Zbrodnia · 11 min czytania
Najszczęśliwszy w życiu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W zasadzie, to znalazłem się tu przypadkiem. Wracałem z imprezy, cała noc przetańczona, autobus puściuteńki, więc się zdrzemnąłem. Gdy się ocknąłem, za oknami uciekała nieznajoma okolica, a autobus ryczał, chyba wszystkim, co fabryka dała i klekotał przy tym, jakby się miał zaraz rozpaść. Kierowca był najwyraźniej pijany. Nie zwracał uwagi na znaki drogowe, pasy ruchu, czy zatrzymywanie się na przystankach. Zacząłem krzyczeć, by stanął, ale jedyną jego reakcją było włączenie radioli autobusowej i do odgłosu wyjącego silnika dołączyła Doda. Wolałem chyba sam ryk autobusu. Doprowadzony tym odkryciem do lekkiej paniki, podbiegłem ku przodowi pojazdu i zacząłem walić pięściami w pleksiglasowe drzwi kabiny. Kierowca miał około czterdziestki, był szczupłej postury, siedział okrakiem na fotelu, a jego głowa poruszała się jak gdyby jakiś niewidzialny bokser używał jej jako worek treningowy. Gdy, za kolejnym konwulsyjnym ruchem głowy, uchwycił wzrokiem moje spojrzenie, odwrócił ją natychmiast w przeciwnym kierunku, a potem starał się nie patrzeć w moją stronę. Celowo mnie ignorował. Od uderzania w twardą pleksę rozbolały mnie ręce. Nie przebierałem w słowach, głos mi się nieco łamał, częściowo po wczorajszej imprezie, lecz także, dlatego że musiałem krzyczeć głośniej niż silnik i Doda. Gdy traciłem już nadzieję i zacząłem się zastanawiać, czy to ma sens, nagle kierowca opuścił głowę i wbił nogę w pedał hamulca. Autobus stanął dęba z piskiem opon, a ja wylądowałem nosem na szybie. W następnej chwili z łoskotem otworzyły się przednie drzwi. Zapadła cisza. Spojrzałem na kierowcę. Siedział ze spuszczoną głową, niczym miś zabawka, której się skończyły baterie i przestał walić w bębenek. Tylko, że miś nie sapie jak gdyby miał atak astmy. Już otwierałem usta, by powiedzieć mu, co myślę, gdy zobaczyłem, że jego ręka wędruje do gałki skrzyni biegów. Błyskawicznie znalazłem się w drzwiach wyjściowych autobusu i była to słuszna decyzja, bo autobus wystrzelił do przodu tak szybko, iż pęd powietrza obrócił mnie, gdy wisiałem w przestrzeni pomiędzy nim, a chodnikiem. Lądowanie było mało stylowe i z podpórką, ale się nie przewróciłem. Gdybym miał w posiadaniu pistolet lub gdyby jakiś kamień leżał obok, to na pewno przelałbym moją wściekłość bardzo efektywnie. Niestety i na szczęście musiałem znaleźć sobie jakiś cywilizowany sposób ochłonięcia, tym bardziej, iż autobus właśnie znikał za zakrętem. Wrzasnąłem przekleństwo, którego nie powstydziłby się żaden sierżant. Powtórzyłem je ponownie, bo zabrakło mi finezji, a chwila domagała się ciągu dalszego. Nieco pomogło. Była czwarta rano, widniało. Znajdowałem się na osiedlu mieszkaniowym, podobnym do tysięcy innych, jakie stawiano w latach 70-tych naszego stulecia. Kartonowe pudełka bloków z wstążkami asfaltowych uliczek i zadeptane trawniki. Sam się na takim wychowałem, więc nie czułem się nieswojo. W ciemnościach dostrzegłem, iż po drugiej stronie ulicy stoją ruiny jakiegoś budynku. Po chwili namysłu stwierdziłem, że musiał to kiedyś być przystanek. Przeszedłem na drugą stronę. Był to blaszany przystanek z metalowych ścianek poosadzanych na rurach i z płaskim dachem. Dach był przekrzywiony do dołu, bo po jego przednim wsporniku ze ścianką pozostała duża dziura w chodniku. Ktoś go wyrwał jakimś cudem wraz z betonem i wbił w trawę parę metrów dalej niczym tablicę informacyjną. Na dachu przystanku leżał duży, na oko ponad stukilogramowy śmietnik na kółkach. Zacząłem zastanawiać się, gdzie dokładnie jestem. Na przystanku oczywiście powinna być tabliczka informacyjna mówiąca w jakim miejscu miasta się znajduje, ale ten pokrywały tylko wielkie masy spreju i wgłębień prawdopodobnie po rzutach kamiennym koszem na śmieci, który leżał obok cały poobłupywany i posprejowany. Spojrzałem na ścianę przystanku wbitą w trawnik. Co dziwne, nie była poobijana i odniosłem wrażenie, że sprej, który ją pokrywał układał się w jakieś rzędy napisów. Podszedłem do niej i włączyłem latarkę w komórce, a mym oczom ukazał się czerwony tekst napisany koślawym stylizowanym na gotycke pismem.
Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju – rzekł Pan do łotra. Nie zważaj Panie na grzechy, Lecz na myślenie nasze. Jak łotrem można być, Bez łotrostw? Jak potem można ich żałować? Co zrobić, by się tobie, Na krzyżu przypodobać?
Przybyszu Nadzieja, Twą jedyną matką, Ta kurwa, co nas, nie Ciebie kocha. Bo Piekło to my, pragnący raju, Ty czekasz w Oliwnym Ogrodzie i już zacznij szlochać.
A pod spodem wielkimi drukowanymi literami:
BOGUSZOWO WITAMY
Po przeczytaniu ostatnich dwóch wyrazów zacząłem gorzko żałować, iż gościna szalonego autobusu wydała mi się niewygodna. Zorientowałem się także, iż zaczynam przypominać jego kierowcę, szczególnie w rozglądaniu się naokoło w nerwowym stylu. Miejsce gdzie wysiadłem, Boguszowo, to siedlisko mętów i przestępców. Obszar nimi przepełniony w takim stopniu, iż policja zaprzestała tu wszelkiej działalności, bo musiałaby zamknąć ich wszystkich i zabezpieczyć całą dzielnicę jako miejsce zbrodni. Kiedyś był tu nawet posterunek, lecz po pięciokrotnym wysadzeniu go w powietrze, w biały dzień wraz z policjantami w środku, przez nigdy niezłapanych sprawców, policja się stąd wyprowadziła, jako powód podając brak funduszy na kolejny. I właśnie w tym wesołym miejscu się znajdowałem.