Horror · 7 min czytania
Naśmierciny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pamiętam wielką oślepiającą światłość, uczucie bezgranicznego szczęścia i przepełnienia wszechogarniającą miłością. Coś mnie wyrwało z tego stanu. Wessało do ciemnego tunelu. Pochwyciły mnie dwie świetliste istoty. Cudowne światło coraz bardziej się oddalało aż znikło zupełnie...raj utracony. Nie czułem żadnego lęku, wszystko było mi rozkosznie obojętne. Gdy zlecieliśmy na ziemię istoty puściły mnie. Znalazłem się obok swego ciała. Stałem spokojnie i patrzyłem na nie. Z początku było mi ono zupełnie obojętne - jakbym ogladał jakiś nudny eksponat w muzeum lecz coś mnie zmusiło wniknąć w powłokę cielesną i mój stosunek do niej diametralnie się zmienił. Ożyłem. Leżałem teraz na chodniku czując silny ucisk w piersi. Zaczęły też do mnie powracać zmysły, które przez chwilę były mocno otumanione. Naśmierciłem się - pojawiłem na tym świecie doznając rozległego zawału.
Momentalnie pojawiła się świadomość całego życia które mnie czeka. Najdziwniejsze jest to że prawie do dzieciństwa je znałem w najdrobniejszych szczegółach. Wiedziałem już że przez kilkadziesią lat bedę bibliotekarzem i że nie spełnią sie moje marzenia o zostaniu pisarzem. Cuż za okrucieństwo - człowiek pojawia się na tym świecie i ma świadomość że będzie nikim, że przed nim wiele nudnych lat przepełnionych niespełnieniem i rozczarowaniami. Najgorsza jest świadomość, że każdego czekają odrodziny; mnie będą czekały za 78 lat, trzy miesiące i pięć dni. Przez pewien okres życia ubywanie lat jest błogosławieństwem. Przybywa ci sił, coraz mniej chorób cię dręczy. Zyskujesz sprawność zarówno cielesną jak i umysłową. Niestety w wieku dwudziestu kilku lat pojawiaja się pierwsze symptomy tego co nas czeka. Człowiek popełnia coraz więcej głupot. Coraz niej ma życiowego doświadczenia i pieniędzy. W końcu zaczyna być uzależniony finansowo od rodziców. Idzie na studia i tam robi się powoli coraz głupszy. Apogeum zdebilnienia następuje pod początek szkoły podstawowej. Następuje wtedy demencja młodzieńcza. Nie umiesz juz czytać ani pisać a stan twojego umysłu jest opłakany.
Gdy tak wspominam czekającą mnie kiedyś młodość, przypominają mi się obiadki rodzinne. To będzie nasz codzienny rytuał domowy. Zaczyna się on w chwili gdy matka brudzi w zlewie naczynia i sztućce poczym idzie tyłem w kierunku stołu. Gdy są na nim już wszystkie upaćkane resztkami talerze w różnej kolejności zasiadamy do stołu i zaczyna się posiłek. Początkowo odżuwam wydobywajacy sie z moich trzewi pokarm. Pod koniec tego odżuwania z mych ust wychodzi kawałek kotleta, który natychmiastowo nadziewam na widelec i odkładam na uświniony talerz. Za chwilę do tego kawałka doczepiam następny i w ciągu kwadransa na talerzu mam już calusieńki gorący i świeżutki kotlecik!!! Po posiłku kiedy wszystko jest już na talerzach matka bierze je do kuchni by po pewnym czasie wstawić do lodówki porozdzielany na różne części składowe obiad. Dalsze losy obiadu wyglądają tak: Mija parę dni i matka wyciąga to wszystko z lodówki pakuje do toreb i idą z ojcem odnieść je do supermarketu. Gdy wracają w ich portfelu jest dużo nowych pieniędzy. Jedyną wadą obiadów jest to że zazwyczaj po nich przez pewien czas człowiek jest głodny...
Dzieciństwo to koszmar. Człowiek się kurczy, traci rozum. Coraz więcej czasu poświęca na beztroskie, idiotyczne zabawy w rodzaju dekonstruowania budowli z klocków lub zamku w piaskownicy. Z czasem kurczy się zasób używanych słów. Później