Inne · 11 min czytania
Nadgodziny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Świeć tu do cholery? - Roman wbił łopatę w ziemię z impetem, od którego jęknęło stylisko. Rysiek posłusznie skierował światło pod nogi pracującego.
Matyldę poznał z perspektywy kreta. Zdarzyło się to w czasie, gdy jego firma budowała basen w posiadłości jej ojca. Główną pracę wykonały koparki, ale wykończenie wykopu wymagało ręcznej roboty. Wynurzył właśnie głowę ponad krawędź dziury, kiedy dziewczyna wyszła z domu. Kierowała się w stronę leżaka rozłożonego nieopodal miejsca robót. Była filigranową szatynką o zielonych oczach i obliczu usianym bezlikiem piegów, których nawet opalenizna godna iście mulatki, nie mogła zamaskować. Przypadłość ta broń Boże nie szpeciła jej, wręcz przeciwnie, dodawała charakteru i uroku. Jeszcze więcej uroku dodawało jej odzienie, zwłaszcza, że ograniczone było do krzykliwie barwnego bikini. Obie jego części można byłoby wykroić z chusteczki do nosa, a i tak pozostały fragment materii wystarczyłby do spełnienia swej pierwotnej funkcji. Była bez dwóch zdań ładna, choć z pewnością nie wywołałaby kolejnej rozróby pod murami Troi. Roman na moment zapomniał o wyrównywaniu ścian wykopu. Jak urzeczony obserwował dziewczynę, która wdzięcznym ruchem opadła na leżak i sięgnęła po ukrytą pod nim książkę. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad swoim nagłym zainteresowaniem. Nie żeby był tępy, czy ociężały umysłowo. Wręcz przeciwnie. Wiele czytał i mnóstwem rzeczy się interesował. Inna sprawa, że niekoniecznie tymi, które mogłyby mu się przydać albo dać chleb. Niewątpliwie miał zadatki na zrobienie w życiu większej "kariery". Po prostu był leniwy. Praca operatora koparki ręcznej była jedną z wielu jakie wykonywał. Żadna nie wymagała od niego wysiłku intelektualnego i właśnie z tego powodu je wybierał. Był za to cenionym, zdyscyplinowanym i wydajnym pracownikiem. Nie sposób było go ujrzeć zmęczonego lub bumelującego. No i... nie upominał się o podwyżki. Pieniądze same w sobie nie stanowiły dla niego wielkiej wartości, nie miał dużych wymagań i żył bardzo skromnie. Nie pracowitością jednak zwracał na siebie uwagę. Był duży. I silny. Bardzo silny. Choć jego stopa nigdy nie przestąpiła progu siłowni, sylwetką mógłby wpędzić w kompleksy niejednego herosa kulturystyki. Potrafił też wykorzystywać swoje warunki. Wielu barowych zakapiorów moczyło się w nocy na wspomnienie jego pięści. Te właśnie pięści otarł o przepocony podkoszulek. Podjął decyzję. Do odważnych świat należy. Podobno. Cisnął za siebie łopatę i wygramolił się z wykopu. Ruszył w stronę dziewczyny głupkowato szczerząc u uśmiechu dwa rzędy idealnie równych i białych zębów. No cóż, geny. Okoliczna brać stomatologiczna nie wyrwałaby od Romana nawet na zapałki. Matylda rzecz jasna nie czytała nawet przez moment, a jej obecność w tym miejscu nie miała w sobie nic z przypadku. Zauważyła imponującego robotnika już kilka dni temu. Natychmiast stwierdziła, że w jej ogrodzie pojawił się kawał apetycznego samca. Oszałamiającego samca. I takiego wielkiego... Jeżeli ktokolwiek twierdzi bowiem, że rozmiar, dowolnej zresztą części ciała, nie ma znaczenia, jest naiwny jak przedszkolak. Obserwując spod oka zbliżającego się Romana, ułożyła swe ciało w sposób jak najbardziej kuszący. Przygryzła wargi usatysfakcjonowana. Klata niczym komoda, biodra skoczka wzwyż, wytarte, jeansowe bermudy niemal pękające na udach i ..obiecujące wybrzuszenie między nimi. Zaiskrzyło. Ludzka rzecz... Roman przeniósł spojrzenie z nie mniej fascynujących szczegółów anatomicznych dziewczyny na okładkę książki. Widniała na niej kobieta o monstrualnie powiększonej klatce piersiowej unosząca miecz, którego waga, sądząc po rozmiarach, powinna jej natychmiast złamać kręgosłup. Zastanawiał się czy to dobry temat do zawarcia znajomości. Odkąd przeczytał Tolkiena wszystkie inne pozycje z tego gatunku uważał za chłam. - Czytałeś? - usłyszał zachęcający głos. Dalej już jakoś poszło.
Wbijał sztychy szybko i rytmicznie. Na szczęście ziemia była dosyć piaszczysta i niezbyt zbita. Okoliczności zmusiły go zmiany zapatrywań na sprawy finansowe. Musiał zrezygnować ze swoich minimalistycznych przyzwyczajeń. Potrzebował kasy i stąd się wzięły te cholerne nadgodziny. Trochę się zasapał. Wykop był wąski i niewygodny. Spojrzał ze złością na Ryśka. - Dawaj na dół korniszonie. Pomachaj trochę tą patelnią. Muszę się rozprostować.
Stali się nierozłączni. Matylda zajęła się z entuzjazmem kulturalną edukacją Romana i czerpała z tych działań wiele satysfakcji. On okazał się uczniem pojętnym, choć nie spolegliwym. Potrafił okazać stanowczość, jeśli coś go nudziło. Taki już był. Nie przejmowała się tym, w końcu i tak ustępował. Roman poddawał się tym wysiłkom ze stoickim spokojem. Wiele potrafił znieść dla ukochanej osoby, a był już całkowicie we władaniu Amora. Pozwalał bez mrugnięcia okiem na zabiegi dziewczyny. Spotykali się od kilku miesięcy, gdy Matylda zaproponowała wypad w plener. Chciała jechać nad morze, ale Roman opierał się zawzięcie nie chcąc się przyznać, że nie umie pływać. Dziewczyna nie obstawała przy swoim długo. Wystarczyło, ze skonfrontowała jego plażowy wygląd w zderzeniu z czatującymi na piasku, spragnionymi przygód hordami rywalek. Pojechali w przeciwnym kierunku. Roman był w górach tylko raz, na szkolnej wycieczce. Wszystko mu się podobało. Matylda nie bardzo tęskniła za bólem mięśni po całodziennych wspinaczkach, ale okazało się być cudownie. Ona mówiła, on słuchał. Ona słabła, on nosił ją na rękach. Ona chciała się zabawić, on…