Filozofia · 27 min czytania
Najnowszy testament
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Najnowszy testament
„Jeśli nas naprawdę kochasz, nie umieraj za nas – żyj dla nas..” Ranek był typowy, późnowiosenny. Rosa błyszczała jeszcze ciężkimi, chłodnymi łzami wśród zieleni traw, kołyszących się powoli w rytm wiatru. Każde źdźbło chciało zaznaczyć swoją obecność i swój twórczy wkład w żywe piękno porannej przyrody. Każda kropla kryła w sobie tajemnice, której nie dane było przeniknąć nikomu. Poza nim. Ale nie chciał już tłumaczyć jej, bo prawda swoim starym zwyczajem była o wiele bardziej złożona. Wręcz niewytłumaczalna. Trudno było ją poznać, zrozumieć. Można było ją wyczuć. Przy każdym łagodnym zrywie bujnej zieleni, w każdym niemym błysku rosy, kapiącej na czarną ziemię z wilgotnych, dumnych źdźbeł. Wsiąkającej w grudki chłodnej gleby – dostojnej i płodnej, niemalże kobiecej. Matka – ziemia, coś w tym jest, pomyślał. Dumne dęby omiatane zewsząd przez może trawy, niczym figury na szachownicy czekające na swój ruch. Arystokracja zieleni, książęta natury. Milczące i gotowe. Boskie niemal w swej złożoności i harmonii. Podobne do tysięcy elementów układanki, która przypadkiem wysypana z pudełka ułożyła się w idealny kształt. Szansa jedna na miliardy... Przypadek bez precedensu w dziejach przestrzeni, gwiazd i światów. Cud? Szelest tak szlachetny, że aż niedosłyszalny dla przypadkowego słuchacza. Ale on wiedział, czego słucha. Liście przytulone do siebie w nieświadomej pasji i zachwycie. Każdy jeden podobny do drugiego jak krople, jak ludzie wtuleni w siebie nawzajem na wietrze dziejów. A jednak z bliska tak różni, tak indywidualni, tak jednostkowi. Tak samotni. Jak milczące w swej dumie liście dębu, z uporem wrastającego w wieczność. Dumne i pewne siebie dziecko, nierozerwalnie złączone jednak z ciałem matki pępowiną korzeni. A wszystko za cichym przyzwoleniem przemijania. Pod czujnym okiem wiatru, ni to wroga, ni to przyjaciela – zawsze z dystansem wobec strażnika procesu starzenia, przemykającego w swoim wątpliwym jestestwie między bańkami powietrza. Unoszącego przebrzmiałych i pożółkłych przyjaciół i wrogów, spoczywających tuż przy matce dzięki uprzejmości zielonych ostrzy traw. Przypominających o ostatecznym upadku i unicestwieniu, na pożytek i chwałę kolejnych źdźbeł, dębów, liści. By wyrastać jeszcze wyżej, jeszcze dumniej i dostojniej, wznosząc się nad tych, którzy przeminęli i swe siły złożyli w łonie matki. By pamiętać i widzieć i uczyć się wzrastać. I wrastać głębiej i bardziej prawdziwie. By pozornie stać nieruchomo i kryć w sobie tajemnice. W każdej przezroczystej kropli, źdźble i liściu. A swoim własnym wszechświatem tworzyć tysiące innych, większych i dumniejszych. By być kroplą w morzu i liściem na wietrze, unoszonym cudem przypadku w konstelacji zieleni. - Lubię ten twój wyraz twarzy... Głos ten przeniósł go szybko, lecz nie gwałtownie na werandę rzeczywistości chłodnego, niedzielnego poranka. Znał ten głos od dawna – czasami wydawało mu się, że od zawsze. A to naprawdę bardzo długo. Przenosił go spokojnie i czule w miejsce, z którego uciekły jego przenikliwe myśli. Ten głos towarzyszył mu w całej drodze od jej prawdziwego początku. Jak matka nosząca w objęciach dziecko od samego bolesnego początku do jeszcze bardziej bolesnego końca. - Znam cię tak długo, a jeszcze nigdy nie udało mi się przeniknąć tajemnicy, wypisany