Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 31 min czytania

Nasz Hogwart. Rozdział 2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

O ceremonii przydziału i jej konsekwencjach

James otworzył leniwie jedną powiekę. Sam nie wiedział nawet, kiedy usnął. Do jego świadomości powoli zaczęły napływać wspomnienia sprzed kilku godzin. Wózek ze słodyczami, potem wielkie obżarstwo i sen, wywołany tak wczesnym wstawaniem. Już miał odwrócić się na drugi bok i znowu oddać w ręce Morfeusza, jednak.. Coś mu się nie zgadzało. Za oknem... Było ciemno! Do tego, pociąg właśnie stawał, a z korytarza dobiegały kroki i rozmowy tysięcy uczniów. Rozejrzał się po przedziale – wszyscy spali, jakby zażyli wyjątkowo mocnego eliksiru nasennego. Chociaż jego mięśnie odmawiały posłuszeństwa, podniósł się i uchylając drzwi, wytknął głowę - na której był jeden, wielki bałagan potarganych włosów, na korytarz – uczniowie ubywali z niego niczym gorące ciasteczka z tacy postawionej przed wygłodniałymi podopiecznymi szkoły. -Potter, ty jeszcze nieprzebrany? – zapytał prefekt Gryffindoru, którego jakoś... Nie kojarzył? -Ja ten no.. – bąknął, jednocześnie ziewając. -Czas na spanie będzie potem, lepiej zbieraj się, czym prędzej, pociąg odjeżdża ze stacji za dokładnie.. – odwrócił się i spojrzał na zegarek. – Pięć minut, więc śpiesz się, chyba, że chcesz wrócić do domu. I odszedł, a brunet nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na zegarek i wtedy przypływ adrenaliny umożliwił mu szybkie działanie. „Wrócić do domu? Teraz? Że co?!” – pomyślał nieco spanikowany i brutalnie zaczął wyrywać resztę kuzynostwa i przyjaciół, którzy dosiedli się do nich potem, ze snu. Na jego akty „przemocy”, dostał w odpowiedzi kilka pomruków niezadowolenia, że ktoś im przerywa podczas tak pięknego snu. Sam nie wiedząc, co robić, zdesperowany James stanął na środku i krzyknął, licząc, że chociaż to ich ocuci: -Jeśli zaraz nie wstaniecie, to wrócimy z powrotem do Londynu i nici, z Hogwartu, więc ruszajcie te swoje Gryfońskie tyłki z tego pociągu! Nawet nie spodziewał się, że reakcja będzie tak natychmiastowa. Wydawało się, że jakiś czar prysł i wszyscy momentalnie się obudzili, zbierając swoje walizki i biegnąc do wyjścia. O jakimkolwiek przebieraniu się w szkolne szaty nie było już mowy. Do odjazdu pociągu pozostało pięć sekund. Dopiero zamknęły się drzwi przedziału za ostatnim Gryfonem. Cztery sekundy – byli w połowie korytarza, kiedy przed nich wybiegła grupka zdezorientowanych pierwszoroczniaków, łapiących pośpiesznie ropuchę, która uciekała w drugą stronę, do wyjścia ewakuacyjnego. Trzy sekundy – Louisowi zerwało się ramie od torby, o którą potknął się przy okazji James, kiedy upadła akurat na nogę Dominique, która syknęła z bólu. Dwie – wszyscy podnieśli się z ziemi i ruszyli do wyjścia biegnąc bez wytchnienia. Ostatnia sekunda – wyskoczyli z pociągu wprost na stację, Hogsmeade, kiedy to Express Londyn - Hogwart ruszył w drogę powrotną, ruszając ze stacji z gwizdem i nabierając powoli prędkości. -Mało brakowało – powiedział z trudem James, na którym to wylądowała Roxanne, wyraźnie z tego ucieszona. Jednak on stracił cały humor do „bawienia” się z nią. To, co się przed chwilą wydarzyło, było wystarczającą zapowiedzią udanego roku w Hogwarcie. Tylko, dlaczego... -Jak myślicie, dlaczego usnęliśmy, i nie zbudziły nas te wszystkie krzyki dobiegające z korytarza? – zapytał wyraźnie tym przejęty Hugo. – Przecież to jest wręcz niemiłosierny hałas, a ja zawsze budzę się przy najmniejszym szeleście! -Może tylko ci się wydaje, że się budzisz – powiedziała z lekkim rozbawieniem i ironią Lucy. Brunet zlustrował dziewczynę wzrokiem, który miał oznaczać, żeby lepiej się nie odzywała. -To nie jest moment na żarty – powiedział w końcu, tym razem odwracając wzrok od Gryfonki i patrząc na wszystkich zebranych. – Moim zdaniem, ktoś maczał w tym palce. Mało brakowało, a byśmy właśnie wracali do domu. Temu komuś musiało poważnie zależeć na tym, żebyśmy się tu nie dostali. Chyba każdy pomyślał o tym samym, jednak koncepcja, co do wykonawcy planu na nich przedstawionego, według najstarszego syna Potterów była bardziej szczegółowa. „Riddle” – przebiegło mu przez myśl od razu. Jeśli to wszystko nie było przypadkiem, ona na pewno musiała brać w tym udział. Zdał sobie sprawę, że osądza ją z góry, tak jak wszyscy jego, przez pryzmat ojca, jednakże, nie przejął się tym zbytnio. Ona była zła, a wokół większego zła gromadzi się mniejsze, nawet, jeśli ma ono postać głupiego kawału, przez którego mogli nie trafić w ogóle do szkoły, co nadawało sprawie wysoki priorytet. Tymczasem przejęło go jeszcze jedno – po raz kolejny tego dnia ona wygrywała bitwę, on jej nic nie zrobił, chociaż się z niego wyśmiewała i podtruwała swoimi eliksirami. „Już ja jej to wynagrodzę!” – stwierdził, a kiedy obmyślał właśnie plan, co uczyni jej już następnego dnia, przed jego oczami pojawiła się machająca czyjaś ręka. -Pobudka, James! – powiedziała Roxanne, przestając machać. – Chyba jeszcze się nie obudziłeś, a czas iść do Hogwartu, szkoła na nas czeka! Chłopak wyrwany z zadumy spojrzał mało przytomnym wzrokiem na wszystkich, którzy ze zniecierpliwieniem wpatrywali się w niego. -Ah, tak, dobra, dobra, chodźmy. I ruszyli w kierunku drogi, na której nie spodziewali się już niczego zastać, jednakże ku ich zdziwieniu – czekał tam ostatni powóz. Pospiesznie wpakowali się do niego, zajmując miejsca. Wtedy brunet zauważył kartkę, leżąca na jednym z wolnych miejsc. W założeniu, przygotowanych dla Albusa. Powóz ruszył, kiedy wziął do ręki pergamin i otwierając go i nawet nie czytając, świetnie mógł poznać, do kogo należy pismo na wiadomości. Jak zwykle, dyrektor był wszechobecny i jednocześnie wspaniałomyślny, przynajmniej w tych wypadkach, kiedy wpadało się w kłopoty. -Co tam masz? – zapytał Weasley siedzący naprzeciwko, będący z nim na jednym roku. Po chwili wszyscy przyglądali się pergaminowi, który brunet trzymał w ręce. -Wiadomość od dyrektora – powiedział nieco obojętnym głosem Potter, wzruszając ramionami. Ponaglony i uproszony, zaczął czytać na głos wiadomość treści poniższej:

„Wiedziałem, że się spóźnicie, więc podstawiłem wam wóz. Profesor McGonagall nie będzie zachwycona. Ah James, James, zupełnie jak Twój dziadek. Chyba nigdy nie zgodzicie się z tą Naddall. Ale zawsze można żywić nadzieję!

Albus Dumbledore

P.S Śpieszcie się, ceremonia Przydziału zaraz się zacznie!”

Wszyscy zamilkli na chwilę, zastanawiając się nad tym, co przekazał im mentor szkoły. -Szalony gościu, nie ma, co – stwierdziła w końcu Dominique, przerywając ciszę. – Przecież, jak można się przyjaźnić, czy też tolerować nawet Naddall Riddle? Wystarczy spojrzeć na nazwisko, ono mówi samo za siebie. Reszta zaczęła jej przytakiwać, jednak osoba, której bezpośrednio tyczył się ten dopisek patrzyła na otaczające szkołę błonia. No tak. Jak zwykle wszyscy osądzali po nazwisku. On był Potter, to ten dobry. Ona Riddle, to ta zła. Co do przymiotnika użytego do jej określenia się zgadzał, jednakże samo ocenianie po tym, jak się ktoś nazywa, wydało mu się po prostu beznadziejne. Podarł list i wyrzucił go za siebie, a lekki wiaterek rozwiał jego strzępki po okolicy. -A teraz szybko, może jeszcze się nie zaczęło – powiedział Louis wyskakując z powozu, a za jego przykładem poszli wszyscy, biegnąc w kierunku szkoły.

