Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Pisarstwo · 36 min czytania

Największy artysta naszych czasów.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Największy artysta naszych czasów.

Poranek ów był zbyt zwyczajny, zbyt oczywisty, by można było tak po prostu uwierzyć, iż dzień nie przyniesie jakichś niesamowitych doznań. J. jak co dzień obudził się wściekły, przeklinając cały świat i wszystko, co dostąpiło wątpliwego zaszczytu egzystencji na tym padole łez i udręki. Zbluzgał jednego z karłów mechanicznych, który zapomniał jakby o swej powinności i do przygotowanego zawczasu śniadania nie dołączył nieodzownych papierosów. Cóż za brak organizacji! J. rozważał nawet przez chwilę możliwość unicestwienia tego beznadziejnego egzemplarza, jako że łatwo mógł zapewnić sobie nowszy model, zdjęła go jednak litość dla starego, wiernego sługi, poniechał więc tych zbrodniczych zamiarów. Karzeł, widząc jego rozpalony wzrok, w mig pojął o co chodzi i zerkając nerwowo na półki, uginające się pod ciężarem wielu różnych tomów „Budowniczego ruin”, rzucił się do drugiego pokoju w poszukiwaniu obiektu pożądania swego pana. Po chwili zjawił się klekocząc jakąś źle przykręconą śrubką i nie podnosząc głowy w obawie przed zbytnią poufałością, podał swemu władcy papierosy. J. zaciągnął się głęboko i poczuł, jak dym powoli wypełnia jego płuca, a całą jego osobę ogarnia błogi spokój. Wiedział, że właśnie w tej chwili nikotyna dostaje się do krwi, która jakby szybciej zaczyna krążyć, przynosząc wreszcie niejakie pobudzenie zmysłów, umożliwiające normalne funkcjonowanie. Poranny papieros był jedyną rzeczą, która potrafiła postawić go na nogi i zmobilizować do wykonania rutynowych czynności. Bez tego bezradny był jak niemowlę. Wiedział doskonale, że takie postępowanie nie służy jego i tak zbyt mocno eksploatowanej wątrobie i zmaltretowanemu żołądkowi, zwykł był jednak mawiać, że po prostu popełnia samobójstwo na raty, jako że zbytnim jest tchórzem, by załatwić sprawę od ręki, po męsku. Gdzieś to kiedyś wyczytał i przyjął za swoje. Zawsze tak robił, w związku z czym jego światopogląd stanowił mało konsekwentny i niezbyt spójny zlepek aforyzmów, truizmów i mądrości wygłoszonych przez wielkich tego świata. J. uważał to oczywiście za ogromną zaletę, każdą bowiem swoją opinię poprzeć mógł jakimś autorytetem, co praktycznie uniemożliwiało zwykłemu śmiertelnikowi jakąkolwiek polemikę. No chyba, że ów śmiertelnik również był erudytą i potrafił powołać się na umysł podobnego kalibru, forsując pogląd przeciwny. To zdarzało się jednak rzadko, J. unikał bowiem ludzi bardziej oczytanych i wygadanych od niego – takie kontakty burzyły jego wewnętrzny spokój. A że fakt, iż jego poglądy nie były tak naprawdę jego, nie stanowił nigdy przedmiotu jakichś głębszych refleksji, toteż dobre samopoczucie J., płynące z wiary we własne intelektualne możliwości, pozostawało niezmącone. Skończywszy rytualne obrzędy nikotynowe uznał, że czas najwyższy spożyć śniadanie. Z niechęcią spojrzał na lekko przypaloną jajecznicę, stwierdził jednak, że nie może pozwolić sobie na kolejny napad furii, bo karły coraz gorzej to znoszą i wkrótce cały swój majątek wydawać będzie na ich przeglądy, remonty i psychoterapię. Konsumował więc te rarytasy z zawziętą miną człowieka, który ostatkiem sił walczy z największym wiatrakiem Europy i popijał zimną kawę, siorbiąc przy tym niemiłosiernie. Na ogół wymieniał zużyte karły na nowe raz na kwartał, ewentualnie raz na pół roku, znajomy księgarz zaopatrywał go bowiem regularnie w zdobyte rożnymi sposobami, nie zawsze legalnie, kolejne egzemplarze dzieła Rosendorfera. Jednak