Akcja · 1 godz. 16 min czytania
Najemnik z bezkresnych stepów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Przekroczyłem próg karczmy „Pod Złotym Kilofem”.
Przybytek ów przystosowany był do częstych odwiedzin krasnoludów po pracy, w celu wypicia paru kufli piwa z kumplami. Niczym nie wyróżniał się od innych tego typu miejsc. Ewentualnie może tym, że częściej bywały tu tłuczone naczynia w różnorodnych sprzeczkach, oraz częściej wynoszono powalonych krasnali na rękach. Cóż… Każdy lokal ma swój urok.
Kilku aktualnych klientów siedzących przy barze na stołkach spojrzało się podejrzliwie na mnie. Przywlekli ze sobą ochraniacze i przenośne młoty pneumatyczne; na bank górnicy. W sumie nie zdziwiła mnie ich reakcja; w końcu kto normalny w tym mieście chodzi z załadowanym karabinem na plecach?
Uchyliłem im ronda mojego zamszowego, zakurzonego kapelusza na powitanie. Nie odpowiedzieli, ba, patrzyli się na mnie tym uważniej. Przeszedłem wolnym krokiem pod ladę stukając obcasami moich skórzanych kozaków. Zdjąłem płaszcz, karabin i powiesiłem je na najbliższym haku na ubrania pod ladą tak, aby mieć oboje pod ręką.
- Co podać? – burknął niski barman przecierając szmatą jeden z kufli.
- Piwo – odburknąłem ściągając rękawice i rzucając je na ladę. Sięgnąłem do przybornika po sakiewkę. Wyjąłem z niej srebrną monetę i rzuciłem ją barmanowi. On na to podszedł do kranika z piwem, zalał kufel do pełna ciemnym mocnym trunkiem, po czym dosypał szczyptę jakiegoś czarnego, suszonego ziela do środka. Postawił tak przygotowany alkohol przed moim nosem, i oddał resztę w kilkunastu miedziakach. Pieniądze zadzwoniły o blat przyciągając wzrok krasnoludów. Złapałem za półlitrowy kufel, po czym zacząłem pić.
Trzy krasnoludy widząc, co wyczyniam, wytrzeszczyły oczy ze zdumienia spod swych krzaczastych brwi. Barman także nie ukrywał zdziwienia, bo aż na chwilę przestał polerować swoje kufle. A piwo szybko znikało z naczynia w mojej ręce.
Trzasnąłem pustym kuflem o blat. Zabrałem swoją resztę do przybornika, po czym zamknąłem go. Oparłem łokcie o ladę i wpatrzyłem się w radio na półce z widocznym wewnątrz kryształem który pulsował niebieskim blaskiem.
- Można włączyć? – zapytałem wskazując na odbiornik. Krasnoludy na to skrzywiły się i gniewnie na mnie spojrzały.
- Niestety, radio wyzionęło ducha. – odparł pospiesznie barman, gładząc swoją brodę w zakłopotaniu. Towarzysze przy ladzie zaraz się rozchmurzyli – Z resztą, tutaj się radia nie słucha.
- Lubicie ciszę, tak? – zapytałem ze spokojem.
- Nie, nie lubimy – warknął jeden z krasnoludów spojrzawszy się na mnie. Znów towarzystwo spojrzało się na mnie z dezaprobatą – Tylko nie zamierzamy słuchać bredni nadawanych przez lokalną stacje radiową. Cały czas apelują, aby nas wykopać z mieszkań i domów, ponieważ co chwilę się słyszy o jakichś urojonych burdach i bijatykach w co drugim lokalu i dzikich, pijańskich orgiach. A to nie prawda, my porządni i kulturalni obywatele, nie jakaś pieprzona hołota!
- Czyli zaprzeczacie, iż wasi pobratymcy i współbiesiadnicy wczoraj byli wynoszeni stąd na rękach z poobijanymi od naczyń i pięści gębami, tak?
Spojrzałem się badawczo na jegomościa. Mój wywód nie spodobał się ani trochę trójce krasnali przy ladzie, na co zareagowali wyciągnięciem z kabur przy pasie rewolwerów.
- A coś ci nie pasuje, żołnierzyku? – zapytał pociągając za cyngiel broni. Usłyszałem szczęk poruszającego się bębna wypełnionego amunicją – Jeżeli masz ochotę pierdolić bez najmniejszego sensu, idź do innej karczmy.
- Proszę, odłóżcie broń, bo nie ma powodu wszczynać burdy, nie? – zapytałem uśmiechając się. Jednocześnie moja ręka opadła pod blat, gotowa schwycić za karabin. Barman, aby nie pogorszyć sytuacji, przestał na chwilę szorować kufel i zamarł w bezruchu – Tylko się zapytałem, nie chciałem was urazić.
Jegomoście siedzący obok mnie mierzyli mnie wzrokiem. Niepewna cisza wydłużała się. Położyłem swoje ręce z powrotem na blat i zacząłem się bawić moimi rękawicami. Widząc co wyczyniam cała trójka powoli zaczęła rozluźniać napięte mięśnie. Kompani uspokoili się nieco i schowali broń z powrotem do kabur. Chwilę później przestali zwracać na mnie większą uwagę.
Nie mając nic ciekawszego do roboty, siedziałem na stołku i słuchałem. Przez pierwsze 15 minut nie było praktycznie czego słuchać, ponieważ trójka krasnoludów obok nie chciała o niczym rozmawiać. Słychać było tylko monotonne szorowanie kufli starą szmatą przez barmana. W oddali słychać było pracę maszyn parowych i energetycznych na terenie kopalni, które nieustannie wywoziły, przetapiały, segregowały i ładowały na sterowce urobek.
Ów impas przerwało wejście porannej zmiany górników do karczmy. Lokal został wypełniony krępymi, skurzonymi i brudnymi krasnoludami niosącymi swój prywatny sprzęt oraz dzienne wypłaty. Gwar oraz głośne wrzaski niosły się po całym miasteczku, zalanym wprost przez kopaczy i pracowników z okolicznej kopalni. Cudowną sprawą było przysłuchiwanie się ich rozmowom; zawsze można było czegoś się dowiedzieć.
