Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 13 min czytania

Narrator - rozdział I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

UWAGA: TEKST ZAWIERA WULGARYZMY I SCENY EROTYCZNE!

Tim Knox, funkcjonariusz z wydziału zabójstw nowojorskiej policji okręgu Manhattan, jeszcze raz rzucił okiem na opasłą teczkę leżącą na biurku. Upił łyk cholernie gorzkiej kawy i podniósł wzrok na osobę siedzącą naprzeciwko. -Charlotte, wiesz, że nie powinienem udostępniać ci tych dokumentów. Kobieta zgasiła papierosa. -Mam upoważnienie ze szpitala. Podpisane przez ordynatora, gdybyś nie dowierzał – To mówiąc, niedbale rzuciła w jego stronę świstek papieru. Tim powiódł wzrokiem po sznurkach liter i schował kartkę do kieszeni. -Idź do Marthy, w sekretariacie, zrobi ci ksero tego, czego potrzebujesz. Tylko – Tu pogroził jej palcem w zabawnym geście – bez żadnych numerów. Zadowolona z siebie, Charlotte wstała i uśmiechnęła się do Tima zawadiacko. -Wynagrodzę ci to, obiecuję. Dotrzymała obietnicy. Kilka godzin później nieskrępowanie zdzierała sobie gardło z rozkoszy, kiedy Tim uszczęśliwiał ją na blacie w jej pięknej, wypolerowanej kuchni. Układ pomiędzy Timem a Charlotte był wygodny dla obojga – ilekroć potrzebowała informacji, zwracała się do niego, odpłacając mu się tym, co miała najlepsze – sobą. Bo czy ludzie idealni mogą mieć coś lepszego niż własne, wymuskane ciało? Tim z początku nie rozumiał tego swoistego porozumienia, lecz z czasem nawet przestał pytać – po prostu przychodził do niej i bez pardonu brał to, co do niego należało. Co mu się należało. Nigdy nie darzyli się żadnym szczególnym uczuciem, być może dlatego, że w Timie również nie było niczego szczególnego. Charlotte wierzyła, że wyjątkowy związek można stworzyć z kimś wspaniałym, idealnym. Takim, jak ona. Tim był zabawką. Wiedział o tym i szlifował swoją przedmiotowość, odchodząc zaraz po tym, jak Charlotte wydała z siebie ostatni, przepełniony pożądaniem jęk. Mechaniczne czynności – zapinanie rozporka, zgarnięcie z blatu w kuchni kluczy do auta, zatrzaśnięcie drzwi. Zawsze w tej kolejności. Potem, przy samochodzie, odpalanie papierosa, szybka kawa w Starbucks na Upper East Side i powrót do domu, gdzie jedynie ciągle ujadający pies i zagłodzona złota rybka czekały wiernie. Rutyna potrafi zabijać, ale gdyby była tu prawda, trzy czwarte nowojorczyków byłoby już martwe. Charlotte w niektórych kwestiach nie lubiła monotonii. Jednak układ z Timem odpowiadał jej – była zadowolona przez następny tydzień, a potem, pod pretekstem zdobycia informacji, znów dzwoniła i znów oddawała się Timowi. Ostatnio z bólem stwierdziła, że nie widzi w nim niczego pociągającego. Był chudy, szpakowaty, miał przeciętną twarz i nosił szelki, co doprowadzało ją do furii. Ale nie miała czasu szukać odpowiedniego mężczyzny, nawet go nie potrzebowała. Chciała tylko się zadowolić, związki jej nie interesowały. Interesowała ją praca. Z przyjemnością zaliczając się do grona pracoholików, Charlotte Humphreys wypijała osiem kaw dziennie, paliła paczkę papierosów i chowała w szufladzie przy łóżku wibrator i prezerwatywy, tak na wszelki wypadek. Nie korzystała z nich, lecz sama świadomość, że tam są, w swoisty sposób podnosiła ją na duchu. Mężczyźni w jej życiu byli nieważni. Tak samo jak nieważny był zaległy rachunek z pralni lub para nowych butów kupiona tylko po to, by założyć je raz na randce w ciemno. Jednorazówki, mówiła o nich, a mimo to z utęsknieniem czekała na kolejną wiadomość od samotnego faceta na portalu randkowym. Lecz tylko na jedną noc. Nigdy dłużej. Wiązanie się dla Charlotte było równoznaczne z więzieniem. Więzienia nigdy nie kojarzyły się dobrze. Były zimne i wypełnione po brzegi negatywnymi emocjami; niepewne niczym ślepe ulice bez latarni. I to właśnie odpychało Charlotte najbardziej. Niepewność. Każda wizyta u pacjentów musiała mieć przewidziany jakiś koniec, bez względu na to, czy był dobry, czy zły. Sukces albo porażka – dla Charlotte nie miało to żadnego znaczenia, a więc kiedy poznała Adama Slatera, było jej wszystko jedno. Byleby doprowadzić sprawę do końca. Nienawiść do niedokończonych rzeczy bywała tak silna, że Charlotte bardzo często działała na siłę i wbrew własnej woli tylko i wyłącznie po to, by mieć spokojne sumienie. Ostatnie wydarzenia pokazały jednak, że robiła to zbyt często.

*

Kiedy pierwsze promienie słońca dotarły do mojego okna, zdałem sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak, jak być powinno. Zamiast cieszyć się z nowo odzyskanej tożsamości zastanawiałem się, co znaczą dziwne kreski i symbole wydrapane w śnieżnobiałej ścianie. Spojrzałem na swoje zakrwawione palce i – zlany zimnym potem – wyjrzałem przez okno. Roztaczający się przede mną dziedziniec wydawał mi się dziwnie spokojny, nawet jak na świt. Kilka razy widziałem tylko, jak ubrany na biało mężczyzna przechadza się w tę i z powrotem, by w końcu usiąść na ławce pod dorodną magnolią i gapić się w człapiące po kostce gołębie. Nienawidzę gołębi. Podobno mam trzydzieści trzy lata, co oznacza, że powinienem wiedzieć coś o życiu, ale jedyne, co przychodziło mi wtedy na myśl to to, że gołębie są niezwykle bezczelne i chamskie. Porównywałem je do ludzi, którzy umyślnie nie schodzą ci z drogi, nawet wtedy, kiedy wiedzą, że jesteś silniejszy od nich. Głowiłem się, usiłując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek udało mi się nadepnąć na gołębia, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Zrezygnowany, powróciłem do inskrypcji na ścianie. Moje myśli pędziły na złamanie karku kiedy próbowałem rozgryźć znaczenie symboli, ale moja cicha kontemplacja została przerwana przez odgłos otwieranych drzwi. Pielęgniarz, którego imienia dzisiaj nie umiem przytoczyć, spojrzał na mnie z nutą zdumienia i przerażenia jednocześnie. Przenosił wzrok to na mnie, to na ścianę, by w końcu sięgnąć po magiczne urządzenie zwane walkie-talkie i wymamrotać kilka niesłyszalnych dla mnie słów. Kiedy jego przepełniony troską wzrok na dłuższą chwilę zatrzymał się na mojej twarzy, już wiedziałem, że ponownie spotkam się z piękną Charlotte Humphreys. Była dla mnie o wiele bardziej fascynująca niż moje durne hieroglify wydrapane paznokciami w tynku albo facet od gołębi. Była czymś, co sprawiało, że nagle odechciało mi się wracać do mojego prawdziwego ja. W…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%