Romans · 1 godz. 5 min czytania
Narzeczony pilnie poszukiwany!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Narzeczony pilnie poszukiwany!
I
Otworzyłam drzwi do mieszkania. - Oj, kochanie – Daria zrobiła współczującą minę. – On naprawdę cię zostawił. A to sukinsyn – zaklęła siarczyście, przekraczając próg. Jej długi płaszcz energicznie zawinął się wokół szczupłej, wysokiej postaci. Zamknęłam drzwi i mocniej zacisnęłam pasek szlafroka. Rozsiadła się na kanapie, po czym wstała i siłą zmusiła mnie, żebym usiadła. - Tobie bardziej się to przyda – stwierdziła z miną znawcy, poszła do kuchni i wstawiła wodę w czajniku elektrycznym. – Kiedy ta łajza to zrobiła?! – Jej głos poniósł się po całym mieszkaniu. W duchu modliłam się, żeby sąsiedzi nie usłyszeli, albo żeby Daria nie zaczęła bardziej przeklinać, ponieważ kiedy się już rozkręciła, to uszy puchły. - Kiedy cię zostawił? – Nie dała za wygraną. Czasem była uparta jak osioł. Najczęściej wtedy, gdy nie miałam ochoty na rozmowę. Wytarłam mokry nos w rękaw szlafroka, a z moich oczu znowu polały się łzy. - Kochanie, przestań płakać – postawiła filiżanki z herbatą na stole i czule mnie przytuliła, co mnie jeszcze bardziej roztkliwiło. Teraz już nic nie było w stanie powstrzymać potoku żałości i upokorzenia. - Co mówisz? – Uniosła moją twarz w stronę światła. – Mój Boże, wyglądasz fatalnie. - Mówię, że tydzień temu – powtórzyłam z trudem hamując łzy. - Co tydzień temu? Zajęła się badaniem mojej opuchniętej buzi. - Zostawił mnie tydzień temu – te słowa wypowiedziałam po raz pierwszy od tamtego feralnego popołudnia. - Ach, zostawił cię tydzień temu… Jej wzrok ześlizgnął się w okolice moich oczu. Dostrzegłam współczujące, kochane spojrzenie. - On był dupkiem, który nie wart był tak cudownej dziewczyny – powiedziała po chwili. Oparłam głowę o jej moherowy sweter w kolorze śliwki, ale po chwili musiałam ją podnieść, gdyż znowu mnie nie słyszała, a poza tym włoski łaskotały mnie w nos i obawiałam się, że mogę niechcący coś na nich zostawić. - Powiedział, że nigdy go nie rozumiałam i tego, że on potrzebuje wokół siebie piękna, a ja reprezentuję sobą tylko… – urwałam. – Tylko wszechogarniającą pospolitość i on ma już mnie dosyć i musi odejść – dokończyłam dzielnie. - Głąb kapuściany! – Krzyknęła wściekle. Widocznie zabrakło w jej słowniku bardziej trafnych epitetów. - Niech ja go dorwę. Jej palce, niczym szpony zacisnęły się na moich plecach. Wiedziałam, że przeżywa tą chwilę prawie tak samo silnie jak ja. W końcu, po godzinie, udało mi się pozbierać. Piłyśmy już trzecią filiżankę herbaty, kiedy zadzwonił telefon. - Halo - podniosłam słuchawkę, a Daria nadstawiła uszu. - Iza? To ty, kochanie? Skrzywiłam się. Brakowało mi tylko telefonu od wiecznie zamartwiającej się matki. - Tak mamo. Stało się coś? Daria z powrotem wygodniej usadowiła się na kanapie i z lustrowała wystrój pokoju, który w ostatnich dniach na pewno nie przypominał Wersalu. - Dzwonię, żeby przypomnieć ci o świętach – urwała i czekała na moją pełną entuzjazmu reakcję. – Pamiętasz, że miałaś przyjechać do nas ze swoim narzeczonym? - O cholera! – Wyrwało mi się zanim zdążyłam ugryźć się w język. - Nie choleruj mi przez telefon! – Matka podniosła głos. - Przepraszam, ale czy to konieczne? – Rozpacz w moim głosie postawiła na nogi Darię, która przysunęła się bliżej telefonu. – Nie bardzo mi to pasuje. Usłyszałam przeciągłe westchnienie, chrząknięcie i kaszlnięcie. Widocznie przygotowała się do dłuższego monologu. - Kochanie – zaczęła bardzo łagodnie, co nie zwiastowało niczego dobrego. – Kochanie, nie możesz mi tego zrobić. Święta za tydzień i wszystko jest już naszykowane na wasze oficjalne zaręczyny. Zaprosiłam już gości i właśnie gotuję bigos. Wszyscy tak bardzo się cieszą, że moja maleńka wychodzi za mąż i naprawdę wyrządziłabyś nam ogromną krzywdę nie przyjeżdżając na te święta. Zatkało mnie, a Daria o mały włos nie parsknęła śmiechem. Nie widziałam w tej sytuacji nic komicznego i znowu zachciało mi się płakać. - Mamo, nie możesz tak…bez porozumienia ze mną… – jąkałam się. – Ja nie jestem gotowa… i w ogóle… - Co i w ogóle? –Dopytywała się. - I w ogóle to rodzice Marka zaprosili nas na święta i nie mogę im odmówić – oświeciło mnie. - Ach – westchnęła zawiedziona. – No to może spróbujesz