kupią wódkę, to przecie on nie będzie gorszy. W tygodniu też czasem ten i ów lepiej sprzeda mleko czy zboże, to postawi kumplom – no to nie można być innym, odmieńcem. Bo się inni obrażą. Mamuśka się złościła. Rozpaczała. Bo tatko coraz częściej wracał do domu pijany, nieprzytomny, porozmawiać z nim nie było można. Sikał na ścianę sieni. Czasem rzygał na dywan. Rzucał się na matulę, obłapiał ją, obściskiwał, przewracał na łóżko, jak ona wcale nie miała ochoty. Czasem to się i wściekł, uderzył ją, zwymyślał od różnych… Wtedy zawsze Jasiek stawał w obronie. Od dzieciaka, od małego. Zawsze mamuni bronił. Kochany synek. Dzieciom się też często obrywało. Zwłaszcza córce. Ale nie było komu stawać w ich obronie. Matka za słaba… Wszystko więc normalnie, jak to w wielu rodzinach. Tak się toczył rok za rokiem, ciężko, ale bez niespodzianek. Kiedy córka dojrzała do pełnoletności, ojciec począł przynaglać ją do zamążpójścia, żeby nie została starą panną: - Jadźka! A kiedy narzeczonego przyprowadzisz nareście? Długo ja cię utrzymywał będę? Jeszcze trochu i zapleśniejesz! Osiemnastolatka chodziła więc na zabawy po wsiach, ale narzeczony jakoś jej się nie trafiał. Bała się nieraz wracać do domu, bo ojciec szydził z niej: - No i co? Znów nikt cię do tańca nie prosił? A jakże! Z takim pyskiem ponurym to ty prędko chłopa nie najdziesz! A jak ty się ruszasz! Jak łazęga! Ciężko, że podłoga skacze! Bo rzeczywiście Jadźka za piękna nie była: dosyć gruba, choć jadła niewiele, małe oczka w pucołowatej buzi, szare i rzadkie włosy. A jej młodszy braciszek – przeciwnie: śliczny, słodki blondynek z loczkami i niebieskimi oczętami. Miał dopiero trzynaście lat i wyglądał jak aniołek, ale taki był męski i dojrzały – można było mu zostawić całą gospodarkę na dwa dni i jechać na handel do Berlina, a wiadomo było, że Jasio niczego nie zaniedba i ojca spać położy, kiedy ten pijany wróci do domu. Inne chłopaki latały po polach, po lesie, paliły skręty, piły piwo, a Jasiek zawsze przy matce był i przy Jadzi, i pilnował, aby co złego się w domu nie wydarzyło. A piwa i wódki to nienawidził. Jakby nie z tego ojca. Coraz częściej Jadzia płakała po nocach nad swoją urodą nieszczęsną, modliła się do Panny Marii Najświętszej, aby jej trochę urody dodała, ale jakoś nic nie pomagało. Kiedyś poznała miłego chłopca, który bardzo się nią zainteresował. Przez kilka tygodni prawie codziennie się spotykali, chodzili na spacery brzegiem Drawska, rozmawiali albo i milczeli, bo rozumieli się bez słów… Piękne to były tygodnie. Jadźka nigdy przedtem ani potem nie była już tak w nikim zakochana. Ale rodzice Maćka dowiedzieli się, że jej tato pije na potęgę i codziennie urąbany do domu wraca – i nie pozwolili się Maćkowi z Jadzią spotykać. Powiedzieli, że „ta rodzina to hołota” i że ma się nie zadawać z nimi. Maciek nie posłuchał, jeszcze kilka razy uciekł wieczorem z domu i do Jadźki przybiegł, ale kiedy jej ojciec dowiedział się, co jego rodzice mówił, to się wściekł, wytrzepał córkę po pysku i zabronił się jej spotykać z Maćkiem, a chłopaka pogonił kamieniami i pogroził, że go psem poszczuje. Tak się to