- Henryk, ja ci nie pierdolę, jakem krasnolud z Północnych Rubieży! – wołał jeden podchmielony do krewniaka, nie mniej spitego – Ta poczwara miała ze 4 ogony, dwanaście nóg i wielki łeb, całkiem jak ta twoja bania! Musiałem się solidnie wysilić, by go w ringu na rękę pokonać. Na szczęście… hyp! Na szczęście był wtedy poniedziałek, to jeszcze umysł miałem w miarę jasny, no wiesz… Chmiel to boski dopalacz, a wiesz, że w niedzielę to go nigdy nie skąpię… hyp!
- Stary, on był taki. Jaj z was nie robię, taki jak ta pięść! – wrzeszczał w uniesieniu inny machając przed nosem jednego ze swoich kolegów swoją zaciśniętą prawicą – Jak go odłupałem ze skały, to myślałem że się zesram, stary! Dostałem za niego taką premię, że od weekendu do środy nie wyłaziłem z karczmy, taka była libacja! Normalnie traf mojego życia!
- Ja znalazłem większy. – odparł na wrzaski krasnoluda inny – Miał ze 40 kilo, odłupywałem go przez 3 godziny pneumatką, taką miał twardą skorupę skurczybyk! Też dostałem wtedy premię. Ale nie wylałem całej forsy w piwo, panowie, o nie! Patrzcie, jakiego skubańca w jubilerskim załatwiłem! – rzekł podnosząc wargę i pokazując platynowy ząb. Inni tylko gwizdnęli z podziwu.
- Wiesz Wacek, za młodu w Zielonych Zdrojach zaliczyłem trzy. – gadał inny krasnolud z siwą brodą do młodszego kompana, wyraźnie zaciekawionego – Dwie były dzikie jak pantery łażące po naszych starych wzgórzach; drapieżne, zabójcze, a miłe w dotyku. Ale to nic! Jedna zaprawdę była gryfem wcielonym; bestia o urodzie syreny! Nie Wacek, nie, dziś już takich nie zaliczysz, bo i nie ma takich dla nas. Zielone już na nas tak przychylnie nie patrzą, jak to było kiedyś… A bo wszystko kiedyś było prostsze, a nie to, co teraz…
- Buźka, żebym ja ci zdołał to wytłumaczyć… - zaczął jeden z krasnoludów przy stole obok, wyraźnie czystszy od kompana przy nim obecnego – Wsiadłem jak zwykle na ładowarkę, zamknąłem drzwi i włączyłem generatory. Jak zawsze chciałem podnieść widły na początek, by sprawdzić, czy złom działa. A tu naraz takie dup! – w tym momencie jego zaciśnięta, wielka prawica wylądowała na blacie, który zadudnił pod wpływem uderzenia – W kabinie zrobił się burdel, pełno dymu i pary, a maszyna wyzionęła ducha! Ja nie wiem, jak ci z warsztatów konserwatorskich mogli do tego dopuścić, ale rozjebało na pół cały cylinder napędowy z podnośnika, i cała hydraulika do wymiany. A poszło kurwa o jakąś chędożoną uszczelkę i zawór przy cylindrze, który nie był dokręcony. No wiesz, do komory wtłoczyło się zbyt duże ciśnienie, i całość poszła się jebać! Dobrze, że wina spadła na tych pieprzonych techników, a nie na mnie. Inaczej nie dostałbym całej wypłaty…
- I widzicie, kopnęłam mu w te tłuste dupsko i wyleciał z mordą za drzwi. I to jak! – wrzeszczała niska, barczysta kobieta z małą, kruczą bródką intensywnie gestykulując do swoich nie urodziwszych koleżanek – Ten jego krzywy ryj zatrzymał się dopiero na okolicznym końskim zadzie. A bodaj jeszcze by ta szkapa mu zasadziła takiego, żeby zarył w ziemię! Byłabym wtedy nawet zadowolona. Ale nie! Musiał gnój jeszcze wyć wniebogłosy i się odgrażać! Jak skurczybyka potraktowałam dubeltówką, to zaraz przestał z siebie pajaca robić i wziął tę swoją dupę w kroki. I od tamtego czasu mogę już ze Zdzichem.. no wiecie… - w tym momencie cała gromadka zachichotała.
- Wiesz co, już mam dosyć tego nachodzenia – burknął inny przy kuflu piwa do kompana, wyraźnie zmartwiony – Nie chcą mi dać spokoju. Niemalże cały czas widzę ich za rogiem, śledzą mnie, wysyłają listy z pogróżkami. Cały czas się odgrażają, żądają więcej forsy, choć już spłukali mnie do suchej nitki. Pamiętają, jak pomogłem Iwanowi, i się mszczą. Może wynajmę jakiegoś płatnego, co im kości porachuje, a moją skórę przy okazji uratuje…
Jegomość podniósł smętnie głowę. Zobaczył człowieka w ziemistym płaszczu, z kapeluszem na głowie i karabinem przewieszonym przez ramię. To byłem ja. I właśnie znalazłem klienta. Intuicyjnie kolega krasnoluda szybko się ulotnił.
Część 22 / 6
- Szukasz płatnego, tak? – zapytałem spoglądając na smutnego krasnoluda przy złotym, pszenicznym piwie.
- A co ci do tego? – odparł, upijając ponownie trunku z kufla.
- Mogę się dać nająć za niską cenę.
- Ile? – zapytał, poprawiając się na krześle. Jego ręka powędrowała do portmonetki.
- 20 srebrników, ale przyjmę zapłatę też w postaci towaru.
- Aż 20? – burknął – W życiu się nie wypłacę!
- A czy mówiłem, że teraz? – zapytałem z politowaniem – przyjmę zlecenie za 5, a 15 dasz mi po robocie, choćby w ratach przez kuriera. To co? Stoi?
- Jakie masz referencje? – zapytał mrużąc oczy.
