Fantasy · 6 min czytania
Największym Błędem jest błąd popełnić i nie napraw
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Prawdziwym błędem jest błąd popełnić i nie naprawić go
Geralt zobaczył w oddali utęsknione majaczenie, miasto Wyzimę. Po wielu dniach tułaczki po zniszczonym gościńcu miał przed sobą wizję ciepłej strawy i wygodnego siennika. Pokrzepiony tą myślą przyspieszył kroku, raźno minął strażnika stojącego przy wejściu do miasta, a nawet uśmiechnął się do przechodzącej obok dziewki, co było raczej domeną Jaskra. - Żwawiej, Płotka – mruknął wiedźmin do swojej klaczy – jeszcze tylko kilkaset sążni i nażremy się za wsze czasy – klacz, jakby rozumiejąc te słowa, prychnęła i przyspieszyła do lekkiego kłusu. W końcu, po paru minutach kłusu oczom wiedźmina ukazał się obskurny zajazd, „Nowy Narakort”. Na bezrybiu i rak ryba - Pomyślał Geralt - Na nic lepszego i tak nas nie stać. -Przyjacielu! Znajdę tu posiłek i nocleg? – Krzyknął do krzątającego się za kontuarem typa z sumiastymi wąsiskami. - Ano – burknął wąsacz - Wyście gospodarz? - Ano - zajmijcie się tedy moim koniem, a sowicie was wynagrodzę, Novigradzką walutą - Och, jak sobie jaśnie pan życzy – gospodarz nie wyglądał już na tak zajętego - a czy życzy pan sobie zażyć kąpieli przed wieczerzą? - jeśli łaska. - już posyłam parobka by balię napełniał. Pieniądze otwierają wszystkie drzwi – pomyślał Geralt, idąc rozklekotanymi spiralnymi schodami w kierunku łaźni. Na miejscu rozebrał się, i wskoczył do balii wypełnionej wodą. Mimo, że był wiedźminem, jego zęby szczękały z zimna w bardzo ludzki sposób. Nie jestem znowu taki brudny, by znosić to zimno choćby minutę dłużej – pomyślał, i czym prędzej wytarł się brudnym, zbyt brudnym, ręcznikiem. W chwili, w której naciągał spodnie, rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi łaźni. Odruchowo powiedział „ proszę”, z czego osoba pukająca skwapliwie skorzystała. Drzwi otwarły się szybko i oczom wiedźmina ukazała się młoda dziewczyna, może dwudziestoletnia. - słucham, czego? – Spytał Geralt, nie siląc się na grzeczność - Wyście panie wiedźmin? – Zapytała drżącym z emocji głosem osóbka - Tak, Geralt z Rivii, do usług – odrzekł Geralt, mając nadzieje na zlecenie, które mogłoby wypchać nieco jego pustawą sakwę, – w czym mogę służyć? - szlachetny panie, złe się rozpleniło z mieście – zaczęła łamiącym się głosem – Diaboły ludziom spokoju nie dają, po śmietniskach się rozplenili, a ostatnimi czasy dziatwa znikać tam zaczęła i do domostw nie wracają – załkała – tako zaginął mój brat vesemir. - Niemożliwe pani, Diaboły żyją po łąkach i lasach, nie bytują w miastach, pewnikiem to rzezimieszkowie zwykli, z braku chleba na śmieciach żyją, tylko czekać, aż za dzieciaka okupu chcieć będą. Przykro mi, pani, ale nie pomogę, na ludzi zleceń nie biorę - żegnaj zatem, panie, i życzę ci, byś panie