jakoś się podzielić? Z niedowierzaniem pokręciłam głową. - To niemożliwe – powiedziałam twardo. - W takim razie będę musiała wszystko odwołać. Biedne karpie trafią na stół do obcych ludzi… - Ależ mamo! – Krzyknęłam. – One i tak zostaną zjedzone! - No wiesz, ale z nami się już zaprzyjaźniły… Tym razem to ja westchnęłam, żeby ukryć rozbawienie. - Dobrze, przyjadę, ale… - Będziemy was oczekiwać w Wigilię z samego rana – przerwała mi i szybko odłożyła słuchawkę. - …nie licz na Marka – dokończyłam cicho kompletnie złamana. Słuchawka wypadła mi z dłoni i tylko ramię Darii powstrzymało mnie przed upadkiem. - Co mam zrobić? – Spytałam licząc na jej zdrowy rozsądek. - Poszukaj sobie narzeczonego – uśmiechnęła się, jakby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
- Poszukaj sobie narzeczonego – po raz kolejny przedrzeźniałam dobrą radę Darii. - Słucham, co pani mówi? – Ciekawska, otyła klientka nachyliła się w moją stronę. - Przepraszam, to nie do pani. Powiesiłam na wieszaku kolejną odrzuconą spódniczkę i zajęłam się porządkowaniem stoiska. Na brak pracy nie mogłam narzekać. Sklep z odzieżą, jak zwykle przed świętami, funkcjonował bez zarzutu, tylko rąk do pracy brakowało. Było nas ośmioro sprzedawców i dwoje kierowników, a i tak nie wychodziliśmy do domu wcześniej niż o jedenastej. To była ciężka robota, ale lepsza taka niż żadna. - Iza, zajmij się panią – szepnęła Kinga. Odłożyłam przepiękny sweter, na który nigdy nie będzie mnie stać i powlokłam się w stronę ciekawskiej klientki. - Widzę, że zna się pani na rzeczy – powiedziała tamta. Ciekawe, skąd jej to przyszło do głowy? - Potrzebuję coś oszałamiającego na ten wieczór. Cena nie gra roli. Zastanowiłam się. - Woli pani spodnie czy raczej spódnicę? – Spytałam grzecznie, lustrując ją od góry do dołu i zastanawiając się czy mamy coś w tak dużym rozmiarze. – Może raczej spódnicę i coś na górę, jakiś żakiecik. Zostawiłam ją wpatrzoną w wielkie, wyszczuplające lustro i poszłam na magazyn. - Mam coś idealnego – posłałam jej uśmiech niosąc w ręku zdobycz, która zalegała na sklepie od jesiennej wyprzedaży. - Cudowne – westchnęła klientka i wyrywając mi towar z ręki, pobiegła do przymierzalni. Musiałam bardzo się hamować, kiedy odsunęła kotarę i stanęła przede mną w pełni usatysfakcjonowana. - No i jak? – Okręciła się wokół. Zasłoniłam ręką usta, żeby nie parsknąć śmiechem i udałam, że się zastanawiam, chodziaż nie było nad czym. Wyglądała, jak orka w mundurze. - To chyba nie pani kolor – westchnęłam. – Proszę to zdjąć, poszukam czegoś odpowiedniejszego. - Bardzo panią proszę – wyraźnie się zmartwiła. – To dla mnie ważna okazja i muszę wypaść idealnie. Rozpacz w jej głosie obudziła we mnie współczucie. - Co to za wydarzenie? Jej oczy rozjaśnił uśmiech tak, że prawie wydała się ładna. - Zamierzam zdobyć męża – szepnęła konspiracyjnie. Zdziwiona uniosłam brwi. - Ach, to muszę poszukać czegoś naprawdę wystrzałowego – jej nastrój udzielił się i mnie. Kiedy już udało się nam dobrać najbardziej odpowiedni strój, klientka nie posiadała się z zachwytu. - Chciałabym coś dla pani zrobić – powiedziała wyjmując kartę kredytową. – Poświęciła mi pani naprawdę sporo uwagi i muszę się jakoś odwdzięczyć. - Proszę nas jeszcze odwiedzić – moja kierowniczka byłaby dumna z takiej odpowiedzi. Klientka chwyciła moją dłoń sięgającą po kartę. - Chwileczkę. Za moment wróciła ze swetrem, który wcześniej tak zachłannie oglądałam. - To chyba pani rozmiar – przyłożyła ubranie do mojej klatki piersiowej. – Idealny i nawet pani kolor. Soczysta, ciemna zieleń. Powinna pani ufarbować włosy na kasztan. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością. - Naprawdę nie powinnam tego przyjmować. - Ale to nie jest zabronione, prawda? – Spytała. Pokręciłam głową i doliczyłam sweter do rachunku, chowając go pod ladę. - Mam jeszcze jedno pytanie – odezwałam się szybko, zanim opuściła sklep. – Co pani zrobiła, żeby znaleźć męża? Puściła do mnie „oczko”. - Zadzwoniłam do „Randki” i umówiłam się. Nic prostszego. Do widzenia słoneczko. Wyszła kołysząc ogromnymi biodrami, a ja stałam przy kasie nie mogąc dojść do siebie. Jej słowa kołatały się w mojej głowie. „Nic prostszego”, ale czym, do cholery, jest „Randka”? Tłum napierających klientów zmusił mnie do powrotu na Ziemię.