- Zwą mnie w tych okolicach Hunem. To ci wystarczy?
Jegomość umilkł z wrażenia. Najwyraźniej o mnie już musiał słyszeć, bo zazwyczaj moja ksywka niewiele mówi osobom niedoinformowanym. Krasnolud przetarł oczy, spojrzał się jeszcze raz na mnie, zauważył specyficzną broń zawieszoną przez ramię, po czym odpowiedział.
- Ten Hun? Ten z obrzeży Bezkresnych Stepów?
- Tak ten – bąknąłem – Mój karabin może być dla twojej dyspozycji, o ile ci to stoi.
- A jakże? – zapytał krasnal zrywając się od stołu – Oczywiście, że stoi!
Podaliśmy sobie ręce. Nikt w karczmie na to nietypowe zachowanie nie zwrócił uwagi; najwyraźniej każdy był zajęty swoją gorzałką, kompanem czy kobietą. Było mi to bardzo na rękę. Krasnolud wyjął z portmonetki kilkadziesiąt miedziaków, mały kawałek papieru i ołówkiem naskrobał adres domu, gdzie miałbym przyjść. Całość zawinął w małą szmatkę i wręczył mi do ręki. Uśmiechnąłem się do niego, uchyliłem ronda kapelusza, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem.
Nie żebym lekceważył mojego nowego klienta, ale niezbyt przypadł mi do gustu klimat tego lokalu. Zbyt wiele hałasu, no i za dużo tu awanturników. Przesiadywanie w takich miejscach dłuższy czas jest zbyt ryzykowne; można łatwo zdobyć guza, o ile nie czegoś gorszego.
* * *
- Już pan nas opuszcza? – zapytał starszy, nieco otyły niziołek, będąc zawiedzony perspektywą niższej zapłaty niż zwykle – Mówił pan, że zabawi pan tutaj jeszcze jakiś tydzień…
- Tak, mówiłem – odpowiedziałem – Ale znalazłem nowego klienta, i ruszam w drogę. Po wykonaniu zlecenia znów przybędę.
- O ile jakieś licho pana prędzej nie ściągnie z tego świata… - rzekł zniżonym głosem odwracając się na prawo i lewo.
- Nawet jeżeli – odparłem z uśmiechem – musiałby to być jakiś rosły, doświadczony czart. Innych się nie boję.
Na te słowa biedny malec przeraził się, zachwiał na fotelu bujanym przy ladzie, po czym splunął na posadzkę. Ze zgrozą wykrzyknął:
- Jak pan może takie czarne rzeczy mówić! W świecie nie ma nic gorszego od diabłów, a pan tak lekkomyślnie o nich rozprawia!
Machnąłem ręką lekceważąc przestrogi zabobonnego malca. Na uspokojenie rzuciłem mu do rąk mały, biały woreczek. Na widok drobiazgu zaraz się rozpromienił. Natychmiast wyciągnął z kieszeni malutką fajkę z brązu.
- W końcu obiecywałem. – odpowiedziałem z uśmiechem, spoglądając na nieukrywaną radość właściciela hotelu. – Pamiętaj, że palenie tytoniu ciebie kiedyś zabije, przyjacielu – dodałem szczerząc zęby, podczas gdy hobbit nabijał swoją fajkę czerwonym zielem z owego woreczka. Ostatni raz zastukałem obcasami moich kozaków o posadzkę zacnego budynku, po czym wyszedłem za drzwi.
Hotel ten był trzypiętrowym budynkiem z osiemnastoma niewielkimi apartamentami do wynajęcia. Na szyldzie wisiała fajka z podpisem „U Wesołego Gawędziarza”. Jego właściciel, Terry, siedemdziesięcioletni niziołek, utrzymywał ten przybytek od kilkudziesięciu lat wraz ze swoją rodziną. Dziś już gardził nieuzasadnioną przemocą, ale przymykał na mnie oko ze względu na to, że jakieś dziesięć lat wstecz pomogłem mu rozprawić się z bandą rzezimieszków, którzy notorycznie napadali jego przybytek i grabili jego posiadłość ze wszystkiego, co się dało. Za tamte pamiętne zlecenie jestem w jego progu zawsze mile widziany. Z resztą, on też miał awanturniczą przeszłość – dzięki czemu tak łatwo ze sobą nawiązywaliśmy kontakt - o której jednak niewiele wspominał twierdząc, że „stare czasy już nie powrócą”.
Był późny wieczór. Szedłem główną aleją zakapturzony, w srebrnej masce tak, aby nie rozpoznał mnie nikt postronny. Na rękach i nogach błyszczały w blasku latarni elektrycznych moje nagolenniki i przedramienniki z licznymi wgłębieniami po uderzeniach od różnorodnej broni białej. Były wykonane z hartowanego srebra z licznymi domieszkami roboty krasnoludzkiej. Okna domów, obok których przechodziłem, były w większości już pozasłaniane; niemalże całe miasto ułożyło się do snu. Minąłem tylko jeden zagubiony automobil, podczas gdy w dzień można ich było ujrzeć tuziny. Na ramieniu wisiał mój karabin ze specjalnego stopu złota i kilku innych metali z wnętrza którego pulsowało jasnoniebieskie światło, a przy pasie przypięty był krótki miecz z wielu warstw stali. Odbiłem z głównej drogi w wąską alejkę, aby dojść pod podany adres. Mój marsz był szybki, ale cichy na tyle, że nikt nie zwracał na mnie większej uwagi.
Wtem usłyszałem jakieś wrzaski dochodzące przede mną.
Część 33 / 6
- Zostawcie mnie! – wył jakiś krasnolud basowym głosem – Dajcie mi wreszcie spokój! Dałem wam już wszystko, co chcieliście! A wy jeszcze tak się odpłacacie?!
- Nie trzeba było wpierdalać się w nie swoje sprawy, skurwysynu – warknął inny, już zniżonym głosem – Chciałeś kurwo nająć jakiegoś zabójcę, żeby nas sprzątnął, tak?!