do obecnych pomocników J. wyjątkowo się przywiązał, pochodzili bowiem z ostatniego wydania polskiego, co niosło ze sobą spory ładunek emocjonalny. J. zagorzałym był patriotą, a ponadto miał spore problemy z nauką języków obcych i zawsze nawiązanie porozumienia z osobnikiem z wydania obcojęzycznego nastręczało trudności i trwało nieznośnie długo. A te swojskie, polskojęzyczne karły, mimo długiego już czasu użytkowania, nadal okazywały się nad wyraz pomocne, wykonując większość domowych obowiązków, co pozwalało ich właścicielowi skupić się na pracy. To był naprawdę fantastyczny układ. J. chciał kiedyś wyciąć jednego takiego karła dla mieszkającej samotnie siostry, specjalnie na tę okazję kupił nawet nowiutki egzemplarz dzieła, Róża jednak wiodła życie stricte duchowe, odmówiła więc, ubliżając mu przy tym szpetnie, zupełnie niewzruszona jego altruizmem. Po skończonym posiłku J. uznał, że czas już zająć się czymś konstruktywnym. Jeszcze żując twardawą jajecznicę układał w głowie porywający dialog, który planował włożyć w usta bohaterów swej najnowszej powieści. Sformułowania „najnowsza powieść” używał nad wyraz często i z powodzeniem, jako że mało kto wiedział, iż to nienarodzone jeszcze dzieło ma być zarazem jego pierwszym beletrystycznym wyczynem. J. od dziecka czuł, że przeznaczony jest do wielkiej kariery, nie wiedział jednak początkowo, w jakiej dziedzinie przyjdzie mu realizować ów bliżej niezidentyfikowany, acz z pewnością niecodzienny potencjał. Spektrum jego zainteresowań było od zawsze nad wyraz szerokie, co utrudniało wybór, żal mu było bowiem ograniczać się w jakikolwiek sposób. Największą pasją pozostawała jednak literatura. Zaczęło się całkiem niewinnie, od książek dla dzieci i pierwszego wyciętego przyjaciela – Misia Puchatka. Z czasem było ich coraz więcej. Pojawił się Mały Książę, następnie Calineczka. Potem przyszła już kolej na Jasia i Małgosię, ale ci okazali się niestety niezbyt wdzięcznymi towarzyszami zabaw, narobili bowiem w pokoju strasznego bałaganu, za co J. dostał od matki surową reprymendę. Ten szalony duet pomysłów nieprzeciętnych miał bez liku i uporczywie dążył do realizacji każdego z nich. Rekonstruując w zabawie Rewolucję Francuską zgilotynowali dwie pary drogich włoskich butów matki J. i ukochany młotek jego ojca, zapalonego majsterkowicza, po czym błękitnej krwi Małgosia oddała się na powstałym kopcu trupów rewolucjoniście Jasiowi, by ratować resztki swego dobytku, a przy okazji i głowę. Tak daleko posunięta inwencja musiała znaleźć swój tragiczny finał w spontanicznej reakcji rodziców małego J., którzy za nic mieli sobie zasady tak zwanego bezstresowego wychowania i zgodnie z własnymi normami pedagogicznymi uraczyli swą pociechę tygodniowym szlabanem na wyjścia do cyrku. To było bolesne doświadczenie, J. bowiem kochał cyrk jak nic innego na świecie. Jego brat dorabiał tam sobie do kieszonkowego jako linoskoczek, dzięki czemu cała rodzina miała darmowe wejściówki na wszystkie pokazy. Jaś i Małgosia jeszcze tego samego dnia zostali spaleni, a ich szczątki bezceremonialnie spłukano w ubikacji. Wtedy konkurencyjną dla literatury dziedziną okazała się fizyka. Teoria chaosu, Wielki Wybuch, Demon Maxwella – to dopiero było coś! J. konstruował modele, liczył, inwestował wszystkie uciułane pieniądze w coraz szybsze komputery i czuł, że rosną mu skrzydła. Wszystko to skończyło się z chwilą, gdy postanowił z pewnego naukowego periodyku wyciąć czarną dziurę. Bardzo zapalił się do tego pomysłu, jednak towarzyszący mu w naukowych eskapadach kapitan Nemo zgłosił stanowcze veto, tłumacząc, że wszystkich ich zmiażdży zagęszczająca się