Wolną środę poświęciłam na porządki w moim małym mieszkaniu. Powoli wracałam do siebie albo udzielił mi się przedświąteczny nastrój panujący dookoła. Starałam się nie myśleć o Marku, ale każdy drobiazg mi go przypominał. W końcu ze złością zrzuciłam z półki książki o muzyce klasycznej, tak skrupulatnie kompletowane i zestaw płyt CD z utworami największych kompozytorów. Biedny Mozart, chyba nikt go jeszcze tak nie potraktował. Wrzuciłam wszystkie te rzeczy do wielkiego pudła i wyniosłam do zsypu. Może ktoś się nimi zainteresuje. Ja już ich nie potrzebowałam. Właściwie, to chyba nigdy nie lubiłam takiej muzyki na tyle, żeby kolekcjonować płyty. Kolejna rzecz, zupełnie bez związku z moimi faktycznymi zainteresowaniami. Znowu zdałam sobie sprawę, jak bardzo Marek zdominował moje życie i że robiłam wszystko, żeby przypodobać się człowiekowi, którego prawdopodobnie od dawna w ogóle nie obchodziłam. Uśmiechnęłam się pod nosem i zawartość pudła spuściłam zsypem na dół rozkoszując się dźwiękiem zagłady wydobywającym się z ogromnej rury. Po raz pierwszy od dawna poczułam coś na kształt wolności. Do wieczora, zanim przyszła Daria, zdążyłam wyrzucić wszystkie rzeczy mające jakikolwiek związek z moim byłym narzeczonym, zostawiając tylko drobiazgi, z którymi byłam najbardziej związana. Roześmiałam się głośno, kiedy ulubiony zestaw filiżanek Marka wylądował w koszu razem z kilkoma jego koszulkami, które sama mu kupiłam, żeby miał na zmianę, kiedy u mnie nocuje. Niczym nieznośne dziecko śmiałam się, patrząc z balkonu, jak obrzydliwy kaktus, rozbija się o chodnik. Na szczęście było zbyt ciemno, żeby ludzie mogli zorientować się, kto jest sprawcą takiego wandalizmu. O dziewiętnastej przyszła Daria. - Szybko, musisz włączyć radio – wbiegła do pokoju. – Już się zaczęło. - Co się zaczęło? – Spytałam siadając obok niej. Nieobecnym wzrokiem obrzuciła moje mieszkanie, ale nie skomentowała zmian. - Zadzwoniłam do „Randki” w twoim imieniu – tylko tyle udało mi się z niej wyciągnąć. Z ulgą, być może przedwczesną, jak się później okazało, pomyślałam, że w końcu coś zaczyna się dziać. - A teraz poznamy kolejną tajemniczą osobę, która rozpaczliwie szuka narzeczonego – usłyszałam słowa spikera. - Cześć – to był głos Darii dobiegający z oddali. - Jechałam autobusem – wyjaśniła szybko. - Nazywam się Iza i jestem atrakcyjną, wysoką, szczupłą szatynką pilnie poszukującą narzeczonego w wieku od dwudziestu pięciu do trzydziestu lat. Musi mieć przynajmniej metr osiemdziesiąt wzrostu i oczywiście odznaczać się inteligencją i nieprzeciętną wrażliwością, gdyż niedawno zostałam porzucona i jeszcze cierpię. Niecierpliwie czekam na telefon – tu nastąpiło kilkukrotne powtórzenie mojego numeru. - Tak więc wszyscy przystojni, wysocy i pełni empatii kawalerzy lub rozwodnicy łapcie za telefon. Narzeczony pilnie poszukiwany – zakończył spiker, a Daria bardzo powoli wyłączyła radio spoglądając na mnie. Nie rozumiałam, co się właściwie stało. Wiem, że za chwilę tarzałyśmy się po podłodze krzycząc wściekle jedna na drugą. - Ty małpo! – Chwilowo zdobyłam przewagę, przygważdżając ją do podłogi. Jej starannie wypracowaną fryzurę szlak trafił. – Jak mogłaś mi to zrobić?! Krew we mnie wrzała. - Masz na myśli to, że cię nie zapytałam o zgodę? Chwilowy wyraz poczucia winy na jej twarzy ustąpił zaciętemu uporowi. Pokręciłam głową i zeszłam z niej. Stanowiłyśmy rozpaczliwy widok. - Tak i to, że całemu światu obwieściłaś, że zostałam porzucona. - Biedna, dumna Iza – w jej głosie zabrzmiał nieukrywany sarkazm. – Po raz pierwszy ktoś ją porzucił i świat się zawalił. Teraz wiesz już, jak czuli się wszyscy twoi byli faceci, których zostawiłaś na lodzie. - Och, zamilcz! – Żachnęłam się. Byłam naprawdę wściekła. - Poza tym, skąd przyszło ci do głowy co najmniej metr osiemdziesiąt? I dlaczego podałaś swój rysopis, przecież wiesz, że dla tak wysokiego faceta będę musiała nosić buty na obcasie, czego nie znoszę. Przysunęła się do mnie i oparła głowę o moje ramię. - Kochanie, zrobiłam to wszystko dla ciebie, gdyż ty nigdy byś się na to nie zdobyła – powiedziała prawdę i nie mogłam się dłużej gniewać. Kiedy zadzwonił telefon, ogarnął mnie niepokój. - Pozwól, że ja będę rozmawiać. Z ulgą przystałam na