Usłyszałem, jak kneblują krasnoluda, jak on nadal broni się. Jeden z napastników nagle wrzasnął, najwyraźniej uderzony przez ofiarę w akcie samoobrony. W tym samym momencie doszedł moich uszu strzał z obrzyna.
Ująłem swój karabin.
- Żyjesz Dare? – zapytał jeden z zakapturzonych napastników podchodząc do obolałego kolegi.
- Jakbym nie żył, to bym się kurwa nie darł, nie?! – jęknął zwijając się z bólu. Trzymał się kurczowo za brzuch, leżąc skulony na ziemi.
- To co? Wstajesz, czy nadal będziesz tak wyć jak baba? – zapytał chwytając go za rękę i podciągając do góry. Wtem, wszechobecną ciemność rozjaśnił jasnoniebieski, oślepiający pocisk, który z niesamowitą prędkością przeleciał przez wąską alejkę, przez mały dziedziniec gdzie rozegrał się mord i rozłupał czaszkę poturbowanego zbira na kawałki. Jego kompan z wrażenia aż podskoczył. Ciało trafionego bezwładnie upadło na ziemię.
- Nie znoszę takich tchórzy, którzy atakują w grupie uzbrojeni po zęby, do tego na jednego bezbronnego biedaka – warknąłem wychodząc z cienia i mierząc karabinem w osłupiałego bandytę. Lufa mojej broni nadal dymiła, a kryształ w magazynku świecił oślepiającym blaskiem.
- Wynajął cię, tak? – zapytał wyciągając z kabur obrzyny wyposażone w lunety celownicze.
- Nie, akurat tędy przechodziłem – odburknąłem mając na muszce jego głowę – Wtrąciłem swoje trzy grosze, bo za sam ryj powinieneś dostać 25 lat, wiesz?
- Znalazł się służbista – odpyskował uśmiechając się ironicznie – Czy ty masz tłuku pojęcie, z kim zadzierasz?!
- Z zarozumiałym kmiotem, który myśli, że jest kimś silniejszym niż na to wygląda. – odparłem bez większego zastanowienia – Prawdziwego zabójcy nie oszukasz, parszywcu!
- Bierzcie tego płatnego. – odparł nadal uśmiechając się bandyta. Wtem, za moimi plecami wyłonili się z cienia ludzie ubrani w czarne płaszcze. Było ich sześciu. Wszyscy byli uzbrojeni w parę zagiętych, srebrnych szabli. Na ich piersiach widniały małe emblematy ze srebra, wskazujące na to, że pochodzą z jakiegoś oddziału.
- Czyli tak się bawimy? – zapytałem ukradkiem oglądając wszystkich przeciwników, którzy szybko mnie okrążyli i odcięli od głównego wroga.
On na to nic nie odpowiedział. Schował obrzyny do kabur i odwrócił się na pięcie. Nowi przeciwnicy zaczęli się powoli zbliżać do mnie. Już odchodził, gdy kolejny świetlisty pocisk przebił na wylot jego lewą nogę. Upadł na ziemię z wrzaskiem.
Szóstka bandytów rzuciła się na mnie. Jednym przyciskiem na obudowie broni włączyłem mechanizm, który natychmiast schował składaną kolbę, celownik, i wysunął dwa ostrza wzdłuż całej lufy i obudowy broni. Złoty karabin w ten sposób stał się mieczem o złotej klindze po obu stronach, z wetkniętym krysztale o oślepiającym blasku oraz rdzeniu, stopniowo rozszerzającym się niemalże od czubka dwóch szpic klingi aż do rękojeści, pełniącej w karabinie uprzednio rolę podpórki na bark. Ruszyłem do ataku.
Jednym zamachem ściąłem głowę nieuważnemu bandycie. Miecz zrobił młyńca pozostawiając za sobą smugę światła oślepiającą przeciwnika w półmroku. Odbiłem kilka ciosów skierowanych we mnie. Mój miecz ponownie zawirował, i kolejnych dwóch zbirów upadło wrzeszcząc z bólu, gdy ciąłem ich w tułów. Pozostało trzech. Oni wyraźnie przestraszyli się mnie, bo zaczęli się odsuwać cały czas broniąc się przed moimi ciosami. Czułem się coraz pewniej. Ponownie zamachnąłem się i z całej siły uderzyłem mieczem szablę przeciwnika wytrącając mu ją z prawej ręki. Klinga mojej broni poszybowała w górę rozcinając jego twarz od szczęki po same czoło. Upadł bezwładnie na ziemię, w rosnącą kałużę krwi.
- Poddajcie się, bo nie macie szans! – zawołałem do przerażonych bandytów, odsuwających się teraz jak najdalej ode mnie – Chyba chcecie jeszcze trochę pożyć, co?
W tym momencie przeciwnicy rzucili się do ucieczki. Z wrażenia aż zapomnieli zabrać ze sobą rannego dowódcę, który chciał ich wołać, ale nie miał na to już siły. Znów wszystko ucichło.
Stwierdziłem, że był to wtedy dobry moment na rozmowę ze zbirem, który został porzucony przez resztę hołoty.
- Jak cię zwą? – zapytałem podchodząc do rannego bandyty, który starał podnieść się po strzale otrzymanym w nogę.
- Pierdol się! – odburknął starając się pozbierać. Złapał za jeden z obrzynów chcąc nadal się bronić. Nim zdążył go unieść w górę, bron wyleciała z jego ręki pod wpływem mojego kopniaka.
- Grzeczniej trochę! – warknąłem stojąc nad nim – Zabiłeś właśnie niewinnego krasnoluda, i usiłowałeś mnie zlikwidować. Gdybym chciał, już wąchałbyś kwiatki od spodu, gnoju. Tak więc, jak się nazywasz?
- Idź do diabła, chuju! – wrzasnął zbir odwracając głowę w moją stronę – Dobij mnie w końcu cioto, a nie zgrywaj bohatera!