skończyło. I dobrze, że tylko tak. Cała wieś znała historię, jak syn kowala Henryka od rodziców swojej panny kosza dostał. Zaczęły się wtedy złośliwości między ojcami młodych. Najpierw drobne, ale coraz większe. A nienawiść obopólna rosła. Aż któregoś razu wreszcie Henryk wpuścił swoją krowę na pastwisko Jakuba – po złości, bo dobrze wiedział, gdzie krowę powinien uwiązać. A ojciec panny – Kuba – z wściekłości zabił krowę Henryka. Bydlę to cenny dobytek! Toteż w nocy Henryk podpalił drewnianą chałupę Jakubów. Migiem stanęła w ogniu, jak zapałka! Nie było jak uciekać! Spaliła się ukochana jego syna, spaliła się jej matka, spalił się brat, tylko Jakub ocalał, choć ciężko poparzony. Spalił się cały dobytek, nawet zdjęcia zmarłych nie pozostały. Henryk poszedł siedzieć i nigdy już do wsi nie wrócił. Ale tak po prawdzie, to obaj ojce powinni zgnić w pudle. Tak cała wieś mówiła. Ciężko młodym, jak się kochają. Ale bez miłości jeszcze ciężej żyć. Dlatego Jadzia co wieczór prosiła Najświętszą Panienkę o miłość i o męża. Żeby nie musiała już siedzieć w tym domu z tym ojcem i być mu ciężarem. Jakoż po dwóch latach od rozstania z Maćkiem nadszedł wreszcie upragniony dzień: Jadźka poznała wspaniałego chłopaka! Spotkali się na zabawie w remizie. Poprosił ją do tańca. Piękny to on nie był i dużo chyba starszy od niej, ale przecie nie uroda się liczy i nie wiek, tylko charakter. A z charakteru był super: uprzejmy, elegancki, z humorem, opiekuńczy – odprowadził Jadzię do samego domu (długie dwa kilosy!) i przez cały czas opowiadał kawały. Mieszkał kilka wsi dalej, po drugiej stronie Trawska. Dlatego rzadko się widywali. PKS tam nie dojeżdżał, tylko rowerem albo furmanką można było dojechać. Samochodu ani Adam nie miał, ani Jadźka. Ale raz na dwa-trzy tygodnie przy niedzieli Adam zajeżdżał po Jadźkę i zawsze ją znalazł – wiedział, którymi ścieżkami chodziła. Brał ją na ramę od roweru i jechali w pola, w lasy… Umiał mówić czułe słowa. Umiał przekonać dziewczynę, jak bardzo mu się ona podoba. Umiał czule i delikatnie pieścić, przytulać, całować, głaskać po twarzy i włosach – a jej tak bardzo było to wszystko potrzebne, tak bardzo, bo przecież nigdy od nikogo czułości nie dostała. Marzyła, jak to będzie cudnie, kiedy zostanie żoną Adama. Jakie tato wyprawi im wspaniałe wesele. Widziała siebie w białej sukni. Widziała szczęśliwych rodziców, uśmiechniętych (chociaż to trudno było jej sobie wyobrazić). Za nic nie chciała stracić tego mężczyzny. Nie chciała go zrazić, okazać się niegodną smarkulą. Dlatego nie odmawiała mu niczego. Zresztą dobrze jej z nim było. Bardzo dobrze. Ale szczęście jest takie, że nigdy nie trwa długo. Kiedyś ojciec przyszedł w nocy bardzo pijany. Obudził wszystkich – rodzinę i zwierzęta. Bredził, klął, kopał meble, potłukł kilka naczyń. Widać spotkał złą przygodę, bo gębę miał obitą i posiniaczoną. Może i sam szukał zaczepki. Po pijaku taki był. Matka kazała dzieciom uciekać do stodoły. Ale zanim zdążyli wyjść, ojciec wrzasnął na Jadźkę, że się pierdoli z żonatymi chłopami po lasach jak kurwa, że…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%