jej propozycję. - Mamy tylko dwie szanse – podsumowała rozmowy. – Większość z nich chciała się tylko z tobą przespać, ale dwóch to zupełnie inna sprawa. - Miałaś na myśli, że chcieli przespać się z tobą – uściśliłam. Skromnie spuściła głowę. - Być może, ale to nie zmienia faktu, że szukamy narzeczonego dla ciebie. Mętlik w mojej głowie był coraz większy. - Umówiłam cię na piątek – powiedziała powoli, trochę zbyt późno oczekując mojej aprobaty. - Na piątek, ależ to za dwa dni – spanikowałam. – Poza tym, jak ty to sobie wyobrażasz? Przecież obaj uciekną, kiedy tylko mnie zobaczą. Nie pomyślałaś o tym, kiedy mnie opisywałaś. Uśmiechnęła się. - I tu się mylisz Pomyślałam o wszystkim.
Część 22 / 2
Nie miałam czasu, żeby wszystko odwołać. Praca szła pełną parą, więc kiedy ze zgrozą uświadomiłam sobie, że to już piątek przed Wigilią, było za późno na jakiekolwiek urozmaicenia we własnym wyglądzie. Musiałam polegać na talencie dyplomatycznym mojej przyjaciółki. Umówiłyśmy się w pubie prowadzonym przez znajomych, gdzie zawsze było dużo gości, więc łatwo wtopiłam się w tłum. Zarezerwowałyśmy dwa stoliki, a barmanowi zapowiedziałyśmy, że gdyby ktoś pytał o Izę, to ma go pokierować do stolika Darii. Ja, miałabym obserwować całe spotkanie z sąsiedniego miejsca i dawać jej znaki, czy akceptuję mężczyznę czy w ogóle mi nie odpowiada. Plan wydawał się idealnie prosty i łatwy do zrealizowania. Byłam niewidoczna, a jednocześnie mogłam ocenić mojego przyszłego „narzeczonego”. Obaj mężczyźni mieli pojawić się godzina po godzinie, więc czasu miałyśmy wiele. Wierzyłam w doświadczenie Darii i jej kobiecą intuicję. Musiałam wierzyć, gdyż ja byłam przerażona, co uwidaczniało się drżeniem rąk i suchością w gardle. Kiedy pierwszy z mężczyzn pojawił się przy stoliku Darii, ja miałam za sobą dwa piwa i moje ciało zaczęło się rozluźniać. Obserwowałam, jak moja przyjaciółka podaje dłoń wysokiemu, przystojnemu mężczyźnie, po czym zajmują miejsca naprzeciwko siebie. Mogłam go ocenić na jakieś trzydzieści lat, a więc był o pięć lat starszy ode mnie. Ubrany był w garnitur, w którym prezentował się nadzwyczaj korzystnie, a druciane okulary nadawały mu wygląd jakiegoś maklera giełdowego lub przebojowego menadżera. Przyniesiono drinki i rozmowa potoczyła się ustalonym torem. Wiedziałam, o czym rozmawiają. Co prawda hałas zagłuszał słowa, ale dokładnie opracowałyśmy każdy szczegół spotkania, więc mogłam być spokojna. Minęło około pół godziny i dawałam rozpaczliwe znaki Darii, żeby powoli kończyła, gdyż zaraz miał się zjawić następny, lecz ona nie zwracała na mnie uwagi, pochłonięta rozmową. Zafascynowana patrzyła na „mojego” faceta. Tego było za wiele. Chwyciłam swoje piwo i wstałam, udając, że próbuję przecisnąć się na parkiet. Zachwiałam się i dokładnie nad tym cudownym mężczyzną „niechcący” wylałam zawartość swojej szklanki na jego wypieszczony garnitur. - O jejku, tak mi przykro – zaczęłam pospiesznie usuwać gazujący napój z jego marynarki. – Naprawdę nie wiem, jak to się stało. Popatrzył na mnie z wysoka, zza drucianych oprawek i zmarszczył brwi, chcąc najwidoczniej odpowiedzieć coś niegrzecznie. Wściekłość na jego twarzy spowodowała, że cofnęłam ręce pełne mokrych chusteczek. Napięcie rosło, kiedy dobiegł nas perlisty śmiech Darii. - To jest właśnie Iza! – Próbowała przekrzyczeć muzykę. – Właśnie miałam was sobie przedstawić, ale mnie uprzedziłaś. Szczęka mi opadła. Podeszła do mnie i objęła ramieniem. - Na co dzień jest bardzo miłą i uprzejmą osóbką. Naprawdę nie wiem, co cię napadło – skarciła mnie. - Gdybyś tak się do niego nie wdzięczyła, to nie musiałabym tego robić – syknęłam jej do ucha, co spowodowało kolejny wybuch śmiechu. - Ona nic nie wie – mrugnęła do nieznajomego. Ich wspólna tajemnica pozbawiła mnie zahamowań. - Chrzanię was! – Krzyknęłam. – I nie chcę już narzeczonego! – Kopnęłam krzesło stojące mi na drodze i przeciskając się przez tłum dotarłam do szatni, gdzie odebrałam płaszcz. Już miałam wychodzić, kiedy poczułam rękę na swoim przedramieniu. - To chyba twoje – usłyszałam cichy głos i przez łzy spojrzałam na swoją torebkę. – Zostawiłaś przy stoliku. Wyrwałam własność z ręki nieznajomego i nie obdarzając go spojrzeniem uciekłam w ciemność.