materia, działanie takie nie ma więc najmniejszego sensu, co więcej, jest niehumanitarne, nie wiadomo bowiem, jaką skalę może osiągnąć to raz puszczone w ruch zjawisko. J. poczuł jak zalewa go fala goryczy i rozczarowania, wróżył już sobie bowiem setki, ba, miliony lat życia na obrzeżach rzeczonej czarnej dziury. Spakował nawet plecak ze wszystkimi niezbędnymi rzeczami. Po tak srogim zawodzie nie mógł już dłużej darzyć fizyki prawdziwą miłością i wrócił skruszony na łono literatury, gdzie zamierzał dokonać rzeczy wielkich i niezapomnianych. W momencie, w którym uświadomił sobie, że to właśnie sztuka słowa pisanego ma być materią do realizacji jego pragnień i ambicji, znalazł się niejako na rozdrożu, nie miał bowiem zielonego pojęcia, jak się profesjonalnie zabrać do rzeczy i jakimi ścieżkami podążyć, by dotrzeć do krain nieznanych i fascynujących, których eksploracja przyniosłaby mu upragnione uznanie, zaszczyty i pieniądze. Po kilku niebywałych sukcesach, jak ocena celująca za esej o patronie szkoły czy wyróżnienie w tak zwanej olimpiadzie polonistycznej, młody J. popadł w twórczy marazm. Cały czas kreował się jednak na szalonego artystę, chodził melancholijny nieco i zadumany, dzierżąc pod pachą coraz to inne arcydzieło literatury, im mniej znane, tym lepiej. Pod ową maską dekadencji i intelektualnej zadumy skrzętnie skrywał gorycz porażki, myślową pustkę i impotencję twórczą. Czasem wpadał mu do głowy jakiś fantastyczny pomysł, były to jednak zawsze tylko odkrycia natury formalnej, żadna bowiem bardziej światła refleksja, która mogłaby zostać uznana za cenną przez rzesze potencjalnych czytelników, nie chciała się w jego umyśle narodzić. Tak więc, skoro tak zwana sztuka czystej formy była mu jednak nie w smak, pozostawał wciąż twórcą bezpłodnym, co jęło doprowadzać go do obłędu. W końcu, upojony pięknymi wizjami romantyków, uznał, że remedium na jego artystyczny zastój będzie z całą pewnością nieszczęśliwa miłość. Nic łatwiejszego, można by pomyśleć, wspominając pierwsze niespełnione fascynacje osobnikami płci przeciwnej. Jednak i w tej materii los nie chciał być dla J. zbyt łaskawy. Zapewne zbyt uporczywie, ba, rozpaczliwie nawet, szukał nasz bohater jakiegoś obiektu westchnień, stąd jego serce pozostawało niewzruszone. Nie pojmował jeszcze, że wysiłek woli nic tu nie pomoże. Obserwował otoczenie z rosnącym rozgoryczeniem, wydawało się bowiem, że wszyscy z wyjątkiem jego właśnie padają ofiarą Amora. Ta erupcja erotycznych fantazji, pierwszych pocałunków i samobójczych prób niespełnionych kochanków czyniła atmosferę wokół niego duszną i nieznośną tym bardziej, im więcej energii wkładał w to, by samemu doprowadzić się do podobnego stanu. Poszukiwał swej Julii z niesłabnącym zapałem, jednak żadna z tych kapryśnych i pryszczatych dziewcząt z tłustymi włosami i burzą hormonów nie nadawała się do takiej roli. Inna rzecz, że uprzednio, wiedziony młodzieńczą żądzą erotycznych przygód, wyciął był z pewnego „magazynu dla panów” uroczą, długonogą blondynkę z wielkim biustem. W tym kontekście jego krytycyzm w stosunku do rówieśniczek był w pełni uzasadniony, bo któraż z tych nieletnich zakompleksionych panienek była w stanie konkurować z taką gwiazdą? Jednak uczucie do tej aż nazbyt papierowej piękności umarło niemalże zaraz po skonsumowaniu tego mało partnerskiego związku, trzeba było bowiem rychło zatrzeć wszelkie ślady niemoralnych działań w obawie przed represjami ze strony rodziców. Blondynka powędrowała więc najpierw do kuzyna J. ( nasz bohater zawsze starał się pomagać w potrzebie członkom swej rodziny), potem do kolegi kuzyna, następnie do przyjaciela owego