Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 22 min czytania

NAJWIERNIEJSZY Z WIERNYCH

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Uwodzenie{/b}

- Dobry wieczór. Marcin ocknął się, odruchowo szukając wzrokiem gościa. Izolatka tonęła w mroku; paliła się jedynie rubinowa kontrolka nad łóżkiem. Sięgnął do przycisku lampki nocnej na stoliku nocnym, lecz w tym momencie pomieszczenie zalało płynące spod sufitu światło. Ujrzał stojącą na środku pokoju atrakcyjną, dojrzałą kobietę w przykrótkim fartuszku pielęgniarki. Czarne, połyskujące włosy układające się w fantazyjne pukle, dyskretny, staranny makijaż. - Ciekawe jak zapaliła światło, stojąc na środku pokoju – pomyślał. - Poza tym nie słyszałem pukania – a w tej klinice do drzwi pacjenta pukają wszyscy – nawet profesor Hartman. Wiadomo – troska o wizerunek… - Dobry wieczór siostro - odpowiedział. - Proszę mnie nie nazywać siostrą. - Myślałem… ma pani strój pielęgniarki… Uśmiechnęła się nieznacznie. - Owszem, ale jestem lekarzem, ten strój to taki kamuflaż, zaś nazywanie mnie siostrą - zwłaszcza w kontekście zabiegów jakie przeprowadzam - może budzić niefortunne skojarzenia. - Jestem w klinice już dość długo i sądziłem, że zaliczyłem już wszystkie możliwe do pomyślenia zabiegi. A tu niespodzianka. Jakaś ostatnia deska ratunku? Kobieta podeszła i usiadła na krawędzi łóżka. - Poniekąd. Przyszłam odbyć z panem stosunek seksualny. Podskoczył, jakby milion szpilek stanęło na sztorc w prześcieradle. - Słu… słucham???!!! - To ciekawe, że wszyscy pacjenci są w szoku, gdy to mówię – w jej głosie wyczuwał ledwo uchwytne rozbawienie. - Nikogo nie dziwi hipoterapia, hydroterapia, kynoterapia, nawet arteterapia, natomiast leczenie seksem… - Co się pani dziwi - burknął. - Seks w naszej obyczajowości jest sprawą intymną. Po pierwszym wzburzeniu, które było jak iskra wyładowania elektrycznego, powoli wracał do równowagi. Teraz patrzył na kobietę przez pryzmat niebywałej oferty, jaką mu złożyła. Podświadomie inwentaryzował jej walory, poszukując choćby najmniejszej skazy. Nie znalazł nic. Ideał. – Czemu mnie to spotyka – pomyślał. Tymczasem ona perorowała z ożywieniem: - Proszę pana, w medycynie pojęcie intymności nie ma prawa bytu! Siostra myjąca pacjentowi przyrodzenie przed operacją nie czuje zażenowania, podobnie jak on nie czuje wstydu. Dlaczego? Bo oboje wiedzą, że w jej działaniach nie ma intencji seksualnych. - No właśnie. Tymczasem pani przychodzi do mojej izolatki i jak gdyby nigdy nic proponuje mi seks! W tym też nie ma intencji seksualnych? – skontrował. Skutecznie. Kobieta straciła rezon. - Przede wszystkim proszę przyjąć do wiadomości, że nie ma w tym mojej inicjatywy. Zabieg przepisał prowadzący pana leczenie profesor Hartman. - Serio? Nic mi o tym nie wiadomo. - Profesor nie rozmawia o tym osobiście z pacjentami, bo to jednak sprawa dość drażliwa w naszej, jak to pan ujął, obyczajowości – znów wróciła jej pewność siebie. - Poza tym to terapia eksperymentalna, prowadzona w ścisłej dyskrecji. - Eksperymentalna¬? I nikt się nawet nie spytał mnie o zdanie? – krzyknął z oburzeniem. - Ależ spokojnie drogi panie, spokojnie! Zabieg jest całkowicie dobrowolny! Może pan z niego zrezygnować! - I tak będzie, proszę pani! Jestem zdumiony, że w tak porządnej klinice stosuje się jakieś… jakieś niecne znachorskie praktyki! - Zna się pan choć odrobinę na nowoczesnej medycynie, żeby ferować takie wyroki? Pan, inżynier budowy mostów? - No, przecież czytuję gazety, oglądam telewizję… - Też znalazł pan sobie źródło wiedzy! – roześmiała się, lecz nie złośliwie, nawet trochę serdecznie. - Ale nawet w tabloidach i kolorowych magazynach dla