Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Aktualności · 9 min czytania

nadzieja

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nadzieja umiera ostatnia Trzeba mieć siłę czekać Przemek Petrykowski jest jedną z pięciu zaginionych osób, które pewnego dnia wyszły z domu i

do tej pory nie dają znaku życia. Nikt nie potrafi ocenić, jakie są szanse na ich

odnalezienie. Rodziny jednak mają codziennie nadzieję, że pewnego dnia każdy z nich zapuka

do domu i powie - jestem. Bo tak jak w filmie, bliscy mówią, że nadzieje umiera ostatnia.

Przemek Urodził się 24 października 1975 roku, czyli dzisiaj ma 31 lat. I pewnie w tym roku jak i w

latach poprzednich obchodziłby urodziny razem z rodziną - matką, ojcem, bratem, jego żoną i

córką. Alkoholu by nie pił, bo Przemek leczył się z picia. Sam poszedł na odwyk. Mama go

prosiła, bo nie mogła patrzeć, jak alkohol marnuje Przemka. - Mówiłam mu ładny, młody

chłopak jesteś. Szkoda cię – opowiada Małgorzata Petrykowska, mama Przemka. - Obiecał mi, że

pójdzie i poszedł. Dałam mu nawet pieniądze na lekarza - mówi. - Długo nie wracał od

lekarza. Nawet pomyślałam, że poszedł pić. Ale po dwóch godzinach Przemek wrócił ze

skierowaniem na leczenie. Karetka już na niego czekała. Pożegnał się z rodziną i pojechał do

szpitala. - Rozpłakałam się. Zresztą jak zwykle. Nawet jak Przemek z bratem Krzyśkiem

jeździli na kolonie, to za nimi płakałam. Mówię do męża – idź, zobacz, czy faktycznie jedzie

– dodaje. Dwa dni później pojechali odwiedzić go do szpitala. Przywieźli owoce, kartę

telefoniczną, żeby miał jak dzwonić do domu. - No i dzwonił, rozmawiał ze mną – mówi. Po 10

dniach leczenia wrócił do domu. - Może gdyby był tam skierowany na siłę, przez sąd albo

policję, to by dłużej go trzymali, a tak przetrwał najgorszy okres i wysłali go domu. Miał

się tylko zgłaszać do lekarza na kontrole. Pić mu nie było wolno, bo był na lekach –

tłumaczy jego ojciec Zbigniew Henryk (używa dwóch imion – red.).

4 sierpnia Na leczenie Przemek trafił w lipcu. Jak wrócił do domu, lipiec się kończył. Nie pamiętają

dnia jego powrotu. Pamiętają za to, że w czwartek załatwił sobie pracę. W piątek odwiedził

mamę w pracy. W poniedziałek miał się do pracy zgłosić. Miał pracować na budowie, przy

stawianiu nowych bloków na ul. Chopina. W sobotę, 4 sierpnia 2001 roku wyszedł z domu i od

pięciu lat nie kontaktuje się z rodziną. - Jak w każdą sobotę, wstaliśmy po godz. 6. i

mówię: idziemy na rynek. No bo w sobotę się na rynek chodzi. Mówię do Przemka, ty zostań

odpocznij sobie, bo w poniedziałek do pracy idziesz. Chleba trochę było, to mu mówię: zjedz

kanapki, a jak wrócimy z rynku, to zjesz porządne śniadanie – opowiada Małgorzata. -

Wróciliśmy, a jego nie ma. Od tej pory 4 sierpień to najtrudniejszy dzień w ich życiu. Gdyby

mogli wymazaliby go z kalendarzy, po 3. zaraz byłby 5 sierpnia.

Może... Na początku myśleli, że może Przemek wyszedł z psem – Psotką. Ale pies był w domu. No to

może do kolegów poszedł. No ale, odkąd przestał pić, kolegów nie miał. Może poszedł na

spacer. Czekali, czekali i czekali... Minął dzień. - W niedzielę lało strasznie.

Denerwowałam się, że nie przychodzi, że zmoknie, przeziębi się. I obiad czekał na stole –

opowiada matka. Czas jakby się rozciągał. Minuta stawała się coraz dłuższa. Godziny wlekły

się niemiłosiernie. Wszystko jakby stawało w miejscu. Oni ruszali się coraz wolniej i

wolniej... Wydeptali ścieżkę od okna, do okna. W końcu czas się dla nich zatrzymał. Stali

przy oknie całą noc, dzień. I w końcu jakby ziemia się im usunęła spod nóg, świat runął,

dotarło do nich, że trzeba coś robić, że trzeba go gdzieś szukać, iść gdzieś. Minęły cztery

dni, a jego wciąż nie było. - Od razu pojawiły się najgorsze z możliwych myśli. Coś musiało

się mu stać. Może te łaziory, pijacy dopadli go i zabili – mówi ojciec. 8 sierpnia poszli na policję. - Nie chcieli nam przyjąć zgłoszenia, bo Przemek jest dorosły.

Śmiali się, że może zabalował u dziewczyny. Zrobiłem im awanturę, wtedy mnie odesłali pod 47

– dodaje Zbigniew.

Ból To co się później działo, nie jest do opisania słowami. Nerwy, nerwy, nerwy i strach.

Wszystkie mięśnie napinają się ze strachu. To tak jakby człowiek zbliżał rękę do ognia, wie,

że się poparzy i całe ciało czeka na uderzenie tego bólu. Tak było też z nimi. Byli jednym

chodzącym nerwem, który czeka na tę złą wiadomość. Nigdy wcześniej nie myśleli, że słowa,

nawet dźwięk dzwonka może być taką samą bronią jak nóż. Zadawać ból, ranić, zabić. - Każdy

dzwonek do drzwi, był jak uderzenie. Jak ktoś zapomniał kluczy i dzwonił do domu, zrywaliśmy

się na równe nogi. Noc…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%