Fantasy · 7 min czytania
Naiwna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Monotonny szum liści wprawia mnie w znużenie. Bułany wałach stąpa powoli. Miarowe kołysanie sprawia, że moje zmęczenie staje się prawie nie do odparcia, a powieki jakby same się zamykają. Zbliża się południe, słońce praży z góry, a drzewa jakby złośliwie nie chcą rosnąc w pobliżu leśnej drogi. Czuję się jak karaluch na środku patelni. Cały świat zdaje się tonąc w gorącu ,a czas wlecze się niby tężejąca smoła. Wstrzymuję na chwilę konia i staję w strzemionach. Gdzieś przede mną w rozedrganym powietrzu dostrzegam ledwo widzialny zarys powozu. Obok niego powoli człapią konie moich przyjaciół. Podróżujemy już od trzech dni, w stałym doprowadzającym mnie do szału tempie. Gdybyśmy tylko mogli rzuci ć w diabły ten powóz, wsadzić tych uciążliwych urzędasów, z ich Zarahnem na czele, na konie i chociażby kłusem poruszać się przez ten potworny, niekończący się las. Wzdycham i znów siadam w siodle. Bardzo ważna misja. Bardzo uciążliwa misja. To byłoby dobre określenie. Zamykam oczy i staram się usłyszeć okolicę, lecz do moich uszu nie dobiegają żadne dźwięki. Ptaki umilkły zmęczone żarem zalewającym las od ponad tygodnia, wiatr znów ucichł, nawet świerszcze zaprzestały nużącego cykania. Otacza mnie cisza. Otwieram oczy i popędzam wałacha do ruchu. Piasek pod kopytami chrzęści wywołując u mnie mdłości. Ważna misja.
A jednak, chyba najważniejsza w moim życiu. Tamtym życiu.
Zawsze marzyłam o tym, że gdy opuszczę wreszcie Sakhne moje życie pełne będzie przygód. Potem, kiedy już udało mi się to osiągnąć, wierzyłam, że kiedy wreszcie zostanę Łowcą będę dostawać niebezpieczne zadania, a od moich decyzji zależeć będzie czyjeś życie. Jednak zamiast tego od prawie roku nieustannie zajmowałam się tropieniem niewielkich band goblinów, które mogły by zagrażać rzadko uczęszczanym traktom lub eskortą dostojników, których nikt nie znał.
Tak bardzo chciałabym do tego wrócić. Chociaż… teraz to już nie wydaje się takie oczywiste.
Gdy do mych uszu dociera brzęk cięciwy kuszy jest już za późno. Spłoszony bułanek staje dęba zrzucając mnie ze swego grzbietu. Spotkanie z twardym gruntem wybudza mnie gwałtownie z letargu w jaki zapadłam. Na ziemię wysypują się spakowane do juków przedmioty. Ubrania, drobiazgi bez których nie umiem się obejść. Wszystko upada w piach. Nauczona wieloma treningami nie pozwalam sobie nawet na chwilę bez ruchu. Bezruch to stan typowy tylko dla trupów. Tak mówią. A ja już widywałam różne trupy. Niektóre nawet dość ruchliwe. Zrywam się z ziemi unikając wystrzelonych z krzaków dwóch kolejnych bełtów. Właściwie to miałam po prostu szczęście. Zza paska wyciągam nóż i rzucam nim w kierunku z którego pojawiły się pociski, lecz zamiast spodziewanego odgłosu zaskoczenia dociera do mnie jedynie głuchy dźwięk ostrza wbijającego się w drzewo. Pułapka? Nieco spóźniona. Przed sobą na ziemi dostrzegam cień człowieka. Na poprawny unik jest już za późno. Świat, drzewa, krzaki, niebo, wszystko to zawirowało mi przed oczami gdy ratowałam się przed utratą głowy desperackim przewrotem. Kwik konia. Krew wsiąkająca w piasek. Mdlący chrzęst.Boli. Niezadowolone warknięcie napastnika. I strach. To co jeszcze moment temu było