Tak jak sobie życzył, moje ostrze przebiło na wylot jego czaszkę. Już mnie nie obchodziło, kim on był. Wiedziałem za to jedno; nie wykonałem do końca zlecenia. Muszę jeszcze dorwać tamtych dwóch pozostałych, którzy uciekli… Problemem też jest fakt, że mój zleceniodawca leżał w kałuży krwi z dziurą w czaszce o średnicy pięciu centymetrów.
Rozejrzałem się wkoło. Narobiłem sporego bałaganu; na dziedzińcu leżało łącznie siedem zmasakrowanych ciał w kilku kałużach krwi. A podobno miałem ich tylko wystraszyć…
Część 44 / 6
Podniosłem jedną z szabli mojego przeciwnika, oraz obrzyn martwego dowódcy. Zawinąłem je w czarną szmatę od jednego z zbirów i przywiązałem tak przygotowany pakunek do pasa. Może uda mi się czegoś więcej dowiedzieć o bandytach, których teraz spotkałem? Bo skąd można się dowiedzieć o nich całej prawdy, jak nie z oręża, którym władają?
Postanowiłem zajrzeć do mieszkania mojego zleceniodawcy. Miałem nadzieję znaleźć coś, co posłużyłoby za zapłatę.
Wpadłem do klatki kamienicy. Przebiegłem schodami kilka pięter, aż znalazłem się pod drzwiami mieszkania numer jedenaście. Wejście było otwarte. Wszedłem powoli do przedpokoju. Była tu szafa, która teraz bardziej przypominała stertę połamanych desek z rozrzuconymi ubraniami. Zajrzałem do salonu, a tam zastałem poprzewracane meble, złamany stół oraz jakąś młodą dziewczynę z czarnymi, długimi, lekko kręconymi włosami, przywiązaną za ręce i nogi do roztrzaskanego żyrandola. Oberwała kilka uderzeń w twarz – widząc jej sińce na policzkach i guz na czole. Była ubrana w koszule nocną, do tego ktoś zakneblował ją dużą ilością szmaty zawiązanej na rzemień. Wyglądała na omdloną.
Ujrzałem ostały jakimś przedziwnym cudem wazonik z wodą na małym stoliczku w rogu. Bez większego namysłu złapałem za niego, podszedłem do poturbowanej kobiety. Zatkałem jej nos dłonią, po czym wylałem na jej twarz zawartość naczynia. Zaraz się ocknęła. Na mój widok oczy wyszły jej na wierzch, spróbowała krzyczeć, ale knebel na to jej nie pozwolił.
- Tak wiem, niecodzienna sytuacja. – rzekłem do niej stawiając przewrócone krzesło na nogi. Usiadłem na nie, po czym kontynuowałem – Ty wisisz sobie na żyrandolu przywiązana w uwłaczający godności sposób, zakneblowana, w dodatku na wpół goła i obita. Wokół ciebie jest totalny burdel, widzisz na ziemi jakieś plamy krwi, a do tego jeszcze gada z tobą gość uzbrojony po zęby z maską na twarzy. Na domiar złego przybysz jest dosłownie skąpany we krwi, w ręce nadal dzierży okrwawioną, przerażającą broń i nie wiesz, skąd on u licha się tu wziął. Nic tylko płakać i wyć nad swoim losem.
Dziewczyna zaczęła się wyrywać i wierzgać związanymi rękami i nogami. Żyrandol zaczął się bujać i niebezpiecznie skrzypieć.
- Różnica w tym, że gdyby nie ja, to spotkałby cię o wiele gorszy los. – odpowiedziałem, obserwując, jak cienki łańcuch, na którym wisi kobieta z żyrandolem, zaczyna pękać – Tamci, którzy do ciebie wpadli, z pewnością nie pozostawiliby tak swojej zdobyczy. Mnie takie sprawy nie bawią, więc dlatego nadal z tobą spokojnie rozmawiam, obserwując, co ty wyczyniasz.
W tym momencie łańcuch pękł i dziewczyna z łoskotem spadła na złamany stół. Impetem uderzenia rozbiła go doszczętnie, a sama zawyła z bólu, gdy mosiężna kula przyczepiona do czubka żyrandolu uderzyła ją w brzuch.
- To co? Wyjmę ci knebel, i opowiesz mi wszystko, co tu się stało. – rzekłem spoglądając na nią, tym razem z góry. Nie wyglądała na kogoś, kto chciałby współpracować, ale wyjścia nie było.
Wyjąłem krótki miecz z pochwy. Dziewczyna na widok klingi zaczęła znów wyć i wyrywać się próbując wstać, ale ciężar na jej brzuchu oraz więzy zbyt mocno ją przygniatały. Złapałem rzemień, który mocował knebel do jej ust i wsunąłem ostrze przy policzku. Dziewczyna zamarła w bezruchu, dygocząc na całym ciele ze strachu. Pociągnąłem ostrze w swoją stronę, rozcinając knebel i wyjmując go z jej ust.
- Zostaw mnie, bierz co chcesz, zostaw, tylko puść mnie, nie rób mi nic, błagam! – piszczała w panice patrząc się z przerażeniem w moją stronę.
Ściągnąłem maskę z twarzy. Ona nadal wyła i błagała o życie, pomimo całych moich poprzednich wysiłków i monologu. Takiej histerii dawno nie widziałem. Nie zastanawiałem się długo; zdzieliłem ją w twarz przywracając do porządku.
- Co tu się stało? – zapytałem ponownie, tyle że odsuwając krzesło i siadając przed nią na ziemi.
- Oni… Znów przyszli. Grozili Gwidonowi, żądali więcej pieniędzy, ale on już nic nie miał. Byłam u niego, w sypialni, dał mi nocleg. Oni… oni mnie wyciągnęli. Broniłam się, ale było ich kilku. Uderzyli mnie kilka razy pałkami, rzucili o stół, związali, zakneblowali, i powiesili. Mówili, że mnie zabiorą jako zapłatę. Mówili, że niezły ze mnie towar. Gwidon nie chciał się zgodzić. Bronił mnie. Ale oni go pobili, i wywlekli. Chciałam uciec, ale na odchodnym jeden z nich uderzył mnie w głowę. Co z nim? Żyje? – wybełkotała dziewczyna z łzami w oczach.
