Wojna · 11 min czytania
Nagi chrześcijanin
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nagi chrześcijanin
28 maja 2042 roku- rząd niemiecki wnosi pozwy o odszkodowania za utracone ziemie podczas II wojny światowej. Po roku sprawa zostaje rozstrzygnięta na korzyść Niemców. Nieuniknione są coraz liczniejsze starcia pomiędzy zdesperowaną ludnością polską a przedstawicielami grupy rosnącej we władzę- NaziJetzt. Dochodzi do rzezi nieskorumpowanych polityków. Świat wstrzymuje na chwile oddech, aby przypatrzyć się małemu państewku miotającemu się w agonii. Karpaty chłoną patriotyczną krew, Wisła jest lepka i purpurowa. Stoimy w Koloseum życia. Nadzy i obdarci z godności jak chrześcijanie otoczeni przez drapieżniki. Znikąd pomocy. Tylko wiwaty, przekleństwa i pierwotne instynkty lśniące w nabrzmiałych krwią oczach. Znów zostaliśmy sami. Jednak nasza wola walki nigdy nie skona. Podnosimy się z klęczek, aby dobyć kamień i iść nieugiętym krokiem w kierunku zwierzyny.
Kiosk nie był wyjątkowo okazałym budynkiem. Przydałaby się nowa farba, a krata razi rdzą w wielu miejscach. Był on jednak najbliżej domu Jeana i wystarczył do kupienia dziennika. Rzucił okiem na kilka najbliższych tytułów .Jak zwykle- „Przyjaźń niemiecko- francuska rośnie”, „Panowie na front oczyścić Europę!!!”, ?Mord! 20 żołnierzy wybitych przez polskich rebeliantów” i Inne w podobnym tonie pisane. Jego „Europe” miał wielki napis „Szczury” i fotografie małych Polaków próbujących przejść przez granicę Czach Niemieckich Ktoś musi w końcu położyć kres temu bestialstwu. Te SZCZURY zabijają ludzi- pomyślał Jean uderzając miarowo obcasami o bruk. Szedł w kierunku swojego apartamentu przy Rue 5.
- Michał! Mama cię woła- mały podniósł wzrok znad swego arcydzieła- stożka błota przyozdobionego kawałkami starych cegłówek. .Popatrzył w kierunku dziewczynki o wyjątkowo piegowatej buzi. - Daj mi spokój dziewczyno, pracuję- powiedział, nasadzając łuskę po naboju na szczycie. Podniósł się jednak szybko i pobiegł w kierunku szałasu o nieokreślonym kształcie na końcu osady. Wbiegł do środka i z niewinnym uśmiechem usiadł na prowizorycznym taborecie. Teresa odwróciła się szybko i spojrzała w jego niezwykle błękitne oczy otoczone umorusaną buźką. - Ile razy mama ci mówiła. Nie wolno oddalać się…. - Dalej niż na odległość osady i bez opieki dorosłego- odparł znudzony chłopak. Teresa kucnęła obok niego i wtuliła jego twarz w piersi. - Mamo, czy my kiedyś będziemy wolni? Bez obawy o głupie miny i żołnierzy? Teresa odetchnęła głęboko i zaczęła snuć wątłe nici historii tak nieprawdopodobnej w ich osowiałej chacie. Mówiła o wszystkim, co ich czeka po wojnie. O malowaniu kredą na ścianie garażu, o żółtym pajacyku wiszącym nad akwarium, o kolorowych cukierkach i o niedzielach razem, z gotowanymi jajkami, parówkami i prawdziwą herbatą. Mały zasnął na jej kolanach. Teresa rozmarzyła się. Może naprawdę jest to osiągalne? Oby doczekać końca wojny…
- Nie mamo, już podjąłem decyzje! Jestem dorosły i mam prawo decydować o własnym losie- jego cienkie wąsy drgały z gniewu- Zrozum, nic mi się nie stanie a jest to, jak wiesz, walka w wyjątkowo szczytnym celu. Ktoś musi pokazać prawdziwe miejsce tym szczurom- poczerwieniałą twarz skierował na fotografie dzieci z gazety. Pomimo gniewu czuł zadowolenie. Zaczął ponownie- Nie chcę się z mamą kłócić. Muszę tak postąpić. Naród nawołuje mnie do WYPLEWIENIA … - DOŚĆ!- jej krzyk rozciął potok jego słów jak naostrzony nóż rozgotowaną jagnięcinę - Dosyć- powiedziała już łagodniej. Nikt nigdy nie słyszał pani Rouge krzyczącej, toteż Jean siedział oniemiały patrząc na mamę jak na egzotycznego ptaka- Teraz ty mnie posłuchaj. Nie wierz prasie, telewizji, nikomu. Choć trwa nagonka na Polaków, musze ci coś opowiedzieć. Czasy mojej młodości kojarzą mi się z zapachem miodu skapującego z razowego chleba, małym jagniątkiem urodzonym w stodole i najpiękniejszymi zachodami słońca, przypominającego połówkę jabłka, polskiego jabłka. I oczywiście on… Twój świętej pamięci tato nie nazywa się jak ci mówiłam Romuald Rouge lecz Roman Czerwiński. Jesteś synem Polaka… Jesteś tym, co tak namiętnie tępiłeś. Teraz przyszedł czas spłaty długu- jej ton nabrał stanowczości- Pojedziesz na front ratować polaków. Słyszysz? Jesteś znanym, szanowanym lekarzem z wieloma przyjaciółmi, uda ci się ocalić wiele istnień Bożych. Zrób to, po co stworzył cię Pan- podeszła i przytuliła Jeana jak za dawnych lat, a on rozpłakał się jak najmniejsze z dzieci. Wiedział już, jakiego wyboru dokona, co wcale nie napawało go optymizmem.
Mróz, przerażający mróz, a on po kolana w lepkim, nadrzecznym błocie. Przykucnął, nogi mu zdrętwiały. Uspokoił się szybko. Usłyszał ciche kroki i udał głos niezidentyfikowanego ptaka. Odpowiedział mu aminowy świergot. Wiedział już, że są to ludzie, na których czekał. Była to grupka około dziesięcioosobowa. Szli w milczeniu dalsze 10 kilometrów po czym dotarli na opuszczony poligon. Stał już tam odpalony śmigłowiec. - Jeszcze raz się spóźnisz a przysięgam, ze odlatuję bez ciebie- wysapał otyły pilot zdezelowanej maszyny - Spójrz Misza na tych ludzi. Wolisz, aby zgnili anonimowo w jakimś rowi,e…