Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 11 min czytania

Nareszcie w domu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nareszcie w domu, chociaż miło podróżowało się z tymi zawszonymi krasnalami, lubią zakląć, wypić, ale nie chowają urazy i co w sercu to w gębie, nie trudno się dogadać. Swojskie chłopaki, jeden problem – trudne imiona, jedyne co jest pewne to, to że częścią składową będzie nazwa trunku, bądź używki, zazwyczaj takiej w jakiej lubowali się brodaci rodziciele… A mają oni wyobraźnie, z tego co opowiadali w rodzinnych stronach potrafią zawsze w promieniu 20 metrów znaleźć jakiegoś grzybka, czy inną roślinkę potrafiącą umilić czas na długie godziny, choć wymaga to często dość skomplikowanej preparacji, namawiałem ich aby zajęli się alchemią, jednak powiedzieli, że to dobre dla gnomków o małych rozumach(nie wiem co mają do moich pobratymców, przecież to zaprawdę miłe knypki, noo może jedyne ich doświadczenia w mieszaniu wywarów to dodanie trucizny do zupy, ale jak tu ich nie lubić) i że jedyne słuszne zastosowanie alembiku to parowanie spirytusu. Właściwie to smutno się było z nimi rozstawać, podczas podróży przez kraj rozdarty wojną pomiędzy przedstawicielami naszych ras zawsze warto było mieć na podorędziu osobnika z drugiej strony konfliktu. W razie jakichkolwiek problemów, po prostu zamienialiśmy się rolami, w wioskach gnomich ja udawałem pana moich niewolników(radośnie było), gdy następnie wkraczaliśmy na teren buntowników towarzysze odgryzali się na swoim tymczasowym jeńcu. Tak miło płynęła nam podróż w atmosferze sympatii, której nie trzeba było okazywać i nie bywała nadszarpnięta przez psikusy podczas naszych małych przedstawień na użytek innych. Między innymi dzięki temu, że nie było potrzeby afiszowania się z tym jak się lubimy(z tego prostego powodu, że po prostu o tym wiedzieliśmy) ktoś taki jak ja mógł się z nimi zaprzyjaźnić, bo z nie wiadomych powodów nie toleruje pierdzielenia o tym jak kogoś się lubi, to zazwyczaj fałsz. Obudziwszy się z zamyślenia spojrzałem powtórnie na miasto i nagle, z dystansu, ujrzałem że mieszkańcy tego miejsca odpowiadają dokładnie cechą które w myślach wymieniłem jako najbardziej mnie wkurwiające. Następnie wspomniałem swoje dzieciństwo, które mimo życia, na co najmniej średnim poziomie nie było wcale zbyt udane i gdyby nie to, że rekrutant dojrzawszy w sobie tylko wiadomy sposób w zwykłym średniaku potencjał zabrał mnie do klasztoru, nadal żyłbym wśród irytujących wymuskanych i niezwykle uprzejmych ludzi, dzięki którym w pewnym momencie wziąłbym do pracy proch, a następnie się wysadził… Zwróciłem wzrok na herszta krasnali, który właśnie smarkając na rękę pozbywał się kataru. -Chłopaki jadę z wami!- Zawołałem. Khadyr, bo tak się zwał ten przeuroczy krasnal tylko spojrzał, i z typową dla jego ziomków lakonicznością rzekł: -Wiesz, co dobre- i odkorkował sękatą flaszkę z jakimś specyfikiem, zapachniało cytryną. -A popite masz?- Zażartowałem. -Wchodzi bez, nawet takim mięczakom jak Ty- Odpowiedział całkowicie poważnym tonem. Uśmiechnąłem się tylko, co zrobić, lubiłem drania. Gdy wróciłem do koni jeden z bliźniaków(nie wiem który, czterech było identycznych, a wódz wyróżniał się tylko bardziej przepitym głosem, a głos przepity jeszcze bardziej niż u nich, musiał budzić szacunek) podał mi obtłuczony kubek pachnący przyjemnie trunkiem i cytryną, łyknąłem, faktycznie cudeńko. W pewnym momencie fantazja wspomagana coraz większymi ilościami napoju, kazała nam udać się w dalszą drogę przez sam środek najbardziej dla krasnoludów wrogiego miasta na kontynencie. O dziwno przejechaliśmy przez nie o wiele łatwiej niż można by pomyśleć. Krasnoludy tylko spluwały z pogardą patrząc na oszołomione miny mieszczuchów i mówiły: -Przez najmniejszą przygraniczną wioskę ciężej jest przejechać…. Gdyby tylko zebrać trochę większą kompanie w ciągu 3 godzin zabawilibyśmy się tak, że pamiętaliby nas przez lata. Faktycznie, połowa mieszkańców deklarująca się jako zagorzali przeciwnicy krasnoludów, albo nie mogła się ruszyć z powodu naszej bezczelności, lub też po prostu po raz pierwszy widzieli na oczy krasnoluda… Po tym zdarzeniu upewniłem się tylko, co do mojej decyzji o przyłączeniu się do kompanii. Mieszkańców miasta było mi tylko żal, kiedyś jakaś śmielsza osoba spełni ciche groźby, dochodzące teraz z pogardliwie wydętych ust jadących obok znajomków. Trochę za miastem zauważyliśmy pościg, naród teoretyków zebrał się w końcu i coś postanowił, wyglądało na to, że całkiem skutecznie… Zobaczyłem 20 wyglądających na sprawnych jeźdźców, przynajmniej o tyle o ile gnom może być dobrym jeźdźcem... Moi współtowarzysze zaczęli się paskudnie uśmiechać i wypakowali z juków blaszany pojemnik wielkości małej miski, lub dużego kubka. Skrupulatnie odmierzyli małe porcje jaskrawego pyłu i usypując z niego małe kopczyki wciągnęli je do nosa. Po tej czynności bez słowa zaczęli przygotowywać się do bitwy, co wydawało się dziwne, bo przeciwnik miał ponad dwukrotną przewagę liczebną. Na moje pytające spojrzenie jedyną odpowiedzią było wskazanie brodą przez właśnie ubierającego kolczugę krasnala porcji, która została przeznaczona dla mnie. Trzeba wiedzieć, że jestem przeciwny dopalaczom, ale…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nareszcie w domu — czytnik · opowiadania