- Co do Gwidona, czyli mojego zleceniodawcy… Nie żyje. Ta banda zbirów go zabiła. Odwinąłem się im, ale dwóch i tak uciekło.
Jej głowa opadła na ziemię. Nie mówiła nic, nawet jednego dźwięku nie wydała. Miała otwarte oczy, zalane łzami, spoglądające gdzieś w dal. Dość przykry widok. Nie przemyślałem do końca swoich słów; mogłem choć trochę się postarać, żeby nie powiedzieć jej tego wprost.
- Ktoś może nas zacząć szukać. – odpowiedziałem po dłuższej chwili ciszy – Radzę ci pójść ze mną. Zostaniesz przy mnie, aż nie odnajdę pozostałych dwóch morderców.
- I tak mnie znajdą… - pisnęła dziewczyna nadal będąc w głębokim szoku – Choćbym zapadła się pod ziemię, i tak mnie wyśledzą…
- To co masz do stracenia, żeby choć nie spróbować? – zapytałem. Złożyłem okrwawioną broń, i zawiesiłem ją na swoich plecach.
Spojrzała na mnie. Jej oczy, całe czerwone od łez, ukazywały obojętność wobec wszystkiego, co się z nią może stać. Wpatrywały się gdzieś w dal, w niewidoczny dla mnie punkt. Ciarki przeszły mnie po plecach, co mogłoby ją czekać, gdyby wpadła w ręce tych bandytów.
Moim krótkim mieczem odciąłem więzy krępujące ją od żyrandola. Na nadgarstkach i kostkach pozostały czerwone pręgi po sznurach, które ją trzymały. Ręce i nogi opadły jej bezwładnie na ziemię. Na koniec podniosłem żyrandol z jej brzucha, aby uwolnić ją od tego ciężaru.
- Muszę sprawdzić, czy nie masz jakichś poważniejszych ran. – rzekłem, ostrożnie podnosząc dziewczynę z ziemi. – W końcu nie chcę, żebyś kopnęła przypadkiem w kalendarz, gdy będziemy uciekać.
Przeniosłem ją do sypialni. Położyłem ją stole przed łóżkiem. Natychmiast zauważyłem niewielkie plamy krwi na koszuli nocnej nieopodal prawego obojczyka. Nie pytając jej o zdanie, jednym ruchem odsłoniłem to miejsce, gdzie spostrzegłem od razu ranę ciętą. Zdobyła ją pewnie gdy bandyci rzucili dziewczyną o stół; w końcu zastałem go złamanego wpół; niemożliwym byłoby aby nie odniosła żadnych ran po czymś takim.
Podarłem prześcieradło na pasy. Jednym z tak przygotowanych bandaży opatrzyłem jej ranę.
- Jeżeli zaboli, daj mi znać. – powiedziałem, gdy zacząłem sprawdzać stan jej tułowia. Na szczęście obyło się bez uszkodzeń narządów czy złamań. O dziwo była w względnie dobrej kondycji, nie licząc kilku pręg na plecach od uderzeń pałkami, guza na czole, sińców na policzkach i z prawej strony pępka po uderzeniu żyrandola. Na koniec sprawdziłem, czy z kończynami jest wszystko w porządku, po czym opatrzyłem drobne rany, które tylko dostrzegłem.
- Ubierz się. Nie mamy dużo czasu, by stąd uciec. – rzekłem do niej, rzucając kilka znalezionych ciuchów z jej garderoby.
Część 55 / 6
- Zostaw mnie. Już nie mam nikogo, równie dobrze mogę zejść z tego świata.
- Masz się ubrać. Musisz w końcu spełnić wolę swojego przyjaciela…
- Co obiecał ci Gwidon? – zapytała spoglądając na mnie.
- 15 srebrników po wykonaniu pracy. Dokończę zlecenie, a ty spłacisz ten dług w dłuższym bądź krótszym terminie. Załatwię ci jakąś pracę, a ty, jak już będziesz się czuła na siłach, oddasz mi te pieniądze. Taki układ pasowałby ci?
- A złapiesz tamtych dwóch pozostałych?
- Trochę będę musiał nad tym popracować, ale powinienem ich dorwać. – odpowiedziałem odruchowo sprawdzając, czy broń zdobyczna nadal wisi na moim pasie – Nie wyglądali na jakichś zawodowców, więc z pewnością zostawili dużo śladów.
- Znam ich. Są jak cienie; pojawiają się znikąd, a gdy próbujesz ich wytropić, wyparowują. Przyjaciel Gwidona kiedyś miał z nimi coś wspólnego; też go chcieli zabić. Udało im się to. Na nieszczęście sam Gwidon zobaczył całe to zdarzenie, tak więc i na nim się uwzięli. A teraz jego zabili. Kolejka przypada właśnie na mnie.
- Porozmawiamy, jak będziemy na miejscu. – odparłem ucinając jej monolog – Teraz ubieraj się, póki jeszcze nikt nas nie znalazł.
Dziewczyna posłusznie przebrała się, choć wciąż usilnie prosiła, abym dał sobie spokój z całym tym cyrkiem. Teraz na sobie miała niebieskie jeansy z wszytymi nakolannikami z brązu, tegoż samego materiału i koloru kamizelkę z doczepionymi naramiennikami, żółtą koszulę w kratę z rękawami podwiniętymi aż do przedramion, brązowy cylinder z naciągniętymi nań goglami przeciwdeszczowymi, rękawice sięgające od łokci do dłoni; w całości z brązowej skóry, oraz brązowe kozaki, nieco poobcierane i przybrudzone od ciągłego chodzenia. Swoje włosy spięła w jeden długi kucyk srebrną klamrą, nie mając czasu na ich układanie.
- Dobra, czas się stąd zmiatać. – rzekłem, gdy była już gotowa do wyjścia. Odpiąłem z pasa swój krótki mieczyk, po czym wręczyłem jej go.
