Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 12 min czytania

Najbardziej niezwykłe stworzenie Chorasanu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dostałem zlecenie, które potraktowałem jako punkt honoru: odnaleźć najbardziej niezwykłe stworzenie w Chorasanie. Inni adepci sztuk magicznych rozpełzli się jak robactwo po wzgórzach i krzakach opasujących naszą krainę, ja natomiast udałem się do centrum miasta. Zapytacie pewnie, dlaczego? A tak sobie, z lenistwa. Po co mam odkrywać dawno odkryte? Wystarczy spytać u źródła… Szkoda tylko, że magiczna kula nie wchodziła w rachubę, bo sieć czasoprzestrzenna to prawdziwa skarbnica wiedzy, ale tylko sprawdzonej. Natomiast przyroda Chorasanu była jeszcze niesklasyfikowana, choć bogato opisywana w literaturze ezoterycznej. Dochodziłem już do ciemnej bramy starej kamienicy czynszowej niedaleko dworca głównego ChLD (Chorasańskie Loty Dywanami – przyp. red.), gdy nagle usłyszałem za sobą skrzek: - Wesprzyj biedaka, szlachetny panie. Już się zamachnąłem moim służbowym kosturem, gdy kątem oka spostrzegłem, że pytający był o trzy głowy wyższy ode mnie. Odwróciłem się i zdębiałem. Przede mną stał smok, ale w tym nie było nic nadzwyczajnego, natomiast ten wyróżniał się tym, że był mikrej postury, miał szaro-ziemistą cerę i w ogóle był jakiś taki … wyskubany i nastroszony. Hmmmm. Chyba mi brakło słów…. - Szlachetny panie, mistrzuniu o wielki – ciągnął smok. – Poratuj trojakiem na łyczek „napalmu”… W życiu nie widziałem takiego smoczego mizeraka, toteż rozbawiony sytuacją postanowiłem udawać zafrasowanego. - Taaak? A cóż to trapi twoje błoniaste skrzydła, przyjacielu? – postarałem się nawet o uśmiech. - Ach, panie czarowny, mistrzuniu mój jedyny! – biadolił smok. – W gardle susza, a jak susza, to nijak ogniem ziać nie można! - I to jest takie straszne? - Och, panie czarodziejski, dla smoka to prawdziwa tragedia! – smok stał przede mną przygarbiony i co chwile nieśmiało drapał się – rzekłbym – po jajkach. - Rozumiem – ciągnąłem dalej rozbawiony – że butelka „Napalm Beer” poprawiłaby ci humor? - Ależ mistrzu! – podskoczył smok. – Twoja hojność będzie wychwalana aż po wieczór! Pomyślałem, że chyba był w tym palec Opatrzności, bo pół pacierza przed przybyciem pod kamienicę znalazłem na ulicy srebrnego grennara. - Naści całego grennara! Starczy na cztery butelki! – smok pochwycił zręcznie niedużą monetę i bijąc pokłony pognał do osiedlowego marketu sieci „Trylobit”. - Dzięki ci, o czarowny, panie, mistrzuniu! – dobiegło mnie z oddali. Po zadziwiająco wyraźnym efekcie Dopplera, byłem pewien, że smok gnał do sklepu ze wszystkich znanych (i nieznanych) sobie tylko sił. Z uśmiechem wstąpiłem w przytulny mrok bramy, by po dwóch piętrach zmagań ze stromymi, sekwojowymi schodami stanąć pod drzwiami z wyraźną wizytówką:

E. LIKSIR profesor egzobiolgii i paleontologii autorytet zjawisk paranienormalnych

Zastukałem kołatką w kształcie kwiatu paproci, by po chwili ściskać rękę pulchniutkiego, starszego człowieczka z rozwianą siwą grzywą. - Profesorze – wymownie spojrzałem na jego sterczące włosy. – Wybuch w laboratorium? - Nieee…. – uśmiechnął się naukowiec. – Golarka mi wpadła do umywalki i odruchowo chciałem ją wyciągnąć. - Wstrząsające przeżycie, prawda? – mrugnąłem okiem i zrzuciłem trzewiki. Weszliśmy do pokoju, albo czegoś, co powinno być pokojem. Zresztą całe mieszkanie profesora od dwudziestu lat było zawalone próbkami, preparatami i innego tego typu truchłami, więc nawet stara Strzyga Mabel, która była u profesora gosposią, nie ruszała niczego, co leżało na talerzu w kuchni. Doskonale ją rozumiałem – zbyt łatwo było się pomylić. - Co cię sprowadza w okresie letniej kanikuły, chłopcze? – profesor ciężko klapnął w nadpruty zębem czasu fotel. Cóż było robić, klapnąłem bez zaproszenia i ja. - Mistrz zadał zadanie: znaleźć najdziwniejsze stworzenie Chorasanu. - He, osobliwe! – roześmiał się profesor. – Wszystkie są na swój sposób osobliwe. Obojętne chyba, czy opiszesz Powój McConrada, roślinę mięsożerną, która jest w stanie przetrawić dorosłego jednorożca, czy Zwidka Pospolitego, jaszczurkę – telepatę, czy Smoka Sylfijskiego… - Smoka Syfo… co? - Smok Sylfijski, albo, jak kto woli, Smok Niemy. – uczony był w swoim żywiole. – Jest dużo mniejszy od pozostałych gatunków, ma barwę szarą, dzięki temu prawie niewidoczna jest jego łuska. Inne smoki mówią o nich „nasi mniejsi bracia”. Nie są zbyt rozmowne, stąd też ich druga nazwa; co charakterystyczne – większość osobników posiada szczątkowe owłosienie tu i ówdzie… - Aha! – coś zaczęło mi świtać. – I lubią „Napalm Beer”. - Ha! – dłonie profesora pacnęły o poręcze fotela. – Bazyli! Spotkałeś mojego sąsiada? - Przysiągłbym, że wcale nie był aż takim milczkiem, jak pan go opisał… - Eeee! Ten to gaduła. Mieszka u nas w oficynie. – tym razem profesor mrugnął do mnie porozumiewawczo. – Chyba nie dałeś mu się naciąć na trojaka? - Na trojaka? Nie! – odparłem ni to oburzony, choć było to zgodne z prawdą. Smok mnie naciął na grennara. - Widzisz – uczony wstał z fotela i ze zręcznością lekkoatlety przeskoczył stertę starych ksiąg przyrodniczych. – Bazyli jest odpowiedzią na twoje problemy. - Przecież to pijaczyna….! - Och, od razu pijaczyna! – nadął się mój rozmówca. – Jego problem to coś więcej niż zwykły problem alkoholowy. - ??? - Jakbyś się czuł nie mogąc się wysrać od dwóch księżyców? I to jest odpowiedź na twoje zadanie… To rzekłszy, staruszek zniknął w (chyba) kuchni. - Mam opisać Smoka Syfilitycznego? - Sylfijskiego! – dobiegło mnie z kuchni. Byłem już pewien po dźwięku szklanek. – Nie. Po chwili pojawił się profesor z dwoma szklankami musztardówkami wypełnionymi bezbarwnym, lekko mętnym płynem oraz kuwetą wypełnioną szarozieloną wodą z wystającym zeń obłym, ciemnozielonym kształtem. Cały ten zestaw wylądował na stole. Gdy staruszek podsuwał sobie fotel, dyskretnie nachyliłem się nad jedną ze szklanek i powąchałem zawartość. Tak jak myślałem – stare akademickie przyzwyczajenia pozostały. Na uniwersytecie naukowcy – i studenci czasami też – pili ze wszystkiego, na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%