biznes · 10 min czytania
Nar-SocDem a polski rynek medialny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Zamknięte drzwi
Polski rynek medialny, w przeciwieństwie do amerykańskiego, charakteryzuje się tzw. pluralizmem zewnętrznym. Polega on na tym, że w naszym kraju funkcjonuje wiele zróżnicowanych mediów - każde z nich posiada określoną linię programową i trzyma się jej jak maminej spódnicy. Wbrew pozorom, taki stan rzeczy wcale nie jest dobry dla demokracji i wolności wypowiedzi. Pluralizm zewnętrzny powoduje, że nie wszystkie grupy społeczne mają dostęp do określonych periodyków, stacji telewizyjnych i rozgłośni radiowych. Przykładowo, poseł Platformy Obywatelskiej nie ma szans zostać stałym współpracownikiem Radia Maryja, a działacz Młodzieży Wszechpolskiej - jednym ze spikerów TOK FM.
Rodzaj pluralizmu, o którym mowa, jest szczególnie niekorzystny w przypadku mediów masowych (bogatych, znaczących, docierających do ogromnej liczby odbiorców). Jeśli takie wielkie, ogólnopolskie, wpływowe medium posiada ściśle określoną linię ideową, to człowiek o odmiennym światopoglądzie nigdy nie znajdzie możliwości, aby zaprezentować w nim swój punkt widzenia. Drzwi do wielkonakładowej “Gazety Wyborczej” będą zawsze zamknięte dla komentatorów narodowo-katolickich, a drzwi do “Naszego Dziennika” - dla sympatyków Ruchu Palikota.
Pluralizm zewnętrzny spycha pewne opcje polityczne na margines życia medialnego - są takie poglądy, które znajdzie się wyłącznie w mediach niszowych i niskonakładowych. Co z tym fantem zrobić? Najlepszym wyjściem z tej sytuacji byłoby porzucenie pluralizmu zewnętrznego na rzecz pluralizmu wewnętrznego. Ten drugi typ pluralizmu charakteryzuje się tym, że w obrębie jednego medium (gazety, czasopisma, radia, TV) prezentowane są przeróżne osądy, czasem wzajemnie się wykluczające. Wewnętrzne zróżnicowanie środków masowego komunikowania jest typowe dla Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Ku pluralizmowi wewnętrznemu
Część 22 / 2
Gdyby na polskim rynku medialnym zapanował pluralizm wewnętrzny, to w każdym medium dałoby się znaleźć wywód lewicowy, prawicowy, centrowy, laicki, katolicki, eurosceptyczny, euroentuzjastyczny, nacjonalistyczny, antynacjonalistyczny itd. “Gazeta Wyborcza” stałaby się otwarta na opinie całkowicie sprzeczne ze zdaniem Adama Michnika, a Radio Maryja przestałoby być Ośrodkiem Adoracji Ojca Rydzyka. W prasie, telewizji i radiostacjach nareszcie zapanowałaby wolność słowa. Każdy, niezależnie od wyznawanego światopoglądu, mógłby się wypowiedzieć w “Jedynce”, TVN-ie, Polsacie i Telewizji Trwam.
Żadne medium nie prezentowałoby postawy rodem z filmu “Dzień Świra” (“Moja racja jest najmojsza”). Nie uważałoby się też za “jedyne źródło prawdy”. Nikt już nie narzekałby, że medium X jest całkowicie zdominowane przez jedną opcję polityczną. Skończyłaby się manipulacja, umarłaby dyskryminacja pewnych jednostek i ugrupowań, zniknąłby jednostronny obraz świata. Pluralizm wewnętrzny można by wprowadzić odgórnie, dzięki odpowiedniemu aktowi normatywnemu. Dobrym pomysłem byłaby “Ustawa o mediach masowych i prawie do rzetelnej informacji” dotycząca mediów wielkich (tzn. takich, których oglądalność, słuchalność lub czytelnictwo przekracza określoną liczbę).
Parytety dla opozycji
Te ogromne, wpływowe i bogate media otrzymałyby obowiązek realizacji pewnego parytetu - musiałyby zatrudniać przynajmniej 25 proc. dziennikarzy o poglądach niezgodnych z ogólną linią programową. Gdyby taki przepis wszedł w życie, to ćwierć wypowiedzi wygłaszanych w stacji TVN byłaby “nietefałenowska”. W “GW” co najmniej 25 proc. publicystów drukowałoby komentarze “niemichnikowskie”. Dzięki nowej ustawie odbiorcy mediów uświadomiliby sobie, że rzeczywistość jest bardzo skomplikowana, a poszczególne zjawiska społeczne posiadają zarówno zalety, jak i wady. Nawet, gdyby w medium X nadal dominowały poglądy kosmopolityczne, to byłyby one neutralizowane przez 25 proc. dziennikarzy wyznających patriotyzm. Otwartość na rozmaite przekonania, brak cenzury redakcyjnej - oto zalety pluralizmu wewnętrznego.
Oczywiście, “Ustawa o mediach masowych i prawie do rzetelnej informacji” nie odnosiłaby się do mediów małych, czyli takich, których oglądalność, słuchalność lub czytelnictwo nie przekracza określonej liczby (o jaką liczbę chodzi? Na razie trudno powiedzieć. To ekspert - medioznawcza lub ekonomista - musiałby rozstrzygnąć, od jakiego nakładu czy audytorium można mówić o medium masowym). Pisma specjalistyczne, hobbystyczne i naukowe, docierające do niewielkiego grona odbiorców, raczej nie zostałyby objęte “Ustawą…”. Proponowany dokument nie dotyczyłby również mediów adresowanych do dzieci i młodzieży. Nikt normalny nie chciałby przecież, aby w dziecięcej telewizji 25 proc. materiałów stanowiły filmy “tylko dla