kolegi, i tak niezmiennie potem wędrowała z rąk do rąk, póki się całkiem nie zużyła. Taką już nieco pogniecioną i wytartą na brzegach oddał wreszcie ostatni z użytkowników do składu makulatury, zawiedziony niezmiernie faktem, że marne grosze, które tam za nią otrzymał, nie wystarczyły nawet na butelkę piwa z pobliskiego warzywniaka. J. nie interesował się nawet losem swej pierwszej kobiety, wiązała go z nią bowiem jedynie owa, niezbyt zresztą udana, przygoda erotyczna. Żadne głębsze uczucie nie miało w tym układzie racji bytu. Szukał więc dalej, powoli upadając na duchu w związku z absolutnym brakiem rezultatów owych dążeń. Kiedy jego cierpliwość ostatecznie dobiegać jęła kresu, zdarzył się mały cud. Przelotne spotkanie, jej inteligentne oczy, które na krótką chwilę spotkały się z jego oczami w upojnym spojrzeniu wyrażającym wszystko, co należy w takich wypadkach spojrzeniem wyrazić, jej jasna cera i złote włosy, wszystko to sprawiło, że J. wreszcie stracił głowę dla kobiety, oddał się w ręce Amora, poczuł miętę, jednym słowem – zakochał się. Cóż to był za cudowny dzień! Nasz dotąd niespełniony artysta poczuł w końcu nagły przypływ weny i w głowie jego rodzić się zaczęły rozmaite nieprzeciętne metafory, epitety i poetyckie obrazy, układające się w natchnione peany na cześć owej zjawiskowej piękności. Gorączkowo przeprowadzać zaczął mały wywiad środowiskowy, by jak najwięcej dowiedzieć się o ukochanej. Okazało się, że dziewczyna nosi wdzięczne imię Jagoda i jest najprawdziwszą w świecie nimfą wodną. J. dowiedział się również, że mieszkała wcześniej w Bieszczadach, jednak napastowana notorycznie przez młodocianych górali postanowiła przenieść się do jakiegoś dużego miasta, gdzie jej zdaniem ( o święta naiwności!) łatwiej było chronić cześć dziewiczą. Te wiadomości wprawiły twórcę w pewne zakłopotanie, bowiem porównywanie rzeczywistej nimfy do nimfy wyimaginowanej i idealizowanej, od której ta pierwsza w gruncie rzeczy wcale się nie różni, a które to porównania stanowiły punkt ciężkości jego nowonarodzonych tekstów, stanowiło, jak się zdaje, zabieg niezbyt oryginalny. Z drugiej jednak strony miał świadomość faktu, że takiego obiektu westchnień żaden wieszcz by się nie powstydził, poczuł się więc w pewien sposób wyróżnionym przez los, a właściwie więcej nawet – odczytał to jako znak, bezsprzecznie stwierdzający jego literackie powołanie. Początkowa euforia szybko jednak ustąpiła miejsca goryczy zawodu, jako że Jagoda, ta eteryczna postać dotąd niedostępna i wroga zwykłym śmiertelnikom, w stosunku do naszego literata okazała zerowy wręcz poziom tak zwanej asertywności. Przyjęła pierwsze zaproszenie, do kina. I drugie, na kawę. I wszystkie kolejne propozycje spotkań też przyjmowała, okrutna! Wkrótce stało się jasne, że nimfa jest szaleńczo zakochana w J. i nie było sposobu, by odwieść ją od planu uwiedzenia tego biedaka. Miotał się nieszczęśnik straszliwie, zapraszał ją na najgorsze filmy, jakie w życiu widział, starał się być nudny i nieatrakcyjny, znosił jej do domu tomy najbardziej ciężkostrawnej literatury, jaka tylko powstała, z surowym nakazem rychłego zagłębienia się w owe wątpliwe arcydzieła, nic jednak nie skutkowało, ona wciąż uporczywie trwała w swym zachwycie. Dzięki temu zyskał J. opinię skończonego uwodziciela i Casanovy, co już dokumentnie uśmierciło i tak ledwie dychające resztki jego wizerunku artysty. Porzucił ją w końcu, nie mogąc znieść ogromu szczęścia, jakie mu dawała, bo któż widział kiedykolwiek szczęśliwego artystę? Ona początkowo chciała się nawet zabić, jednak po czasie zrezygnowała z tego pomysłu na rzecz niekończących się libacji