Fantastyka · 25 min czytania
Nanośmierć
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
NANOŚMIERĆ
Z wysokości sto dwudziestego siódmego pietra, widok na miasto był doprawdy imponujący. Strzeliste konstrukcje budynków, wykonane ze stali i szkła, odbijały w fantazyjny sposób światło słoneczne, tworząc kolorową mozaikę wielobarwnych błysków, punktów i płaszczyzn. Na tej wysokości powietrze było przejrzyste i rześkie, wolne od zanieczyszczeń, tak dokuczliwych tam, w dole. Bezładna na pozór plątanina wyższych i niższych konstrukcji przyciągała wzrok, przykuwała uwagę. Oko przeskakiwało z budynku na budynek, wciąż odnajdując coś nowego, inny układ barw, nieustannie zmieniającą się konfigurację światła i półcieni, wypaczając pozornie kształty. Był to niekończący się kalejdoskop, nie mający żadnych reguł czy zasad, aż wreszcie, wzrok zmęczony tym nieustannym kameleonizmem martwych brył, z ulgą opierał się o jednolitą fasadę bocznej ściany tarasu. Rave Droegg uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem, przymykając na chwilę powieki, aby dać odpocząć zmęczonym oczom. Nieliczni goście, którzy czasami go odwiedzali, najczęściej dziwili się, jak można mieszkać w takim miejscu i poddawali w wątpliwość jego niesłabnący zachwyt nad widokiem rozpościerającym się z tarasu. Tymczasem Rave autentycznie lubił niezwykłą panoramę i przez ten cały czas, kiedy tu mieszkał, nigdy jeszcze mu się nie znudziła. Wciąż nie otwierając oczu, odetchnął głęboko. Taak, wszystko tu było na najwyższym poziomie : powietrze, widok, no i sam apartament. No i cena za niego, oczywiście. Zgodnie ze swoim własnym rytuałem, przed powrotem do środka, rzucił jeszcze spojrzenie na kopułę bazyliki. Wykonana z czystego aluminium, odbijała srebrzyście światło słoneczne, choć w miejscu gdzie stał Rave, odblask nie raził oczu. Mężczyzna zamyślił się chwilę nad tym symbolem wiary, wiary niepotrzebnej i nieistniejącej już w jego czasach. Z niejaką ulgą przeszedł do wnętrza zacienionego apartamentu. Słońce prażyło mocno, bądź co bądź, była już przecież połowa lipca. Idąc do lodówki po schłodzone piwo, zerknął przelotnie na swoje odbicie w ogromnym lustrze, które przedzielało salon prawie na pół. Wciąż prezentował się znakomicie. Wysoki, szczupły brunet, lekko szpakowaty, o wyprostowanej sylwetce, bez śladów zbędnego tłuszczu. Umięśniony bez przesady, o nie, w zawodzie agenta ubezpieczeniowego rozbudowana muskulatura raczej przeszkadzała, niż przynosiła korzyści. Nie był również nadmiernie owłosiony; żadnych bród, baczków czy kudłatej klaty. Jedynym odstępstwem, na które sobie pozwalał, były porządnie przystrzyżone wąsy, również lekko siwiejące. Oczywiście, gdyby chciał, mógłby mieć dowolnie gęsty zarost, w dowolnym kolorze, jak też innej barwy tęczówki oczu, inną figurę, inny wzrost. Gdyby chciał. Ale nie chciał. Wykonując zawód agenta ubezpieczeniowego nie mógł pozwolić sobie na żadne ekstrawagancje, na eksperymenty w wyglądzie. Musiał wyglądać normalnie, jak najnormalniej, ot, zwykły człowiek, man on the street, everyman, miły, przyjemny, zadbany mężczyzna w średnim wieku. Klienci nie lubili oryginałów i nie ufali ludziom odbiegającym wyglądem od przeciętnej, od wzorca utrwalonego w podświadomości od dziesiątków pokoleń. Wyjął z lodówki dobrze schłodzone piwo i prostując się spojrzał w głąb salonu. Z tej strony lustro było przezroczyste, lekko przyciemnione. – Hej, Rave! Weź i dla mnie jedno piwo! – zakrzyknął niezbyt głośno mężczyzna siedzący na wygodnej, szerokiej sofie. On również wyglądał przeciętnie. Tyle, że był lekko łysiejącym blondynem, może trochę niższym i tęższym niż Rave. Z obojętną miną patrzył na ekran wielkoformatowego odbiornika, na którym kolejna gwiazda sezonu wyginała się wdzięcznie, wykrzykując swój najnowszy przebój. Rave usiadł obok mężczyzny i podał mu piwo. -Niektóre rzeczy się nie zmieniają, co, Rave? – blondyn machnął puszką w stronę telewizora. – Masz rację, niektóre się nie zmieniają. – No, po to właśnie my jesteśmy, żeby jednak się zmieniały, co nie?...Wiesz, Rave... - mężczyzna zawiesił głos. – No, dawaj Smart. Co cię tak zatkało? Blondyn nazwany Smartem spojrzał pustym wzrokiem na fantazyjny wzór pokrywający blat