***

Naddall siedziała z uśmiechem na twarzy przy stole, a kilku innych Ślizgonów chichotało. Poza tym, w całej Wielkiej Sali panowała cisza, której nawet profesor McGonagall nie śmiała przerwać swoim nagłym wejściem prowadząc pierwszaków. Wszyscy byli świadomi tego, co, a raczej, kto jest powodem tej ciszy. Na sali brakowało kilku, uważanych całkiem niesłusznie za wspaniałych uczniów. Nie trzeba napomykać, że byli oni z Gryffindoru. Dyrektor spojrzał na brunetkę, która teraz lustrowała wzrokiem grono pedagogiczne, jednak niebieskie jak niebo w bezchmurny dzień oczy starego profesora natychmiast przyciągnęły jej wzrok. Pokręcił on głową wyraźnie zmartwiony. „Oj Naddall, Naddall” – szepnął tak, że tylko ona to zauważyła i dosłyszała. Wzruszyła ramionami obojętnie. Nie obchodziło ją, co o niej myśli stary Dumbel, dobrze wiedziała, że co by zrobiła to nie usunie jej ze szkoły. -W takim razie... – zaczął podniesionym głosem dyrektor, jednak w tej samej chwili na salę wpadła grupka zaginionych uczniów Gryfindoru. Riddle ściągnęła brwi i puknęła Andy’ego, który już flirtował z jakąś dziewczyną, której imienia pewnie nawet nie pamiętał. -A niech to szlag – powiedział, podążając wzrokiem w kierunku wskazanym przez kuzynkę. Wymienili spojrzenia i dziewczyna oparła się zrezygnowana o oparcie swojego krzesła u szczytu stołu. Nie miała zielonego pojęcia, jak udało im się zerwać klątwę eliksiru. Ale dowie się tego. Nikomu się to nie powiodło podczas badań, kiedy sprawdzała wraz z Blackiem jego skutki. Przeklęci Gryfoni. -Przepraszamy za spóźnienie panie profesorze... – zaczęła Dominique dość niepewnym głosem, do tego speszona, że wszyscy patrzą na nią w takiej chwili, kiedy nawet nie miała ułożonych dobrze włosów. -Ale ktoś rzucił na nas czar, albo przynajmniej, dość mocno zasnęliśmy – przerwał jej w połowie James, ubrany już w szatę, z włosami zwichrzonymi na maksimum ich możliwości. W swojej krótkiej wypowiedzi zrobił specjalny nacisk na ktoś, patrząc niby to niezobowiązująco na Naddall, a potem na mocno, co miało oznaczać, że dobrze się spisała. Siwy czarodziej spojrzał z zaciekawioną miną na drugoroczną Ślizgonkę, która zaciekle coś obgadywała z brunetem siedzącym obok niej. Był ciekawy, co też ona znowu wymyśliła. Czasami zadziwiała go jej pomysłowość. Oprócz tego, że wykorzystywała stare kawały, większość była jej autorstwa, do tego stwarzała przy tym całkowicie nowe rzeczy – tak jak ten eliksir, którymi były nasączone babeczki z czekoladą, których – jak nikt wcześniej nie zauważył z samą sprzedawczynią włącznie – nie było wcześniej w skromnym asortymencie wózka pociągowego. Nie rozgryzł jeszcze nawet, w jaki sposób miał on działać, bo mocny sen na pewno nie był jedynym jego założeniem. Panna Riddle działała na wielu płaszczyznach, nie zadowalało ją coś takiego, więc ta substancja na pewno miała też swoje „drugie dno”. -Siadajcie – powiedział do grupki stojących uczniów, którzy pośpiesznie zajęli wolne miejsca przy stole Gryfonów. – W takim razie, kiedy jesteśmy już w komplecie i nikogo nam nie brakuje, myślę, że możemy zaczynać. Kiedy wybrzmiała ostatnia sylaba, drzwi sali powtórnie podczas tej ceremonii otworzyły się i do pomieszczenia weszła Minerwa McGonagall, niosąc ze sobą stołek i Tiarę Przedziału, oraz prowadząc dwa rzędy pierwszorocznych uczniów. Zazwyczaj po swoje rekwizyty wychodziła powtórnie, jednak tym razem była tak zdenerwowana i zniecierpliwiona czekaniem na swoich wychowanków, że załatwiła to za jednym zamachem. A kiedy w końcu zjawili się przed nią, ubrani w Mugolskie wdzianka, serce w niej zamarło. -Potter, Weasleye, reszto! Jak wy wyglądacie?! – powiedziała z przejęciem wymachując Tiarą Przydziału na wszystkie strony ku przerażeniu pierwszaków. Wychowankowie jej domu bardzo często byli chlubą, jednakże tak samo trwale przynosili jej wstyd i doprowadzali do ataku apopleksji. Zmuszeni do natychmiastowego przebrania się i doprowadzenia do stanu ogólnej akceptacji, przeszkoleni w tym, jak mają wejść i co powiedzieć, uczniowie zostali oddelegowani przez swoją