alkoholowych z udziałem chętnych do współpracy mężczyzn. On postanowił już nigdy nie wiązać się z żadną kobietą i nigdy już nie szukać sobie muzy. Zawierzył własnym twórczym popędom, ograniczając wszelkie wpływy z zewnątrz do minimum. Tym sposobem znowu znalazł się J. w przestrzeni intelektualnie i duchowo jałowej, nie mając żadnego pojęcia, co z tym wszystkim począć. Zaczął się powoli irytować. Obraz jego osoby w oczach ogółu stracił już całkowicie na tajemniczości, znikła cała ta aura, nad którą w pocie czoła pracował przez lata, jednym słowem nie miał już nic, nawet wizerunku. Po prostu chłopaki zapraszały go często na piwo bądź imprezy, zdawał się bowiem idealnym kompanem do kieliszka i podrywu. Depresja zbliżała się wielkimi krokami i trzeba było działać w miarę szybko i sprawnie. Bezsenne noce trawił na przemyśleniach i lekturze licznych dzieł, jednak jedynym efektem tego niezbyt zdrowego trybu życia był fakt, że dnia następnego wyglądał na osobę po przejściach, czy określając rzecz po prostu w jej istocie, zdawać się mogło, że biedak ma ostrego kaca. W związku z tym zaczęto się doń odnosić z pewną niechęcią, bo to w końcu niezbyt kulturalnie nie informować kolegów o najlepszych bankiecikach w mieście. Czasem zdawało mu się nawet, że ma pomysł. Gorączkowo spisywał te wszystkie złote myśli, kreślił postaci i tło, zawiązywał akcję, po czym zasypiał wreszcie w miarę spokojnie. Jednak rankiem wszystkie jego nocne dokonania przedstawiały mu się jako obraz straszliwej intelektualnej nędzy i znowu popadał w otępienie, jeśli nie rozpacz nawet. W końcu jednak przyszło olśnienie. J. doszedł do wniosku, że napisze powieść o sobie – artyście w wieku młodzieńczym. Porywające dzieło o dzieciństwie i dorastaniu, o właściwych temu okresowi dylematach i rozterkach, o wielkich emocjach, pierwszych erotycznych doznaniach, moralnych konfliktach i wielkich rozczarowaniach, jednym słowem rzecz o kształtowaniu się osobowości pisarza. Ułożył nawet dość poetycki tytuł – „Pejzaż mojej młodości”. Wszystko szło dobrze do momentu, w którym nieopatrznie pochwalił się swym projektem przed znajomym. Człek ten nie należał niestety do gatunku delikatnych i szybko pozbawił początkującego pisarzynę łaski ignorancji. Zniknął na kilka godzin, a wróciwszy rzucił niedbale na jego biurko kilka doniosłych pozycji z zakresu szeroko pojętej klasyki literatury, podobnych bliźniaczo nie tylko w tematyce, ale częstokroć i w tytułach. Same portrety artysty z czasów młodości! Laik mógłby nawet odnieść wrażenie, że złożywszy to wszystko w jedną całość, pozbawiając każde z tych dzieł zbędnych detali, stworzyć by można uniwersalny scenariusz lat młodzieńczych każdego literata. Tego już było za wiele. Zirytowany do granic możliwości J. zdał maturę i podjął studia na wydziale prawa. Przez pewien czas nawet go to bawiło. Jak zwykle nadgorliwy i zbyt ambitny, począł na własną rękę ścigać łamiących prawo rzezimieszków. Zaczął skromnie, od złodziei samochodów, włamywaczy i gwałcicieli. Następnie udało mu się usunąć z tego świata dwóch czy trzech seryjnych zabójców, maniaków zbiegłych z pobliskiego zakładu dla psychicznie chorych. W mieście zaczęto wówczas mówić o jakimś tajemniczym mścicielu, przez jakiś czas podejrzewano nawet Batmana, choć ten uporczywie zaprzeczał. Zaraz potem znudzony J. wdał się jednak w całkiem sporą aferę szpiegowską, zarzuciwszy tym samym dotychczasową działalność na rzecz szarego obywatela. Odtąd mieszkańcy miejskiej dżungli znów zdani byli wyłącznie na siebie, w związku z czym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Największy artysta naszych czasów. — czytnik · opowiadania