niewielkiego stolika, przy którym siedział. - Czy ty, no wiesz...nigdy... – Daj spokój, Smart. Znowu zaczynasz? – No, nie. Tylko...wiesz... – Nie, nie wiem. Weź się w garść, Smart. Co z tobą? Masz wyrzuty sumienia? – A ty nie masz? Rave wzruszył ramionami. – Praca, jak praca. Ktoś to musi robić. Jak nie my, to będzie ktoś inny. Zresztą, myślisz że jesteśmy tylko my dwaj? – ostatnie zdanie zabarwione było wyraźną kpiną. –No coś ty? – obruszył się Smart. – Przecież wiem, że nie. Ale... –Co? – Rave spojrzał na przyjaciela i wspólnika, gdy cisza zaczęła wydłużać się znacząco. –Tak sobie po prostu myślę, że może jestem już zbyt zmęczony tym wszystkim. Ile to już lat razem pracujemy? Rave zastanowił się. Od dawna upływ czasu przestał mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie, ale z pewnością pracował ze Smartem bardzo długo. Najdłużej ze wszystkich partnerów. Stanowili naprawdę zgrany zespół. – Jakie to ma znaczenie, ile? Grunt, że jesteśmy naprawdę dobrzy, rzekłbym cholernie dobrzy. Skup się lepiej na tym, napij się piwa i przestań smęcić. Bo w końcu kiedyś nawalisz. – E, tam. Spoko. Tak tylko, wiesz...ten chłopak wczoraj... – Widocznie tak musiało być. Wiesz co? Walnij piwo i idź się połóż. Odeśpij, wypocznij, a jutro zobaczysz wszystko we właściwym świetle. – No taaa. Masz rację. – Smart klepnął dłonią w kolano. – Idę. Dzięki za piwo. Kontakt jak zwykle? Rave skinął przyjaźnie głową i patrzył za odchodzącym Smartem. Lubił go, przepracowali razem kawał czasu. Można było nawet powiedzieć, że przyjaźnili się, co w ich branży było rzadkością. Niemniej jednak profesjonalizm zobowiązywał, więc choć Smart, rzadko bo rzadko, ale miał czasami takie wyskoki jak teraz, można było na niego liczyć. „Swoją drogą” – pomyślał leniwie Rave –„ciekawe ile ma tak naprawdę lat?” Ta myśl skierowała jego uwagę w nieco odmiennym kierunku i mężczyzna pozwolił sobie na nieczęsty u niego luksus zagłębienia się we wspomnieniach. Samego Przełomu nie pamiętał, nie było go wtedy jeszcze na świecie. Najwcześniejsze obrazy jakie mógł przywołać, dotyczyły już aktualnej rzeczywistości – życia w nanoświecie. Kiedyś, w przeszłości, dla niego tak odległej, że zdawała się prehistorią, spełniło się odwieczne marzenie ludzkości. Nieśmiertelność. *
Nanotechnologia stała się tak zaawansowana, że ludzie zaczęli posługiwać się nią w sposób użytkowy. Zaczęli – jak zwykle – najgłupiej jak mogli, to znaczy od siebie. A może nie zaczęli, a wszystko co stało się później to dzieło przypadku? Dziś już nikt nie dociekał początków nanoświata, stanowił on rzeczywistość. Dość powiedzieć, że nanoroboty zasymilowały się z ludzkim organizmem i stał się cud! Mikroskopijne maszyny, wielkością porównywalne do pojedynczych atomów, krążyły niezmordowanie w ludzkim ciele, dokonując nieustannych przeglądów i napraw. Z początku zmiany były nieuchwytne, lecz proces toczył się lawinowo. Najpierw pojawiły się doniesienia o cudownych ozdrowieniach, niemożliwych z punktu widzenia tradycyjnej medycyny poprawach zdrowia nieuleczalnie chorych, nieprawdopodobnych zanikach skutków ówczesnych plag i epidemii. Później, ludzie w ogóle przestali chorować. Nanoroboty z niesamowitą prędkością eliminowały uszkodzone komórki, naprawiały zepsute, wymieniały stare i zużyte. Wreszcie stało się nieuniknione. Ludzie przestali umierać. Oczywiście, w dalszym ciągu zdarzały się wypadki, napady i morderstwa. Człowiek wypadający z pięćdziesiątego piętra na bruk, nie miał szans, uszkodzenia wewnętrzne były tak rozległe, iż nanoroboty nie nadążały z naprawieniem ich. Równie definitywny był strzał w głowę z bliskiej odległości lub zaduszenie – z tego powodu taki sposób zabójstwa stał się ulubioną techniką wszelkiej maści morderców, zamachowców i skrytobójców. Cóż, nanomaszyny dokonały rewolucji i przełomu tylko w jednym – ludzkim organizmie. Zmiana ta przyniosła jednak zadziwiające konsekwencje w zupełnie innych strefach życia. Stopniowo zanikły wojny – jaki sens ma ostrzał artyleryjski pozycji wroga, gdy wiadomo, że i tak prawie wszyscy przeżyją? Bomby, naloty dywanowe, ataki piechoty – wszystko to odeszło do lamusa historii technik bojowych. Pozostawał atak nuklearny, ale musiałby być