Wigilia rano. Obudził mnie nachalny dźwięk komórki. - Gdzie jesteście? – Słodycz w głosie mamy nie pozostawiała wątpliwości, że nadal się nas spodziewa. - Cześć mamo – ledwo oprzytomniałam. – Widzisz sprawy trochę się skomplikowały. - Będziecie po południu? – Dopytywała się, nie zważając na ton mojego głosu. – Nie szkodzi, poczekamy z obiadem. Przewróciłam się na plecy i jęknęłam. - Nie o to chodzi – zupełnie nie wiedziałam, jak jej to powiedzieć. - Będziesz jeszcze później? - Nie, na pewno uda mi się przyjechać na obiad – wyjaśniłam. – Samej – dodałam w myślach. - Ależ kochanie, nie musisz się spieszyć. Na pewno czujesz się zmęczona ciężką pracą, jak to przed świętami. Jeśli dotrzecie na kolację… Dalej nie słuchałam, gdyż dobiegł mnie dźwięk domofonu. - Mamo, poczekaj chwilkę, ktoś do mnie dzwoni. - Och, idź szybko i otwórz, a ja kończę. To na pewno Marek – rozłączyła się. - Na pewno – powtórzyłam zrezygnowana i podniosłam słuchawkę. – Tak? Chwila ciszy. - Cześć – usłyszałam niepewny, męski głos. – Czy zastałem Izę? - Tak – powiedziałam powoli nieprzyzwyczajona do odwiedzin o ósmej rano. – To ja. - No cóż, myślałem, że cię nie ma, ale skoro jesteś, to chyba znalazłem dla ciebie narzeczonego. Nieświadomie odłożyłam słuchawkę i stałam przez moment zastanawiając się nad tym, co przed chwilą usłyszałam. - Narzeczonego? – Podniosłam domofon. – Może wejdziesz? – Przycisnęłam guzik. Szybko ogarnęłam pokój i kiedy otwierałam drzwi, byłam już ubrana i jako tako uczesana. Na progu stał zupełnie nieznajomy mężczyzna i głupio się uśmiechał. Przemknęło mi przez głowę, że jednak coś musiałam stracić z wczorajszego wieczoru, bo zupełnie nie rozumiałam, co się dzieje. - Powiedziałeś, że znalazłeś mi narzeczonego. Gdzie on jest? – Spytałam nieufnie. - To ja – odpowiedział krótko. - Ty? – Uniosłam brwi. – Jak to ty? Wiedziałam, że zachowuję się głupio, ale nie potrafiłam zdobyć się na elokwencję. Miałam przed sobą mężczyznę około trzydziestki, metra siedemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu, w dżinsowych spodniach, dobrej jakości kurtce, z plecakiem na ramieniu. Nawet nie potrafiłam określić czy był przystojny, gdyż miał bardzo niezdecydowaną minę. - Byłem wczoraj w pubie, ale właśnie wychodziłaś i nie zdążyłem cię poznać. Pokręciłam głową. - Wczorajszy wieczór był do dupy – skrzywiłam się. – Przepraszam za określenie. Może wejdziesz i napijesz się kawy. Wpuściłam go do środka i poszłam do kuchni wstawić wodę. Obrzuciłam w lustrze swoje odbicie i poprawiłam włosy, które zdążyły wydostać się spod gumki. - Jaką pijesz?! – Krzyknęłam i drgnęłam, kiedy odezwał się tuż za moimi plecami. - Zwykłą. Przecisnęłam się obok niego próbując wyciągnąć filiżanki. - W kubku – dodał. Uśmiechnęłam się wyjmując naczynia. - Lepiej nie mogłeś tego sprecyzować. Nasypałam po dwie łyżeczki kawy i zalałam wrzątkiem. Kiedy podałam mu cukier, osłodził obie kawy dokładnie tyle, ile bym sobie życzyła. Chyba czytał mi w myślach. - Przepraszam, nie za dużo? – Odstawił cukiernicę. - W sam raz. Chodźmy do pokoju. Usiedliśmy w przeciwnych końcach kanapy i chwilę sondowaliśmy się wzrokiem. - Nie spełniam twoich oczekiwań – stwierdził po chwili. - Ani ja twoich – potwierdziłam. – Nie jestem atrakcyjną, wysoką szatynką. - Wiedziałem o tym. - Skąd? – Zdziwiłam się. - Przecież byłem wczoraj w pubie. - Ale Daria, na pewno wziąłeś ją za mnie – chciałam wyjaśnić nieporozumienie. - Na początku tak było, ale późnej sprawa się wyjaśniła, kiedy wylałaś mojemu przyjacielowi piwo na marynarkę. - Och nie. Widziałeś to? – Zaczerwieniłam się po same uszy. – I mimo wszystko przyszedłeś? Skinął głową. Tajemniczość całego zdarzenia zaczęła mnie przerastać. - Właściwie, to kim ty jesteś, tym pierwszym, czy drugim facetem? Dlaczego facet w marynarce jest twoim przyjacielem i jak w ogóle masz na imię? Roześmiał się