na tej twojej zamyślonej twarzy. Ale wiem, że ona tam jest. Zaśmiał się swoim nadzwyczaj młodym śmiechem. Uwielbiał, gdy dostrajała się do niemego brzmienia jego refleksji, by trafnie podsumować jego myślowe wędrówki, których ścieżek nie mogła znać przecież. Czuła jednak wszystko, co się działo w jego wnętrzu, a on wiedział, że gdy wróci, będzie na niego czekać zawsze przy właściwym wyjściu z labiryntu. Za to ją pokochał i za to kochał ją nadal, chociaż to już blisko pięćdziesiąt lat minęło od dnia ich poznania. Spojrzał na nią, witając uśmiechem jej spojrzenie. Jej oczy też się łagodnie uśmiechały. Kolejny wszechświat, pomyślał, spoglądając w ich niesamowitą głębię. Od momentu ich pierwszego spotkania te oczy pozostawały niezmienne w swojej niewypowiedzianej przenikliwości i prawdziwości. Choć jej twarz, tak samo zresztą jak i jego, nabierała z roku na rok coraz więcej śladów przemijania, nadal uważał ją za kobietę piękną. Zmarszczki i widoczne zmęczenie nadawały jej tylko powagi i dostojnej dojrzałości, stawiając ją na silnej pozycji wobec próby czasu. I znów powróciły do niego dęby – dostojne i dojrzałe, uzbrojone w boską cierpliwość i tajemniczą mądrość – nieoficjalną przewagę wobec ciągle przemijającego i zmieniającego się otoczenia. Czas nie kruszył ich tak szybko i tak łatwo, tak jakby to one miały stanowić kierunkowskaz, przydrożny znak. Znak, którego przeznaczeniem przypominać i pomagać dojrzeć tajemnicę. Zanim nie upłynie wyznaczony czas. Czas... Czymże jest czas, zabrzmiało pośród szumu jego myśli, kierując go na drogę mannowskich rozważań. Kiedyś czas nie stanowił dla niego problemu – był tylko szerokim korytem ludzkiej rzeki. Lecz zmarszczki na twarzy i zmęczony, aczkolwiek szczęśliwy wzrok, nieustannie przypominały o cenie za popłynięcie z jej nurtem. - Znowu mi uciekasz, Kochanie... Niedzielny poranek przypomniał o sobie cichym westchnieniem partnerki. Uścisnął jej dłoń w geście żartobliwej skruchy, zostawiając na chwilę wieczność, lecz nie spuszczając wzroku z oddalonych o kilkanaście metrów drzew, stojących niezmiennie i chyba od zawsze w ich bujnym ogrodzie. Drzew, które nieustannie pchały jego myśli dalej i dalej naprzód. Czuł, że w jakiś sposób bije z nich obecność jego ojca. Chociaż od tak dawna nie miał z nim kontaktu... Ale wiedział, że ojciec ani na chwilę o nim nie zapomniał. Czuł go i rozumiał, mimo że czasem nie chciał rozumieć i wolałby nie znać jego intencji i zamysłów tak dokładnie. Lecz to było wpisane w jego człowieczeństwo tak, jak śmierć jest wpisana w życie. Oczom jego myśli ukazała się Emilia. Mała Emilka...A chmury wypłynęły na powierzchnię majowego nieba, tuż powyżej niemej obojętności zieleni. - Kochanie, zrobię nam coś do jedzenia – usłyszał spokojny głos żony, wyrażający zrozumienie dla jego osobliwego nastroju. Wiedziała, że są chwile kiedy mąż musi po prostu utonąć w myślach, by móc wrócić do niej jak Afrodyta z morskiej piany czy feniks odrodzony z popiołów. Spojrzała w mądre i, jak jej się wydawało, nieskończenie dobre oczy męża. - Za chwilę wrócę... Ale on chyba nawet nie usłyszał tego co powiedziała. Wśród rozkołysanych źdźbeł jego myśli coraz silniej wiał chłodny wiatr wspomnień, przysłaniając pogodną niewinność niedzielnego poranka. Zobaczył wysoką trawę, uginającą się pod biczem dusznych promieni lipcowego słońca, wiele lat wstecz. Niemal zupełny brak wiatru w te długie letnie popołudnia