opiekunkę tam, gdzie od dawna ich oczekiwano. Ku zdziwieniu Gryfonów, nawet nie zapytała się ich, co było powodem spóźnienia się na rozpoczęcie roku szkolnego. Teraz nieco pośpiesznie i zbyt nerwowo postawiła stołek i jak co roku, oznajmiła nowo przybyłym, że będą siadać na stołku, kiedy ona wyczyta ich nazwiska. Tiara wyczuwszy jakby, że nadszedł jej czas, zaczęła śpiewać po raz tysięczny pieśń, jednak, co roku nową, opowiadającą, jak to czterech przyjaciół założyło Hogwart. Potem była ich charakterystyka, kto, do jakiego domu trafić powinien, aż w końcu, tiara odwołała się do czasów współczesnych, co niezmiernie zdziwiło wszystkich. Śpiewała o nienawiści i niezgodzie, wielkich przyjaźniach, miłościach i namiętnościach, oraz o tym, żeby pamiętać, że nie liczy się dom, do jakiego się trafi, jednak to, co ma się w sercu. Albus spojrzał najpierw na brata, który zmarszczył brwi, a potem na Naddall, która nieco w ignoranckiej pozie przysłuchiwała się pieśni tiary z lekkim zamyśleniem. Od zawsze szanowała magiczne przedmioty, nawet, jeśli często się z nimi nie zgadzała, gdy one wygłaszały własne tezy. Jednak każda wypowiedź zawiera ziarenko prawdy, niosące jakąś naukę, która może przydać się w przyszłości. Za to wśród pierwszorocznych zapadł ogólny rozgardiasz, jednakże nauczycielka transmutacji przywykła już do tego, postanowiła spełnić swoją powinność. -Astrin Hannah! Przestraszona brunetka o wielkich, zielonych oczach na trzęsących się nogach doszła do stołka i usiadła na nim. Minerwa nałożyła jej na głowę magiczny kapelusz, który po chwili wykrzyknął na całą salę; -RAVENCLAW! Po sali rozległy się gromkie brawa, nawet Riddle siedziała i nieco znudzona klaskała. -Burch Andreas! – wyczytała kolejne nazwisko nauczycielka. -GRYFFINDOR! - krzyknęła tiara, a po sali poniosły się głośne gwizdy. Tak minęła polowa listy. Uczniowie trafiali do jednego z czterech domów. Jak zazwyczaj, najmniej było nowych w Slytherinie, najwięcej w Huplepuffie. To już z roku na rok robiło się tradycją. Brakowało prawdziwych, dobrych czarodziei, którzy mieli by w głowie coś więcej, niż myśli o bezsensownym wymachiwaniu różdżką jak jakimś orężem bitewnym. Riddle to przerażało. Nie rozumiała, co się działo z ludźmi. Czym większy postęp techniki, tym oni stawali się głupsi. Coś z tym było nie tak, zwłaszcza, że dostęp do edukacji był tak łatwy. No cóż, przynajmniej jej dom zachował resztki godności. Jeździła bezsensownie widelcem po talerzu, znudzona coroczną ceremonią, której przebieg znała już na pamięć, pomijając nazwiska uczniów, którzy przychodzili do szkoły. Jednak, kiedy usłyszała; -Pettrew Audrey! Sam osoba dziewczyny o różowych włosach, która trafiła do domu węża nie była zbyt interesująca, chociaż może też, jednak to, co miało nastąpić za chwile, a mianowicie... -Potter Albus! Na sali zapadła cisza. Nikt nie śmiał się odezwać przed wyrokiem Tiary Przydziału. Czarnowłosy chłopiec ruszył do stołka dość pewnym krokiem jak na pierwszoroczniaka. Nie często się to zdarzało. Na moment spojrzał na Naddall, uśmiechając się do niej. Odwzajemniła uśmiech, dając mu do zrozumienia, że będzie dobrze. Chwile później spojrzenia Jamesa i Riddle się skrzyżowały. Jego, pełne zdziwienia i nieufności, oraz jej, pewne siebie, zimne i spokojne. Oboje spojrzeli w kierunku młodej latorośli Potterów, kiedy nauczycielka transmutacji z nieco zbyt przejęta mina nakładała mu tiarę na głowę. Brunetka wciągnęła powietrze i zachłysnęła się nim na chwilę. W powietrzu dało wyczuć się napięcie, które rosło z każdą sekundą. Czarnowłosy siedział na stołku z nieco zamyślonym wyrazem twarzy. Nie zdawał sobie nawet sprawy, że właśnie w tej chwili ma zostać przesądzony los czarodziei na całym świecie, chociaż o tym nie wiedział jeszcze nikt, ani że właśnie teraz mogą się wypełnić nadzieje tylu ludzi.

***

-To jest w twojej głowie, tutaj, widzę to – odezwał się głos w jego czaszce. Stary, nieco zachrypnięty, przynoszący na myśl wielką…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nasz Hogwart. Rozdział 2 — czytnik · opowiadania