głośno. Nie sądziłam, że jestem zabawna. Spojrzał mi uważnie w oczy, jakby chciał wszystko raz na zawsze wyjaśnić, nie pozostawiając żadnych wątpliwości. - Jestem tym pierwszym i tym drugim. Tomek jest moim przyjacielem, bo go lubię, a na imię mam Marek. - Że co proszę? – Chyba niewiele zrozumiałam. – Możesz powtórzyć? Zastanowił się, a ja gapiłam się w jego całkiem sympatyczną twarz. Niebieskie oczy sondowały mnie z taką samą zaciekłością, jak moje – zielone patrzyły na niego. - Chyba muszę zacząć od początku – nie spuszczał ze mnie wzroku. – Wydaje mi się, że jesteśmy w podobnej sytuacji, ale jeśli się mylę, to mnie popraw. Obydwoje zostaliśmy porzuceni przed świętami, a nasze rodziny nic o tym nie wiedzą. Wsłuchiwałam się w jego słowa, które odzwierciedlały moją obecną sytuację. - Tomek zaproponował, żebym zadzwonił do jakiegoś radia i podał swój numer telefonu, to może uda mi się znaleźć kobietę, która zechce odgrywać rolę narzeczonej na czas świąt. Usłyszałem twój telefon, a właściwie Darii i postanowiłem zaryzykować. Upiłam łyk kawy. To wszystko była bardzo dziwna historia. - W takim razie dlaczego umówiłeś się dwa razy? Wzruszył ramionami. - Trochę przerażała mnie ta „atrakcyjna, wysoka szatynka” i chciałem, żeby Tomek poszedł na pierwsze spotkanie. - Wybadać teren? – Spytałam ze zrozumieniem. - Dokładnie – dołeczki w jego policzkach trochę go odmłodziły. - Nie wyszło mu to na zdrowie – skrzywiłam się na wspomnienie wylanego piwa. - A jak myślisz, z kim je dzisiaj śniadanie? Otworzyłam buzię i zaśmiałam się niedowierzająco. - Z moją bezwstydną przyjaciółką? - No właśnie. - Nie wierzę. Ona jest niesamowita – pokręciłam głową. – Naprawdę masz na imię Marek? Przytaknął. - Słyszałem o twoim byłym i jakoś tak mi głupio z tego powodu. Odruchowo musnęłam jego dłoń spoczywającą na oparciu kanapy i cofnęłam się zawstydzona. - Przecież imion sobie człowiek nie wybiera – burknęłam. – Mam nadzieję, że nie noszę imienia twojej byłej. - Musiałabyś nazywać się Nuka – parsknął śmiechem. Moje palce nie utrzymały kubka i trochę kawy poleciało na czystą bluzkę. - Cholera! – Zaklęłam ścierając plamę. – Mówisz o jakimś psie? Patrzył na mnie wyraźnie ubawiony. - Dokładnie o suce, którą wziąłem ze schroniska jakieś dwa tygodnie temu, ale przed trzema dniami widocznie postanowiła wrócić do swoich poprzednich właścicieli, bo mi zwiała. Wyobrażasz to sobie? Podniosłam głowę i nie mogłam się powstrzymać. - No coś ty? Naprawdę? – Zachichotałam. Dwie godziny później spojrzałam na zegarek. Ten czas spędziliśmy na opowiadaniu sobie życia i ustaleniu szczegółów zachowania się w towarzystwie naszych rodzin. Zgodnie stwierdziliśmy, że Boże Narodzenie częściowo powinniśmy spędzić u rodziców Marka, którzy oczekiwali jego odwiedzin wraz z narzeczoną. - Nie rozumiem jednego – zastanowiłam się. – Skoro do tej pory mieszkałeś z psem, to skąd wzięła się narzeczona? - Mam trzydzieści jeden lat i do tej pory nie miałem czasu na poważne związki… - Więc uraczyłeś rodziców historyjką o zmyślonej narzeczonej – wtrąciłam. W jednej chwili wszystko zrozumiałam. Zrobił skruszoną minę. - Nie chciałem rozczarować rodziców, którzy chcą doczekać wnucząt, a presja jest ogromna. - Chyba nie zastanowiłeś się nad konsekwencją swojego krętactwa – pouczyłam. - To samo można powiedzieć o tobie – dodał. - To nie tak – uniosłam się. – U mnie samo tak wyszło. - Oprócz tego, że nie powiedziałaś mamie, że zostawił cię narzeczony, którego zresztą nie zdążyłaś jej jeszcze przedstawić. Westchnęłam. - Jakoś tak wyszło, że Marek nigdy nie znalazł czasu, żeby pojechać ze mną do rodziców, ale dajmy już temu spokój. Teraz muszę to odpokutować. Odstawił pusty kubek. - Może nie będzie tak źle – powiedział cicho. - Będzie tragicznie – machnęłam ręką. – Nie znasz moich rodziców. Oni chcą wyprawić nam prawdziwe zaręczyny. A co, jeśli