i pot bijący z całego jego protestującego ciała. Pobojowisko zniszczonej trawy, na które nie pozwoliłby w żadnym wypadku. Tu, na tym trawniku na tyłach ich domu. Kilka metrów zaledwie od miejsca gdzie siedział teraz skupiony w fotelu. Kilka metrów, ale za to tyle godzin, tyle lat od momentu, gdy jej śmiech roznosił się na wietrze. Kiedy cały świat, każdy liść i każda chwila zawieszona w czasie kochały ją i wnosiły piękno i radość we wspólne życie ich trojga. Te piękne, najszczęśliwsze lipcowe popołudnia, gdy kończył pisać, by godzinami ganiać z nią po trawie jak mały chłopiec. Całymi tygodniami wymyślali razem zabawy, opowieści i wielkie gonitwy po ogrodzie. I ten głośny, dziecięcy śmiech, który brzmiał w ich duszach niczym pieśni aniołów, bowiem był to raj na ziemi i tak on to wtedy pojmował. Lecz właśnie on, bardziej niż ktokolwiek inny powinien był pamiętać o tym jak złudne mogą być wizje raju. Złudne jak odkupienie na Golgocie i jak oczyszczający ogień Świętej Inkwizycji rozświetlający złowrogie noce zamarłej Sewilli. Lecz trzask ognia znów ustąpił wspomnieniu radosnego śmiechu Emilki, unoszącego się ponad całym ich światem wiele, wiele lat wstecz. A dźwięk ten chwilami zdawał się bardziej bolesny niż krzyki wydobywające się chóralnie ze świętego ognia. A jednocześnie był tym, co stanowiło o całym człowieczeństwie tego starszego mężczyzny, który w jesieni swego życia na nowo przeżywał każdą wiosnę. Żal zamienił się w spokój i pokorę. W postawę człowieka, który w swym wspaniałym i prawdziwym niemal Boskim człowieczeństwie przewyższał to mądre, lecz częściowe tylko człowieczeństwo Boga, które kiedyś zdawało się być źródłem jego sił. Wiedział teraz, że przeżył życie najlepiej jak tylko potrafił. Że nawet ojciec mógłby być z niego dumny, jeśli tylko zrozumiał życie swojego syna. Rozważania przerwał przypływ tępego bólu w lewym kolanie. Który już od poprzedniego dnia towarzyszył mu jak wierny pies. Dziwne uczucie wzmagało się, by po chwili znowu opaść jak wiatr, który od wczesnego ranka krążył po ich ogrodzie, oazie, w której i on i żona spędzili najlepsze chwile swego długiego życia. Starość nie radość, powiadają – pomyślał z wzrokiem utkwionym w nadciągające od południa ciemne, gniewne chmury. Uśmiech pojawił się znów na jego twarzy, gdy nie bez pewnej satysfakcji doszedł do wniosku, że reumatyzm to najlepsza prognoza pogody. Deszcz był wypisany na poszarpanych krawędziach Gniewnych Aniołów, jak nazywał chmury. Niby żartem, ale niebo i wszystko, co pokrywało jego nieskończoną „powierzchnie” przypominało mu o nieskończonych prawdach i niewypowiedzianych mądrościach, kryjących się w każdym elemencie tej ludzkiej układanki, jakim wydawało mu się życie. A widział to i wyczuwał znacznie intensywniej i głębiej niż ludzie, których znał. Bardziej niż wszyscy ludzie, których mógł kiedykolwiek poznać. Jego przeczucie opierało się na wiedzy i doświadczeniu, którego innym brakowało. Dlatego w swoim mniemaniu o tym, co robi pełnił rolę drogowskazu. Kosztowało go to wiele, ale człowieczeństwo zawsze wydawało mu się transakcją, której bilans niespecjalnie odbiega od zera. Wszystko w ciągu przeciętnego życia zdaje się sumować po obu stronach tabeli, by ostatecznie dać podobny wynik. I dlatego, uważał, wszystko wydaje się tak trudne, ale zarazem jest tak cenne. Dla niego każdy moment był wart swej ceny. Nie zawsze jednak tak spoglądał na życie. Ojciec