Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 9 min czytania

Najgłębszy ze snów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Niezbyt często pamiętamy nasze sny. Jeszcze rzadziej mamy świadomość, że śnimy. Tym razem Marcin nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Znajdował się na środku najbardziej niezwykłej łąki, jaką mógł sobie wyobrazić. Otaczała go morzem kwiatów, od maleńkich jak ziarnko piasku, do ogromnych niczym młyńskie koła. Mieniły się wszystkimi barwami świata i ich niezliczonymi odcieniami. Niektóre jakby fosforyzowały, inne lśniły metalicznie. Część wyraźnie poruszała się leniwymi ruchami. Nad tym wszystkim falowały niezliczone tumany motyli, o kolorach i wzorach nie do opisania na jawie, choć w tej chwili Marcinowi wydawało się, że potrafi te wszystkie barwy nazwać bez trudu. Jak maleńkie, żywe brylanciki krążyły wśród nich bajecznie ubarwione ptaszki. Kolibry? Po rozzłoconym niebie płynęły stada obłoków. Sunęły z wiatrem i pod wiatr w subtelnym tańcu. One też były kolorowe choć nie tak jaskrawe jak łąka, raczej pulsowały delikatnymi odcieniami pasteli.

Poszedł przed siebie prawie nie czując stawianych kroków. Oddychało mu się lekko w przesyconym upajającymi zapachami powietrzu. Motyle i lśniące kolibry odskakiwały w ostatniej chwili sprzed jego twarzy. Gdzieś na przymglonym w drgającym powietrzu horyzoncie, pojawiły się niewyraźne sylwetki ludzi. Marcin ruszył w ich kierunku. Ktoś dotknął jego ramienia. Jak to we śnie, zupełnie znikąd pojawiła się Renata. Ubrana była w lekką, letnią sukienkę, równie kwiecistą jak łąka, w której brodziła po kolana. Jej twarz była tak piękna jak w czasach, gdy choroba jeszcze nie wyrżnęła na niej śmiertelnych bruzd. Nie śniła mu się od lat... - Witaj...- usłyszał miękki głos. - Cześć mała. Tęskniłem za tobą. - Nie powinieneś. Widzisz? Ja cały czas jestem niedaleko... Wzięła go za rękę i poprowadziła w stronę kręcących się ludzi. Dochodzili do nich, gdy przed nimi, jakby wynurzając się z mgły, pojawił się stary, drewniany domek, otoczony lasem malw, mieczyków i peonii. Prowadziła do niego alejka wysadzana kiwającymi się miarowo słonecznikami. Pamiętał te kolorowo pomalowane okiennice. Choć wydawał mu się teraz mniejszy i skromniejszy, poznał go. To był dom babci. Nikt inny, tyko ona wyszła ze środka. Wyglądała jakby trochę inaczej, ale to była na pewno babcia. Spędził z nią prawie całe dzieciństwo. Ten sam ciepły uśmiech i łagodne spojrzenie, jakim kwitowała jego najdziksze wybryki. Spomiędzy szpalerów kwitnących jabłonek wyszła para w średnim wieku. Trzymali się za ręce, patrzyli na niego pogodnie. To też byli jego dziadkowie. Wiedział to, choć znał ich tylko ze zdjęć. Babcia nakrywała stół wielkim białym obrusem. Mama... Młoda, szczupła kobieta zręcznie rozkładała talerze. Przeszła koło Marcina, delikatnie pogładziła go po policzku. - Mizernie wyglądasz synku... - Mamo! Wyzdrowiałaś, ty chodzisz! - wykrzyknął uradowany. Uśmiechnęła się blado. Ledwo pamiętał, jak poruszała się na własnych nogach nie znużona jeszcze wieloletnim kalectwem. Usłyszał za sobą jakiś gwar. Ze zdumieniem ujrzał jak ze środka bajkowej łąki wyrastają szare, mieszkalne bloki. Brodząc w gęstwinie kolorowych traw grupka umorusanych chłopaków kopała piłkę. Irek, Andrzej i... to był chyba Jacek. Piegowata gęba i szopa jasnych włosów... Popychali się i tarzali, bardziej zainteresowani szarpaniną niż grą. Usłyszał, jak ktoś go woła. Odwrócił się. Wszyscy siedzieli przy stole, osób wyraźnie przybyło, machali do niego. Osłupiał widząc zupełnie nagą, szczupłą dziewczynę. Miała długie, ciemne włosy i małe, ledwo rozkwitłe piersi. To była Marta, jego pierwsza dziewczyna, pierwsza miłość, pierwsze wspomnienie nieporadnego seksu. Podobno zakatował ją mąż w pijackim szale... Dziwne, ale nikt nie był skrępowany jej nagością. Wołała go bezgłośnie, przyzywając gestem rąk.

Ruszył w ich kierunku. Szło mu się jakoś inaczej niż dotychczas, ciężej, jakby powietrze nagle zgęstniało. Wszystkie zarysy i kontury rozmazywały się lekko i drżały. Pastelowe niebo nieznacznie poblakło i posrebrzało... Coś zakłócało jego harmonijny spokój. Ze zdumieniem zobaczył przysłaniane płynącymi obłokami rysy ogromnych twarzy. Nie znał ich...Nie były tak pogodne i radosne jak te, u zgromadzonych przy stole biesiadników. Wyglądały…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%