Inne · 15 min czytania
Najważniejsze
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Zocha! Krzyczał ktoś za moimi plecami. - Zocha, nooo!... Doskonale znałam ten głos. Drażnił mnie. A słowo, które wydzierało się z gardła osoby niebezpiecznie szybko się do mnie zbliżającej, raniło dotkliwie moje uszy. Przewróciłam w irytacji oczami, nadal udając, że nic nie słyszę i przyspieszając nieco kroku. Drobna dłoń z krótkimi palcami opadła na moje ramię, próbując mnie zatrzymać. Kątem oka dostrzegłam jej zarys. Przez chwilę wydawało mi się, że była różowa i taka drobna, jak rączka małego dziecka. I chyba zbytnio się nie myliłam. Bo czy tą irytującą Kaśkę można nazwać kimś więcej, jak tylko zwykłym, rozwydrzonym dzieckiem? - Och, nareszcie cię mam... Wydyszała, gdy ja w końcu się zatrzymałam i odwróciłam twarzą do niej. Ciekawe ile musiała biec, skoro tak się zmęczyła? - Nie mów do mnie Zocha. Tłumaczyłam ci przecież... Urwałam, jakby chcąc jeszcze coś powiedzieć, ale do końca nie wiedząc co. Zamknęłam jednak usta, spoglądając na nią z góry w dość wrogi sposób. Ona się wyprostowała, jako że wcześniej opierała dłonie o kolana próbując złapać oddech. Posłała mi ciepły uśmiech. Jak zawszę dostrzegłam w nim sztuczność, której pewnie i tak nie było. Niesamowite, jak ta dziewczyna potrafi się do kogoś przyczepić. Czasem odnoszę wrażenie, że jestem jej idolką. - Dobrze, przepraszam, nie gniewaj się Zocha. – znów się uśmiechnęła w ten idiotyczny sposób, celowo wypowiadając imię, które nie należy do mnie. Sama już nie wiem jak to się stało, że przylgnął do mnie pseudonim Zocha. Niesamowite, jak sobie człowiek coś ubzdura, albo jak ktoś powie coś głupiego, a reszcie się to spodoba... Chociaż lepsze to, niż żeby nazywali mnie Marchewą. Niektórzy nawet zapominają, że naprawdę mam na imię Samara. Przemilczałam jej wypowiedź. - Niedługo Sylwester... Och, tak, za cały miesiąc, przeszło mi przez myśl. Ostatecznie tą wypowiedź też przemilczałam spoglądając tylko na nią wyczekująco. Niech już zacznie, skończy i pozwoli mi odejść... - Organizuję u siebie Sylwka. Wiesz, rodziców nie będzie, taka okazja może się nie powtórzyć... – Wyciągnęła do mnie dłoń z jakąś niebieską karteczką. Nie mam pojęcia jak ta karteczka znalazła się w jej, a potem w moim ręku. – Naprawdę byłoby miło, gdybyś wpadła. Będzie też Ewka z Julitą. – Puściła mi oczko. Jakby się tak lepiej przyjrzeć, to te na pozór idiotyczne uśmiechy nawet dodawały uroku jej bladej twarzy przyozdobionej nieco przyklapłymi, brązowymi włosami i dużymi (czasem aż za bardzo), błękitnymi oczami. Skinęłam głową. - Zobaczę. Puściła mi jeszcze raz oczko, po czym sprawnie mnie wyminęła ruszając dalej, najprawdopodobniej by porozdawać resztę zaproszeń. Spojrzałam na karteczkę. Był tam podany adres, data i godzina. Kaśka planowała wszystko zacząć już o osiemnastej. Zmięłam karteczkę i schowałam ją do ciasnej kieszeni dżinsów.
Jakiś Czart mnie chyba pokusił, by w środku grudnia wychodzić na dwór na trening. Z dziesięć razy prawie upadłam, a ze dwadzieścia upadłam faktycznie. W dodatku przemarzłam do szpiku kości, co też wydawało mi się nieco nierealne – w końcu wyszłam na trening, rozgrzać się, powinno mi być duszno w tej kurtce. Dopiero będąc już w domu zdałam sobie sprawę z bardzo później godziny i faktu występowania u mnie syndromów apatycznych. Znaczną część czasu, jaką przeznaczyłam na trening, po prostu szłam i rozmyślałam, już nie pamiętam nad czym, zamiast naprawdę trenować. Pewnie dlatego tak zmarzłam. Akurat wtedy, gdy zaprzątałam myśli refleksjami na temat swej wszechogarniającej melancholii, trafiła w me ręce mała, niebieska, zmięta karteczka. Wydobyłam ją z kieszeni dżinsów, które zapodziały się gdzieś na końcu szafy. Od razu w moim umyśle pojawiła się dziecięca buźka Kaśki i jej słowa wypowiedziane tym drażniącym uszy tonem. Uśmiechnęłam się nieświadomie na to wyobrażenie i dopiero po chwili przyłapałam się na ów uśmiechu i towarzyszącej temu myśli: „a może by tak?...”. Trzy razy uważnie prześledziłam treść pogniecionej karteczki, starając się nauczyć adresu na pamięć. I tak mi się to nie udało, więc schowałam ją do kieszeni spodni, które właśnie miałam na sobie.
