Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 7 min czytania

Najistotniejsza...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kolejne samotne święta. Nieznośne samotne Boże Narodzenie. Zostałem odrzucony już dawno. Znienawidzony przez społeczeństwo. Miałem wrogów – byli gotowi mnie zabić, miałem przyjaciół nie byli lepsi od moich przeciwników. Kiedyś byłem pewien o słuszności moich czynów, z czasem zacząłem wątpić… Zabiłem… zamordowałem niewinnych ludzi. Gdyby nie ja ich rodziny cieszyłby się nim, oni cieszyliby się życiem, każdym dniem, który byłby im dany. Żałowałem tego, w jaki sposób postępowałem.. Chciałem się zmienić, ale nie wiedziałem, czy dam radę. Potrzebowałem jakiegoś oparcie, kogoś, kto powiedziałby mi, że jeszcze jestem wart zachodu. Osoba, od której mógłbym usłyszeć jedno słowo, które byłoby warte tysiąc innych, może ładniejszych, ale o ile mniej znaczących. Chciałbym słyszeć od niej zdanie, które pomagałby mi przetrwać.. Mimo przeciwności losu i złośliwości innych ludzi. Rozejrzałem się po ponurym pokoju, który był teraz moim domem. Byłem szczurem i zasługiwałem na taką norę – wiedziałem o tym, jednak nie mogłem znieść widoku obdrapanych ścian, zacieków na suficie. Nawet ja nie mogłem się przystosować do takich warunków – na pewno nie na dłużej. Wstałem z kanapy i podszedłem do okna. Na dworze padał śnieg. Białe, mieniące się w blasku księżyca płatki opadały powoli na ziemię. Kilka latarni oświetlało to jedna z najsmutniejszych ulic w Waszyngtonie. Na chodnikach zaczęły powstawać zaspy. Za kilka godzin ludzie nie będą w stanie po nich przejść.. a drogi.. drogi też zniknął pod białym puchem… Nie miałem wyjścia, musiałem podjąć szybką i męską decyzję. Tutaj nikt oprócz mnie nie miał nic do powiedzenia. Jeszcze raz omiotłem wzrokiem ten paskudny pokój. Na kanapie leżała kurtka. Założyłem ją, sprawdziłem czy mam kluczyki i wyszedłem z mieszkania trzaskając za sobą drzwiami. Było ślisko. Śnieg był coraz gęstszy, bardziej uporczywy. Nikt mnie nie mijał. Jechałem najbardziej ruchliwą ulicą, a nie widziałem żadnego innego samochodu. Wiedziałem dokładnie gdzie chcę dojechać…, do kogo chcę dotrzeć. Bałem się tylko, że nie będzie chciała rozmawiać, że mnie wyrzuci.. Nie byłbym zaskoczony, zrozumiałbym ją. Od dawna ją rozumiałem. Była silna. Miała swoje zasady, priorytety – postępowała według nich, nigdy nikt tego nie zmienił i wiedziałem, że nie zmieni. Zaparkowałem przed jej domem. Nie wiedziałem czy mam do niej iść, czy znowu być tchórzem i odjechać. Wrócić do mojej nory i zostać tam aż do śmierci. Zgnić tam. Jak więzień, albo jak wyrzutek.. Nie chciałem być ani jednym ani drugim.. Spojrzałem w stronę okien jej mieszkania. W jednym z nich było zapalone światło – nie spała. Wysiadłem z samochodu i zacząłem iść w kierunku budynku. Kiedy dotarłem do drzwi, a moja dłoń spoczywała na klamce pewna myśl wpadła mi do głowy – „A jeśli nie była sama??” Taka kobieta jak ona nie mogła być przecież sama. Nie mogła czekać na mnie. Powiedziała mi kiedyś, że będzie, ale ile można? Przecież była kobietą. Miała swoje potrzeby, tak jak każda inna. Nie mogła żyć nadzieją, że kiedyś…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Najistotniejsza... — czytnik · opowiadania