się zorientują? Odebrał mój kubek i wyniósł naczynia do kuchni. Zmywał, kiedy tam weszłam. - Co robisz? Wytarł ręce i spojrzał mi w oczy. - Próbuję ci udowodnić, że nie będzie tak źle. Musimy po prostu lepiej się poznać. Minął mnie w przejściu i wrócił do pokoju, a ja dopiero po chwili ocknęłam się z zadumy, zdając sobie sprawę, że stoję oparta o lodówkę i czekam na gest, który nie nastąpił. - Naprawdę się zgadzasz? – Nadal mu nie wierzyłam. – Nie zostawisz mnie w środku tego całego bałaganu? Usłyszałam błaganie w swoim głosie. - To znaczy po świętach zrywamy ze sobą, zgodnie z umową – dodałam trochę pewniej. – Te święta nie są dla mnie łatwe. Cały rok przygotowywałam się, że zabiorę Marka do rodziców i ogłosimy nasze zaręczyny, ale widocznie nie było mi to pisane. - Narzeczony się zmienił, ale imię pozostało to samo. Czy to taka wielka różnica? – Spytał głupio. Rozsądek podpowiadał mi, że ogromna, ale tylko spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się. - Może faktycznie nie będzie tak źle – odsunęłam od siebie najmniejsze wątpliwości. Pakowanie zajęło mi godzinę. Okazało się, że Marek przyjechał samochodem, więc podróż znacznie się skróci. Byłam mu naprawdę wdzięczna i starałam się wyrazić to każdym słowem i gestem. W którymś momencie oderwał wzrok od jezdni i spojrzał na mnie. - Przestań już z tą wdzięcznością. Wystarczy, że zrobisz to samo dla mnie w Boże Narodzenie i będziemy kwita – prawie fuknął, a ja z uśmiechem wtuliłam się w płaszcz i obserwowałam widoki migające za szybą samochodu.
II
Delikatnie potrząsnął moim ramieniem. - To tutaj? – Spytał. Przytomnie spojrzałam za szybę i uśmiechnęłam się. - Dokładnie. Samochód stał przed jednorodzinnym domkiem znajdującym się w małej miejscowości pod Łowiczem. Szybko wysiadłam i rozprostowałam kości. Marek ociągał się. - Teraz pękasz? – Zajrzałam do samochodu. – Trochę za późno. Otworzył drzwi i sięgnął torby z bagażnika. - Teatrzyk „Zielona gęś” ma zaszczyt przedstawić państwu… – mruczał pod nosem. Musiałam przyznać, że czuję się zdecydowanie lepiej i pewniej, od kiedy wyjechaliśmy z Łodzi. Zdobyłam się nawet na współczucie w stosunku do niego. - Będzie dobrze – poklepałam go po plecach. - Dzięki, od razu mi lepiej. Stanęliśmy przed dębowymi drzwiami. - Poczekaj – chwycił moją dłoń i wsunął na palec pierścionek. Obłoczki pary wydobywały się z jego ust. - Skąd go masz? Jest piękny – spojrzałam na srebrną błyskotkę z maleńkim, białym kamieniem. - To rodzinna pamiątka. Potrząsnęłam ręką. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że kamień jest prawdziwy? To nie cyrkonia? Uśmiechnął się tajemniczo. - Mam jedną prośbę. Nie zgub go. Przełożyłam pierścionek na inny palec, na którym lepiej się trzymał. - Nie śmiałabym – zapewniłam i otworzyłam drzwi. Nie moglibyśmy wejść ciszej. Mamę zastaliśmy w kuchni, gdzie gniotła ciasto z rękami do łokci w mące. - Cześć – odezwałam się od progu. Krzyknęła, kiedy nas zobaczyła i uciekła do łazienki. - Ona zawsze tak reaguje? – Marek niezdecydowanie potarł brodę. - Tylko na mój widok – wyjaśniłam. Po chwili wróciła, już czysta i uściskała nas mocno. Pachniała zapowiedzią cudownych świąt. - W końcu mogę poznać narzeczonego mojej Izuni – jeszcze raz ścisnęła Marka, aż zabrakło mu tchu. Ginął między jej pokaźnymi piersiami. Bardzo chciałam mu współczuć, ale ucieszyłam się, że tym razem nie mnie to spotkało. - Rozpakujcie się. Pokoje są przygotowane. Na szczęście rodzice byli tradycjonalistami i nie uznawali seksu przed ślubem. Odetchnęłam na wieść, że pod tym względem nic się nie zmieniło i posłałam Markowi pełne ulgi spojrzenie, które pochwyciła mama i zrozumiała opatrznie. - Jeszcze się sobą nacieszycie, pieszczoszki, po ślubie – roześmiała się lubieżnie, zupełnie jak nie moja mama, a ja spłonęłam rumieńcem. Patrząc na ramiona Marka, kiedy wnosił bagaże na