kobiet wyczyta pan, że lecznicze działanie seksu znane jest medycynie od dawna. Udowodniono, że seks przyspiesza przemianę materii, usprawnia pracę serca, polepsza stan naczyń krwionośnych, zwiększa produkcję hormonów, a nawet wzmacnia mięśnie. Podczas szczytowania u każdego człowieka wzrasta poziom fenyloetyloaminy… - Czego? - Fenyloetyloaminy – patrzyła na niego z wyższością, przynajmniej takie miał wrażenie. - To taki peptyd podobny w działaniu do amfetaminy. Sprzyja ogólnemu uaktywnieniu, ożywieniu i poprawie sprawności działania. Seks poprawia także ciśnienie krwi i odpowiednio wzmacnia serce, chroniąc je przez chorobami. Częste uprawianie seksu zmniejsza ryzyko występowania zachorowań na raka i pięciokrotnie zwiększa wydzielanie hormonów anty… - Dobrze dobrze, wystarczy – przerwał jej gwałtownie. - Trajkocze pani jak hostessa w reklamie telewizyjnej. Proszę lepiej powiedzieć jak to się ma do mojej sytuacji? Profesor nie ukrywał, że jest ona raczej… hmm... beznadziejna. - Oj, z pewnością pan profesor tak tego nie ujął! – zesznurowała usta, by podkreślić niedowierzanie; mina ta czyniła ją jeszcze bardziej kuszącą. - Rzeczywiście, najsłabszą stroną pańskiego organizmu jest układ odpornościowy. I tu terapia seksem ma kluczowe znaczenie. - Dlaczego? - Bo w czasie stosunku układ ten znacznie się wzmacnia. - Serio? - Tak. Za sprawą podnoszącego się poziomu leukocytów. Co więcej, w czasie stosunku wytwarzany jest jeszcze jeden hormon – oksytocyna, niezastąpiona w walce ze stresem! Po udanym seksie jej poziom jest tak wysoki, że może chronić przed stresem nawet przez tydzień. Sam pan chyba rozumie jakie to ma znaczenie w przypadku pacjentów znajdujących się w – jak to sam pan ujął – beznadziejnej sytuacji. Nie pasował do niej ten apodyktyczny ton wykładowcy. Po tym, z czym do niego przyszła, Marcin postrzegał ją raczej jako fucking machine. Właściwie już dawno kazałby jej iść do diabła – jednak hamowała go przed tym ciekawość podsycana właśnie jej zręczną, logiczną argumentacją. Poza tym czuł się dziś wyjątkowo dobrze i rozmowa, zwłaszcza tak ekscentryczna, dawała szansę na oderwanie się od natrętnych, naturalnych w jego sytuacji czarnych myśli. - Mówi pani o udanym seksie. Zakłada pani, że taki seks-zabieg, jaki mi proponuje – wolny od miłosnych uniesień i wzruszeń, poczucia jedności nie tylko ciał ale i dusz – może być udany? - Uważa pan, że nie jestem atrakcyjna seksualnie? – spytała z udanym niedowierzaniem, patrząc na niego figlarnie. - Ależ skąd! – zaprotestował. - Jest pani i to bardzo! Tylko co to ma do rzeczy? - Nie rozumiem… - Po co ja w ogóle daję się wciągać w tę rozmowę – pomyślał gniewnie. - Sądzi pani, że atrakcyjność seksualna jest gwarancją udanego seksu? A gdzie uczucia, miłość, przywiązanie? Z pewnością wie pani, że jestem żonaty. Dlaczego nie zaproponujecie, aby to żona wykonała ten „zabieg”? - Właśnie dlatego, że to nie jest zwykły seks, proszę pana, tylko zabieg medyczny. Profesor Hartman opracował metodę optymalnej dynamiki podniecenia pacjenta a ja, proszę mi wierzyć, trzy lata uczyłam się ją wdrażać. - O co chodzi w tej „optymalnej dynamice”? - Słyszał pan o skojarzonym działaniu składników w farmakologii? To najlepsza analogia. Lek będący miksturą kilku składników osiąga optimum działania przy ściśle określonej ich proporcji. Podobnie lecznicze walory aktu płciowego są optymalne przy konkretnym przebiegu podniecenia seksualnego. - Pani mówi o tym tak… technicznie… jak ja mówiłbym o mostach – skrzywił się z niesmakiem. - A przecież to zupełnie różne sfery! Seks jako zabieg. Obrzydliwość! A gdzie jest miejsce na moralność? - Ależ pan staroświecki! – zrobiła zdumione