- Nie chcę mieć broni.
- A poderżnięte gardło chcesz mieć, tak? – zapytałem z ironią – Bierz, nie wiadomo w końcu kogo spotkamy.
Pomimo oporów, dziewczyna przypięła broń dwoma paskami do prawego uda. Miałem nadzieję, że potrafi władać bronią białą, skoro była w stanie się opierać sześciu drabom przez krótki moment, pomimo swojej raczej drobnej budowy. Na odchodne założyłem z powrotem maskę.
Zbiegliśmy szybko po schodach, pozostawiając mieszkanie w ruinie. Współlokatorzy obserwowali zza kratek w drzwiach jak stawiamy każdy krok; założę się, że nic nie uszło ich uwadze. Wypadliśmy na zewnątrz budynku, na dziedziniec, gdzie stoczyła się krwawa jatka. Było już zupełnie ciemno.
- Nawet nie próbuj się oglądać, bo każda chwila dłużej tutaj to spore ryzyko. – ostrzegłem, gdy biegliśmy między trupami. Wpadliśmy w ciasną uliczkę. Biegliśmy niemalże do utraty tchu. Minęliśmy kilka osób, które jeszcze nie wróciły do swoich domów. Gdy byliśmy już blisko głównej ulicy, kazałem się jej zatrzymać.
- Słuchaj… - zacząłem, ale teraz spostrzegłem, że nawet nie znam jej imienia.
- Jadwiga, jeżeli o to ci chodzi. – odparła widząc moje zakłopotanie.
- Dam ci kartkę z adresem, pod który się udasz. Zbyt dobrze nie wyglądam, a w blasku latarni mógłbym szybko zwrócić na siebie uwagę. Ty pójdziesz głównymi drogami, ja będę biegł bocznymi. Gdy przyjdziesz, powinienem już tam na ciebie czekać.
- Dlaczego nie mogę iść z Tobą?
- Nie chcę cię wpakować w jakąś ewentualną bijatykę. Nie wiem, co potrafisz, do tego jesteś ranna.
- A skąd mam wiedzieć, że nie wyprowadzisz mnie w pole? – zapytała spoglądając mi prosto w oczy.
- Nie masz tej pewności, nie przeczę. – stwierdziłem przecierając kark – W sumie jednak nie masz wielkiego wyboru. Albo mi wierzysz, albo nie. Sama decyduj.
Dziewczyna odebrała kartkę bez słowa. Wyszła na ulicę wedle planu, a ja zacząłem biec inną drogą. Ryzykowałem wiele puszczając ją wolno, ale jeszcze więcej zaryzykowałbym biorąc ją ze sobą bądź idąc wraz z nią tą samą drogą. Byłaby tylko dla mnie balastem, gdyby doszło do kolejnej potyczki.
Przebiegłem kilka alejek bez żadnych niespodzianek. Wszyscy już siedzieli w domach, tym lepiej dla mnie; im mniej świadków, tym swobodniej mogę się poruszać. Dotarłem do skrzyżowania alejek. Tego, co zobaczyłem, się nie spodziewałem…
Przede mną stał ktoś. Z powodu ciemności nie mogłem niczego dobrze zobaczyć; był ubrany w ciemnych barwach. Zauważyłem jednak charakterystyczną dla bogatych górników, złotą klamrę od pasa. Stanąłem w bezruchu.
- Dlaczego zabijasz moich ludzi, hę? – zapytał się sporej wielkości krasnolud ubrany na czarno. Dostrzegłem, że rękach dzierży dość duży karabin maszynowy gotowy do wystrzału.
Część 66 / 6
- A dlaczego twoi ludzie napadają, grabią i zabijają niewinnych? – odpowiedziałem, ściągając z ramienia mój karabin.
- Nie twoja sprawa, najemniku. – warknął – Byli nam coś winni, więc dostali za swoje. A że ty się wpieprzyłeś to już inna sprawa.
- Czyli jak to planujesz zrobić? Chcesz mnie tylko przestrzec, czy raczej mnie sprzątnąć jak tamtych?
- Coś pomiędzy. – odparł bez namysłu – Masz coś przy sobie, co jest bardzo cenne. Chętnie przyjmę to jako zapłatę za szkody.
Widząc, że nie wiem, o jaki przedmiot mu chodzi, wskazał na broń dzierżoną w mojej ręce.
Zmroziło mi krew w żyłach, gdy zrozumiałym o czym mówi.
- Po moim trupie. – wycedziłem przez zęby. Podniosłem karabin.
- Drogi Hunie, nie wywiniesz się. Wpadłeś, musisz mi to oddać.
Zauważyłem, że za jego plecami pojawiło się trzech ludzi w czarnych płaszczach z szablami. Kolejnych dziesięciu zaczęło podchodzić z prawej i lewej strony. Obejrzałem się w tył. Tam już na mnie czekało kolejnych pięciu. Zostałem otoczony na skrzyżowaniu, do tego przygniatającą przewagą liczebną.
- To co? Zrobimy to po dobroci? – zapytał krasnolud szczerząc zęby – Tak jak ty zawołałeś moim ludziom, tak ja teraz tobie: Nie masz żadnych szans!
W mig oceniłem możliwe opcje ucieczki. Spojrzałem ukradkiem w tył. Zauważyłem, że na jednym z fragmentów kamienicy odpadł tynk i wystaje goła cegła. Idealna podpora w czasie wspinaczki dla silnych ludzi.
- To się okaże.