górę, pomyślałam, że miło by było przytulić się do niego. Uśmiechnęłam się do pierścionka bezpiecznie spoczywającego na środkowym palcu mojej prawej dłoni. Tata przyjął nas z większą rezerwą. Lustrował Marka, zastanawiając się, kogo jedynaczka sprowadziła do domu. Na jego nieszczęście wszystkie myśli można mu było wyczytać z twarzy. Marek zaś stwarzał wrażenie człowieka skromnego i opanowanego. Chyba tylko ja widziałam jego zdenerwowanie, które próbowałam zminimalizować, co chwilę ściskając jego dłonie. - Córka wspominała, że uwielbia pan muzykę klasyczną – odezwał się ojciec, tym razem mnie wprawiając w zakłopotanie. - Owszem, ale wolę bardziej współczesne klimaty – Marek nie stracił opanowania. - Co na przykład? – Dopytywał się tata, jakby muzyka była sensem jego życia, co mijało się z prawdą. - Na przykład Mika Oldfielda. - Naprawdę? – Zachwycona trochę się zapomniałam. – To mój ulubiony wykonawca. - Chyba nie wszystko wiesz o swoim narzeczonym, kochanie – mama postawiła herbatę na stole. - Ach, on jest taki tajemniczy – machnęłam ręką. Marek odsunął z mojej twarzy kosmyk ciemnoblond włosów. - Wiemy o sobie wszystko co trzeba, żeby się pobrać – powiedział pewnie patrząc w moje oczy. Tata chrząknął znacząco. - Skończył pan zarządzanie i marketing? – Nieubłaganie badał przyszłego zięcia. Marek uśmiechnął się pod nosem. - Tak wam powiedziała Iza? – Spojrzeliśmy na niego z zainteresowaniem. O to też zapomniałam zapytać. – Może obawiała się waszej reakcji, kiedy dowiecie się, że wychodzi za psychologa? O mały włos się nie udławiłam. Musiał kilka razy uderzyć mnie w plecy, zanim kaszel minął. - Biedactwo, chyba się przeziębiłaś? – Mama dotknęła mojego czoła. – Nie masz temperatury? Zaprzeczyłam. - To chwilowe. Zaraz przejdzie. - Ile zamierzacie mieć dzieci? – Padło kolejne pytanie. - Co najmniej dwoje – powiedział Marek. - Jeszcze nie rozmawialiśmy na ten temat – wtrąciłam dokładnie w tym samym momencie. Ojciec popatrzył na nas uważnie. - Musicie to wyjaśnić. I to jeszcze przed ślubem, bo potem nie będzie czasu na rozstrzyganie tak poważnych zagadnień. - Pójdę pomóc mamie – zerwałam się od stołu zostawiając mężczyzna sam na sam. – Niech sobie radzi, cholerny pan psycholog – mruczałam pod nosem w drodze do kuchni. Byłam zła na zaistniałą sytuację. W myślach przeklinałam mojego byłego narzeczonego, że mnie zostawił, Darię, która wpakowała mnie w to wszystko, Marka, który się zgodził i siebie samą, że jednak zdecydowałam się na odgrywanie tej farsy. Jednak teraz było już za późno na jakiekolwiek wyrzuty z tego powodu. Mogłam co najwyżej próbować nie wypaść z roli, którą sama sobie narzuciłam. Zapowiadana rodzinna kolacja zaczęła się o szóstej. Pół godziny przed czasem zjawiła się najbliższa rodzina, która z sympatią powitała przyszłego członka rodziny, dzieląc się z nim opłatkiem. - Zupełnie jak u mnie w domu – Marek szepnął mi do ucha. - Przekonamy się jutro – uśmiechnęłam się w odpowiedzi. Delikatnie chwycił mnie za łokieć i poprowadził do stołu. Cały czas zachowywał się jak dżentelmen usługując mi i najbliżej siedzącym ciotkom, które nie posiadały się z zachwytu. Tata wprawnym ruchem postawił przed nami kieliszki i nalał wódki. Marek skrzywił się na ten widok. - Niepijący? – Spytał ojciec. Marek głęboko odetchnął. - No, może jednego – zaproponował cicho. Tata klepnął go w plecy. - To lubię. Dwie godziny później obaj mieli już mocno w czubie. Tata narzucił takie tempo, że koń by padł. Widocznie sprawdzał przyszłego zięcia. Ja, pamiętając o naszej jutrzejszej podróży, piłam mało, prawie w ogóle i miałam okazję zaobserwować zmieniające się zachowanie Marka, który wygodniej rozsiadł się na krześle i przejawiał wyjątkowe poczucie humoru. Jego ręka w którymś momencie objęła moje ramiona w zupełnie naturalnym geście. - No to gorzko! – Zakrzyczał mocno wstawiony stryjek. - Ależ…