Akcja · 5 min czytania
Najemca śmierci (Rozdział 1)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Najemca śmierci Rozdział 1
. Sam nie wiem dlaczego postanowiłem, opowiedzieć wam moją historię. Nazywam się Charles Garton, znajomi mówią na mnie Jes. Przez całe życie jeżdżę po świecie, od Ameryki, po Izrael a z Izraela do Rosji, z Rosji zaś do Afryki, i tak upływa mi czas. Nie myślcie, że podróżuję tak bez potrzeby, albo dla rekreacji. Urodziłem się w Wenecji. Jako młody człowiek żyło mi się dobrze z ojcem i matką. Nie wyróżniałem się z pośród tłumu. Teraz zresztą też, no ale zmusza mnie do tego moja praca. Nie mogę być rozpoznawalny. Pytacie jak znalazłem się tutaj, w Ameryce? Cóż to skomplikowane, ale w 1996 byłem zmuszony sam o siebie zadbać. Rodzice zginęli w drastycznym wypadku samolotowym, a mówią, że linie lotnicze to najbezpieczniejszy transport, jednak i tam zdarzają się terroryści. Z doświadczenia wiem, że to oni rządzą światem, ale nie myślcie sobie o jakichś światowych spiskach, po prostu zasada jest jedna „silniejszy wyrywa”, oni mają do tego broń więc na zwycięstwo są skazani. Jak wcześniej wspomniałem mój zawód wymaga dyskrecji. Pytacie czym dokładnie się zajmuję? Dobrze odpowiem wam, teraz to i tak bez znaczenia. . Po wyemigrowaniu do Ameryki osiedliłem się w starej i zaniedbanej dzielnicy, na obrzeżach Nowego Jorku. Co dzień słychać było o jakichś morderstwach czy rozbojach. Zaciągnąłem długi, kupiłem mieszkanie, i znowu zaciągnąłem długi. Żeby jakoś je spłacić w międzyczasie sprzedawałem ubezpieczenia, a potem otworzyłem własny bar na Gordon Street. Klientela była nie mała, zwłaszcza że to jedyny bar w okolicy. Po zaledwie kilku miesiącach pojawiła się konkurencja, sami wiecie jak to jest. W takich zapomnianych i brudnych dzielnicach, aż roi się od przestępców. Konkurencja wynajmowała ich i napuszczała na mnie, a że nie płaciłem podatków nie wytoczyłem im sprawy. Pierwszy atak udało mi się przypuścić, drugi nie był już taki ciekawy. Tego dnia weszło ich dwóch. Nie wyglądali jednak na bandytów, bardziej na biznesmenów. W czarnych garniturach, podeszli do lady. Standardowo zapytałem co podać. To było chyba kiepskie zachowanie z mojej strony bo jeden z nich tylko się uśmiechnął i przystawił mi pistolet do głowy, a potem kazał wyjść z baru. Incydent miał miejsce późno w nocy pół godziny przed zamknięciem więc klienci już poszli. Serce biło mi jak oszalałe, ale nie miałem wyjścia i robiłem to co mi kazali. Opuściliśmy bar, drugi człowiek złapał mnie za kark i wepchnął do jakiejś…