Rzuciłem się w tył. Rozłożyłem miecz do samoobrony. Krasnolud zaczął strzelać z karabinu, prując powietrze dziesiątkami kul. Nie zwracał uwagi na to, że może zranić swoich. Skoczyłem ponownie. Pięciu bandytów rzuciło się na mnie. Wykorzystałem to, odbijając się nogami od jednego z nich, obalając go tym samym na ziemię. Odskoczyłem w powietrzu od ściany jednej kamienicy, skoczyłem na drugą, odbiłem się po czym złapałem się jednej z wystających cegieł w murze. Pomimo wysokości czterech metrów i zabójczego ognia z karabinu odważyłem się na wspinaczkę. Przewiesiłem miecz przez plecy. Szybko dostałem się o 3 metry wyżej, do miejsca, gdzie tynk już uniemożliwiał dalsze pięcie się w górę. Byłem cały ubrudzony od pyłu z odłupywanych cegieł chybionymi kulami z karabinu. Ujrzałem balkon o pół metra wyżej na przeciwległej kamienicy; czekał mnie ostatni skok. Wybiłem się, poleciałem prawie metr do góry i opadając złapałem się balkonu lewą ręką. Złapałem wolną dłonią za miecz. Nim wróg zrozumiał, co robię, wbiłem ostrze broni w drewnianą balustradę i wspiąłem się do środka. Natychmiast skuliłem się; kule przebiły barierkę i roztrzaskały gliniane doniczki z kwiatami ozdabiające wnętrze.
- A niech by cię cholera! – wrzasnął krasnolud przerywając ogień – Już, na drugie piętro tej kamienicy! Nuże!
Przeciwnik szybko rozbiegł się w poszukiwaniu wejścia. Miałem bardzo mało czasu. Nie pozostało mi nic innego, jak przymuszone włamanie do mieszkania…
- Złodziej! Ratunku! Napadli mnie! – zaczęła wyć jakaś kobieta w łóżku. Słabe światło dobywające się z lampki nocnej ukazywało jej gładkie rysy twarzy, blond włosy oraz szpiczaste uszy. Na moje nieszczęście, była Zieloną. Tego tylko mogło brakować.
Niemalże natychmiast z sąsiedniego pokoju wypadł jej małżonek, w obcisłych, brązowych spodniach i na wpół rozpiętej białej koszuli. Dzierżył srebrny miecz w ręce.
- Wynoś się, albo cię zabiję! – wrzasnął przysuwając klingę swojej broni do mojej głowy.
- Błagam, nie chcę wam niczego zrobić! – zawołałem otwierając szeroko oczy na widok smukłej, wysportowanej sylwetki elfa. Nie obchodziło go najwyraźniej moje tłumaczenie, bo przystąpił do ataku.
Zrobił zamach, aby zadać mi cios w głowę. Uchyliłem się, i natychmiast ciąłem go poniżej kolan. On jednak kopnął w stołek, który wskoczył pomiędzy mnie a jego, i załamałem swój cios na drewnie. Elf tym czasem ponownie zrobił zamach. Kopnąłem w to samo krzesło, które poszybowało w górę i ku zdziwieniu przeciwnika uderzyło go w szczękę. Mimo to nie ugiął się, i ponownie zaatakował. W ostatniej chwili uchyliłem się przed jego ciosem, po czym odbiłem dwa kolejne. Zauważyłem że w oknie wisi firana. Jednym solidnym uderzeniem odbiłem kolejny cios przeciwnika, a jego miecz wbił się w zasłonę. Już chciałem zadać kolejne cięcie, gdy on powstrzymał je uderzeniem ręki o klingę. Krew z jego lewicy obryzgała mi oczy. Osłupiałem. Tymczasem przeciwnik wyjął oręż z już pociętej firany, i ponownie wymierzył ją we mnie. Odbiłem cios, z trudem utrzymując równowagę, zachwianą przez leżące na ziemi krzesło. Elf był wytrawnym szermierzem, szczególnie, że adrenalina mu uderzyła do głowy. Stwierdziłem, że nie mam wyjścia, tylko obezwładnić go w brutalniejszy sposób. Zrobiłem pełny obrót, po czym mój miecz z olbrzymią siłą, szybując w dół, uderzył o klingę przeciwnika. Miecz elfa wypadł z jego ręki, a moje ostrze przeorało jego skórę od obojczyka aż do kostki. Miecz obrócił mi się minimalnie w ręce. Wykorzystałem to machinalnie robiąc ruch mieczem z powrotem w górę, i uderzyłem elfa tępą częścią mojego oręża z całej siły w szczękę. Tego już nie wytrzymał.
- Zgnijesz w więzieniu! – wyła elfka próbując uwolnić się od ciężaru nieprzytomnego małżonka leżącego w okrwawionym posłaniu – Nie daruję ci tego!
Tymczasem wyważyłem już drzwi wejściowe. Na plecach wyniosłem zdobyczny, srebrny miecz wraz z pochwą. Zacząłem biec po schodach w górę.
- Jest! Tam, brać go! – krzyczeli bandyci na dole. Byli zaledwie o dwa piętra ode mnie. Wydobyłem z siebie wszystkie swoje siły. Zacząłem skakać po cztery schody w górę łapiąc się co chwilę poręczy aby nie stracić szybkości i równowagi na zakrętach. Wybiegłem tak aż na samą górę nadrabiając niemalże jedno piętro. Jednym ciosem wyważyłem drzwi. Znalazłem się na dachu.
Zacząłem biec. Nie zwracałem uwagi na taras, na którym się znalazłem. Rozpędziłem się do granic moich możliwości, po czym skoczyłem. Przeleciałem w powietrzu cztery metry do następnego dachu. Zatrzymałem się daleko za jego krawędzią wbijając mój miecz w dachówki.
- Już go prawie mamy! Brać go! – wrzeszczał krasnolud biegnąc jeszcze gdzieś w głębi klatki. Jego ludzie tymczasem już wpadli na górę i zamierzali też przeskoczyć na dach sąsiedniej kamienicy. Chciałem ich trochę przytrzymać. Wyjąłem drugi, srebrny miecz. Ująłem mój oręż pewniej.
Pierwszy bandyta skoczył. Nim dotknął nogami przeciwległego dachu, jego głowa poszybowała daleko od korpusu, który odbił się od celu i zsunął się bezwładnie do rynny wraz z szablami. Skoczyło kolejnych dwóch. Dwa cięcia naraz mieczami zraniły jednego w głowę, drugiego w nogę. Obaj upadli na dachówki jęcząc z bólu. Wystarczyły dwa kopnięcia, a