wszechogarniający, bowiem ze skutkami promieniowania nanomaszyny radziły sobie równie skutecznie, jak z infekcją górnych dróg oddechowych. Nanotechnologia zadała także potężny cios terroryzmowi. Po początkowych, spektakularnych samowysadzeniach, atakach wszelkiego rodzaju fanatyków i kamikadze, okazało się, że szkody wyrządzone w ten sposób są znikome. Znakomita większość ofiar przeżywała i stopniowo, terroryzm w takiej formie zniknął z mapy zagrożeń. Cały czas zdarzały się, rzecz jasna, napady, porwania zakładników, lecz były to zjawiska łatwiejsze do przewidzenia, opanowania i wreszcie do eliminowania, niż na przykład wpuszczenie trującego gazu do metra, czy zdetonowanie bomby w pociągu. Nastąpiła rzecz w zasadzie łatwa do przewidzenia.. Naturalna chęć ekspansji gatunku ludzkiego, jego agresja i pragnienie dominacji uległy sublimacji i ludzie zwrócili wzrok ku gwiazdom. Nastąpił nieprawdopodobny wręcz rozkwit podróży kosmicznych. Możliwości techniczne nie uległy wprawdzie gwałtownej eskalacji, lecz w nowej rzeczywistości – nanorzeczywistości – odpadł jeden, niezwykle istotny problem. Zniknął kamień, o który potykali się wszyscy dotychczasowi piewcy podboju kosmosu. Najbliższa Słońcu gwiazda – Proxima Centauri – znajduje się w odległości 4,2 roku świetlnego. Podróż tam i z powrotem, statkiem kosmicznym dysponującym najbardziej zaawansowaną technologią napędu, jaką wówczas znano, zajęłaby tyle czasu, że powracającą ekspedycję przywitałyby w najlepszym razie prawnuki tych, którzy wyprawę organizowali. A podróże do dalszych gwiazd? I kto miał z tych wypraw wrócić? Ponadstuletni, trzęsący się staruszkowie? Odległości międzygwiezdne wydawały się barierą nie do przebicia. I oto, nagle, ludzkość dojrzała rozwiązanie. Jeśli żyjemy wiecznie, nie ma znaczenia ile potrwa podróż. Wrócą ci sami rześcy trzydziestolatkowie, a powitają ich te same osoby, które żegnały. Cóż za oszołamiająca perspektywa dotarcia do najodleglejszych nawet zakątków kosmosu! Za jednym zamachem zniknęły teorie o korytarzach czasoprzestrzennych, napędach tachionowych, subprzestrzeniach czy nadprzestrzeniach. W rzeczywistości nanoświata okazały się niepotrzebne. Z początku nie wszystko przebiegało gładko, ale nowa możliwość była tak oszołamiająca, iż podróże kosmiczne stały się wręcz codziennością, a nawet swoistą modą. Były też jednak i inne skutki. Następstwa nanotechnologii jako pierwsza odczuła religia. W momencie perspektywy życia wiecznego, fundamenty wszystkich większych wierzeń legły w gruzach. Strach przed śmiercią, wizje pokuty i potępienia „po tamtej stronie”, straciły racje bytu. Z dawnych religii pozostały jedynie nieliczne elementy, mające raczej charakter rytuałów czy nawyków. Ale nie to było najgorsze. Dopiero po pewnym czasie, ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę, że wpadli we własne sidła. Po początkowej euforii, niepohamowanej ekspansji poza Ziemię, zmianie obyczajów i nawyków, przyszła chwila refleksji. Życie wieczne? Każdy cel do osiągnięcia? Każde pragnienie, marzenie do zrealizowania? Po co? Po co zabiegać, spieszyć się, wszak czasu jest wystarczająco dużo, za dużo nawet. Pojawili się frustraci, gwałtownie wzarosła liczba samobójców, ekstremalnie spadł wskaźnik przyrostu naturalnego. Wizja nieśmiertelności, perspektywa życia wiecznego, dla wielu, z daru stała się przekleństwem i koszmarem. Kiedy pojawili się Regulatorzy, nie wiadomo. Spełniali takie same funkcje, jak kilka szczupaków w stawie pełnym karpi. Po prostu likwidowali zbędną nadwyżkę, aby reszta populacji nie zgnuśniała, żeby była w ciągłym ruchu. Za ich pomocą enigmatyczna Agencja o wszechświatowym zasięgu, kontrolowała stan liczebności ludzi, utrzymując odpowiednie proporcje pomiędzy tymi, którzy udali się do gwiazd, a nowonarodzonymi członkami społeczeństwa. I tymi, których trzeba było usunąć. Pozory dawnego porządku zostały przywrócone. Nikt nie wiedział kiedy zostanie przeznaczony jako cel dla Regulatora, kiedy wyjdzie z domu, ale już do niego nie wróci. Nieśmiało odrodziły się namiastki religii, wróciło poczucie niepewności. Skutkiem ubocznym okazał się rozkwit sprzedaży ubezpieczeń na życie. Nanoświat, trochę nieporadnie i sztucznie, ale w miarę…