widział go w roli ofiary, jego życie miało być oczyszczeniem dla innych. I on sam też tak spoglądał na swoją egzystencję. Czuł się odpowiedzialny za każdego innego człowieka i chciał sobą samym naprawić świat Jednak ta miłość zmieniała się i ewoluowała, by w końcu z przyczyny stać się skutkiem. W jego wspomnieniach zamajaczył obraz młodego, spokojnego człowieka. Młodzieniec ten miał w sobie coś, co nadawało mu dostojności i powagi osoby znacznie starszej i bardziej doświadczonej. Wspomnienie młodości z perspektywy czasu wydawało się człowiekowi siedzącemu na werandzie jednym momentem od początku do końca wypełnionym obowiązkiem – myślą, której realizacja była od zawsze, dosłownie od zawsze jego przeznaczeniem. Młodość, choć wypełniona miłością, była mroczna i zwiastowała koniec miłości w imię innej miłości. I ciągle obecne pytanie – obecne w sposób, w jaki przychodzi po człowieka przeznaczenie – niezadane, a jednak wyczuwalne: Czy właśnie o to chodzi? Czy kolejne poświęcenie jest w stanie faktycznie coś zmienić..? I znowu znany od lat reumatyczny przypływ objął kolano starszego człowieka. Ból... kiedyś nie sadziłem, że to naprawdę może mnie spotkać... Inne rodzaje bólu tkwiły dotychczas w jego świadomości. Związane z obowiązkiem, którym wypełnione było całe jego istnienie. Ból, którego symbolem były stalowe pręty rozdzierające tkankę jego rąk i stóp milimetr po milimetrze, trzymające go żałośnie w górze jakby na pokaz przeciwstawiając się sile matki-ziemi, która całym swoim oddaniem próbowała ściągnąć go w dół – czuł to. Błagała o litość, lecz niebo, na którego tle każdy nerw młodego człowieka krzyczał rozdzierany bólem, z uporem i zdecydowaniem utrzymywało go ponad światem na żałosnym rusztowaniu z pozbijanego drewna. To piękno i miłość, dla której umierał, w odczuciach ludzi z czasem ustąpiły miejsca właśnie temu posępnemu symbolowi bólu i męczeństwa. Czy o to mi chodziło? Nie, chodziło przecież o miłość. Ta miłość, dla której umierał pośród ciemnej, antycznej nocy silniejsza była od miłości, którą żył. Miłość ta miała odmienić oblicze świata. Lecz kiedy piętnaście wieków później przyszło mu znów wrócić między ludzi, spróbować przypomnieć im pierwotny sens swoich słów, jego życie trwało jeszcze krócej i zakończone było żałośniej niż za pierwszym razem. Hiszpania pod koniec XV wieku pogrążona była w ciemnościach strachu bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce na ziemi. Nad ludźmi zawisło widmo terroru i upodlenia z rąk Kościoła. Człowiek siedzący na werandzie swojego domu pięć wieków później myślał o tamtych czasach ze strachem i nieustannym poczuciem winy. Nie wiedział gdzie popełnił błąd. Już wtedy wątpił w to, czy sam zdoła zmienić serca ludzi i wskazać wypaczenia własnych słów, które zatruły ludzkie myśli przez wszystkie te wieki od momentu, gdy umarł jako zwykły przestępca na marnym kawałku drewna. I ostatecznie zadawał sobie pytanie czy to nie ta śmierć właśnie – moment zwrotny w dziejach ludzkości – nie doprowadził do całego zła, które od wtedy toczyło ziemię. Może nie poświęcenia potrzebowali wtedy ludzie. Może nie śmierć była im potrzebna. Trzeba było wieku lat, wielu słonecznych dni w ogrodzie z żoną i córką, by zrozumieć, że jego ostatnia decyzja była najlepsza. Lecz wówczas, gdy Inkwizycja paliła Hiszpanię, a w mrocznych, chłodnych murach dojrzewały plany spalenia cały świat, myślał jeszcze, że może to…