- Siema Yamakasi. - No elo... – Odpowiedziałam nieco smętnie, machając przy tym zwieszonymi z mostu nogami. Wiatr odgarnął moje długie, rude włosy na jeden bok. Przez chwilę zastanawiałam się, czy, gdybym rzekła po prostu „cześć”, to te aż do przesady „hip-hopowe ziomy” cokolwiek by zrozumiały. Obrzuciłam stojącą nade mną trójkę tylko przelotnym spojrzeniem. Brakowało Magdy, swoistej maskotki tej grupy, bo jak inaczej nazwać jej miejsce w tej ściśle zhierarchizowanej społeczności? - Co tam, jak tam? – Jedyny prócz mnie osobnik mówiący przykucnął tuż obok. - Po staremu. – Wzruszyłam ramionami. Już naprawdę nie mieli kiedy mnie zaczepić. - Co tak sama siedzisz, na tym mostku, nie przyszedł, co? Przewróciłam oczami. - Kto niby? - No ja tam nie wiem, ale pewno na kogoś czekasz... Styl mówienia i same słowa płynące z ust tego bruneta doprowadzały mnie do szału. Właśnie przez takich jak on, nienawidziłam pojawiać się pod blokami po dwudziestej. - Daj mi spokój Zip, człowiek czasem potrzebuje spokoju, nie rozumiesz? Idźcie stąd najarać się tym cholernym ziołem i zostawcie porządnych obywateli w spokoju... – Wyrzuciłam pretensjonalnym tonem, nawet na nich nie spoglądając. Nie usłyszałam żadnych śmiechów, szeptów... Może oni też czasem mieli takie ciężki dni i faktycznie rozumieli, jak ja się czuję? - No dobra, mała, czaję... – Zip wstał i cofnął się do swoich. – Wpadasz do Kaśki na imprę? Zmarszczyłam lekko brwi. Ile ona osób zaprosiła, skoro te „ziomki” ewidentnie też się do niej wybierają? - Nie wiem... - Słyszałem, że cię zaprosiła... Wpadnij. Będziemy mieli towar. Odeszli nie dając mi nawet szans na odpowiedź. Odniosłam wrażenie, że oni żyją tymi swoimi narkotykami... Tylko i wyłącznie. Może to było dla nich tak, jak dla mnie parkour? Chyba każdy chce czasem uciec od rzeczywistości, wszystkich problemów. Potrzebuje takiej odskoczni. I jakby nagle sobie przypominając, że coś takiego jak parkour w ogóle istnieje, po prostu wstałam i zaczęłam biec. Przed siebie, nie do końca zastanawiając się dokąd, bardziej – którędy. Oczywiście w konsekwencji się zgubiłam, ale to już inna historia. Po wyczerpującym treningu, przeprowadzonym przez moją głupotę bez rozgrzewki, cała styrana, z dwugodzinnym spóźnieniem wróciłam do domu, by wysłuchać pretensji rodziców. Cudowny początek świątecznej przerwy od szkoły.
Jak to pięknie powiedział Shelogh Brown: "Odwaga nie polega na nie odczuwaniu strachu, ale na umiejętności działania mimo niego." Dlatego też postanowiłam w końcu wybrać się do Kaśki, podobnie jak wcześniej, wielokrotnie postanawiałam mierzyć się z miejskimi przeszkodami, mimo tego, że wydawały się wręcz nie do pokonania. Jak widać nie ma rzeczy niemożliwych. Uspokoiłam się dopiero wtedy, gdy znalazłam się w domu Kaśki, w otoczeniu uprzejmych i towarzyskich ludzi z klasy, którzy dość szybko się mną „zaopiekowali”. Zdawałam sobie sprawę, że część z nich mi się zwyczajnie podlizywała albo dlatego, że jestem traceuse, albo po prostu dlatego, że pierwszy raz zdarzyło mi się być na jakiejkolwiek imprezie. Zapewne każde z nich chciało mnie zaprowadzić do swoich ulubionych klubów, pubów itd. ... Ciekawe, czy traktowali tak każdą „nową”. A ja się tylko uśmiechałam i starałam przebywać raczej z tymi, którzy przebywać ze mną chcieli, bo lubili mnie, a nie to, co robię, czy to, co posiadam. Niestety