oczy słodkiej idiotki. - Odpowie mi pan na drażliwe pytanie? - Jakie? - Ile miał pan kobiet w życiu? Przymknął oczy jakby usiłował się skupić. Patrzyła na niego z napięciem i ledwo uchwytnym rozbawieniem. - A co w tym drażliwego? Jedną. Obserwował ją spod przymkniętych powiek. Milczała. Wydawało mu się, że z trudem maskuje zaskoczenie. - A może tak tylko gra, czort wie – pomyślał. - Czy to ma jakieś znaczenie w przeprowadzeniu tego… zabiegu? – odezwał się, bardziej żeby przerwać milczenie niż z ciekawości. - W samym przeprowadzeniu nie, ale w przekonaniu pana do niego owszem. - Dlaczego tak pani zależy na tym, żeby mnie przekonać? - Dla pańskiego dobra – znów odzyskała rezon. - Jakie to wzruszające! – prychnął ironicznie. Zacisnęła usta, jakby chciała stłumić narastający gniew. - Drogi panie, domyślam się, że ma mnie pan za frywolną siksę w kusym fartuszku, bo taki jest stereotyp mojego zawodu we współczesnej seks-kulturze. Dlatego też – wargi zaczęły jej drżeć - nie uwierzy mi pan, że kocham swoją pracę a pacjentów traktuję z ofiarnością i oddaniem… - Nawet dosłownie – nadal ironizował. - Tak się składa – odparła nad wyraz spokojnie. Westchnęła nieoczekiwanie. - Myśli pan, że mnie było łatwo? Że nie przeżywałam rozterek, dylematów? Frustracji biorącej się ze świadomości, że moje ciało jest jakąś tam maszyną terapeutyczną? Że na ołtarzu zdrowia pacjenta muszę złożyć godność kobiety? – oczy rozbłysły łzami. - Ale co to pana może obchodzić… - Właśnie – odparł jakby zrezygnowany. - Pani ma swoje problemy, ja mam swoje. Trochę inne, przyzna pani – przecież stoję na brzegu Styksu… - I odmawia pan sobie szansy na powrót do życia, zdrowia, do żony, do rodziny… - Powrót? Obiecuje mi pani, że wyzdrowieję gdy panią przelecę? - Zapomina pan, że to ja prowadzę zabieg, więc jeśli już to raczej ja pana przelecę – odparła ze śmiechem. Marcin z trudem nadążał nad tą jej zmiennością nastrojów. - Nie obiecuję wyzdrowienia, bo stuprocentowych gwarancji na to nie ma. Ale wzmocnienie szansy jak najbardziej jest. - Może i jest, ale za jaką cenę? Pomyślała pani o wierności? - Wierności? – zdumiała się. - Naprawdę powiedział pan „wierności”? Dobry Boże! – dodała z teatralnym gestem. - Zapomina pani, że jestem staroświecki – uśmiechnął się. - Nie w tym rzecz! - A w czym? - W tym, że gruntownie myli pan pojęcia. Wie pan, jak wyglądają badania mężczyzn na bezpłodność? W szczególności pobór nasienia? - Coś niecoś słyszałem. Ale co to ma do… - Chwileczkę. Czy według pana masturbujący się pacjent zdradza żonę w takim przypadku? - No… raczej nie. - A jeśli chce sprawę załatwić szybko i korzysta z „dopingu”? - Nie rozumiem… - Uff… no, z rozkładówki Playboya! - Ach tak! Bo ja wiem… Chyba też nie ma w tym zdrady. Ale między masturbacją a stosunkiem jest jednak istotna różnica! - Podobnie jak między celami: z jednej strony ledwie badania, z drugiej aż szansa na wyleczenie. Na powrót znad Styksu. - Trudno panią przegadać - mruknął. Nagle poczuł się znużony, więc chciał jak najszybciej skończyć tę idiotyczną przepychankę słowną. - Powiem panu teraz coś, co go zdziwi. - Nie wiem, co mogłoby mnie zdziwić bardziej od tej propozycji „zabiegu”. - Niech pan to zrobi dla swojej żony. Dla rodziny. - Coś podobnego! – zdenerwował się. - Teraz to już pani przegięła. Moją rodzinę proszę trzymać od tego z daleka! - Nie przegięłam, po prostu patrzę pragmatycznie. Czy wyobraża sobie pan z jakim przerażeniem żona musi myśleć o przyszłości? O tym najczarniejszym scenariuszu? Gdy zostanie sama, bez męskiego oparcia, w świecie, gdzie byle cieknący kran jest wielkim problemem… O tych…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%