biografia · 10 min czytania
Nasz kochany emigrant
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Emigracja to decyzja pozostawienia za sobą kraju i rodziny. Przez kilka dobrych lat nowy emigrant intensywnie żyje teraźniejszością, uczy się języka, kultury, przyzwyczaja do innej rzeczywistości. Jest to ogromne zadanie i nie ma żadnych gwarancji, że coś z tego w ogóle będzie. W tyle pozostaje Polska, znajomi, rodzina, dzieciństwo. I powoli staje się to wszystko swego rodzaju sferą intymną, sferą, w którą ta cała nieprzerwanie napierająca na emigranta zagranica nigdy nie wchodzi. Z jednej strony ta przeszłość jest dla emigranta jakimś zupełnie niepotrzebnym na co dzień balastem, a z drugiej staje się dla niego cennym skarbem. A w kraju rodzinnym, tym opuszczonym, życie idzie swym torem i z każdą chwilą oddala się od niego wielkimi krokami. Cenne są te kontakty, znajomości, przyjaźnie w rodzinnym kraju, ale to o nich właśnie emigrant we wczesnej fazie emigracji często zapomina, jest bowiem w tym okresie niesłychanie zapracowany i potwornie pod wieloma względami zestresowany. Dopiero później, po kilku lub raczej kilkunastu latach, gdy ów emigrant jest już w nowym miejscu zadomowiony, stara się on odnowić swe dawne znajomości. I o tym jest ta opowieść.
Najczęstszą sytuacją w odnawianych relacjach przyjacielskich i koleżeńskich jest pojawienie się i zniknięcie. Pojawienia się mogą być krótsze lub dłuższe, a zniknięcia są zawsze nagłe, nieoczekiwane i ostateczne. Przykładem najkrótszego pojawienia się byli Stefan, profesor na uniwersytecie i Grzegorz, dyrygent orkiestry symfonicznej. Gdy napisałem do nich, w obu przypadkach otrzymałem natychmiastową odpowiedź „Mirek, co za niespodzianka, musimy się koniecznie spotkać!”, ale pojawiły się nagle ogromne trudności w ustaleniu czasu i miejsca. Podczas krótkiej wizyty w Warszawie w jakąś sobotę wieczorem koło godziny dziewiętnastej otrzymałem sms od Stefana, „Mirek, idę właśnie na koncert do filharmonii, spotkajmy się tam”. Trudno byłoby mi się ubrać i biec bez kolacji do filharmonii by zdążyć na koncert, który zaczynał się za dwadzieścia minut. Nigdy nie udało mi się już umówić ze Stefanem, przestał odpowiadać na moje emaile i smsy. Podobną sytuację stworzył Grzegorz, który w jakąś warszawską niedzielę koło godziny dziewiętnastej napisał „jestem w restauracji „Dobry Smak” na Woli, dołącz do mnie”. Akurat tego wieczora miałem inne plany. Grzegorz już nie odpisuje na moje smsy i emaile. Obraził się.
Następną kategorią są osoby, które bardzo chętnie umawiają się na spotkanie, kolację w mieście lub poczęstunek u nich w domu, ale potem już nie utrzymują kontaktu, nie odpisują, ale czasami wysyłają emaile z bardzo serdecznymi życzeniami na święta. Zasadniczo na takich spotkaniach nikt nie dopytuje się o moje losy, o mój dzień codzienny, takie sytuacje mają zazwyczaj charakter plotkarski, co się stało z Gienkiem, rozwód Doroty, wypadek samochodowy Ireny, samobójstwo Romana, druga żona Filipa, ogromny spadek jaki otrzymała Magda. Gdy wspominam ostatnie dwadzieścia lat spotkań w Polsce, nie pamiętam by ktokolwiek kiedykolwiek się zapytał, jak wygląda moje życie w Missisipi i jak ja się tam w ogóle znalazłem.
Bardzo dziwne i często zaskakująco bliskie są odnowione znajomości z koleżankami ze szkoły. Dziś zamężne, matki dorastających dzieci, często mieszkające za granicą, zapraszają one do swych domów. Przejeżdżając kiedyś przez Niemcy, spędziłem dwa dni u szkolnej koleżanki Basi w Heidelbergu. Pokazała mi piękne miasto i okolicę. Jej mąż, Helmut, był pastorem w lokalnym kościele, a Basia była tam organistką. W wielu wypadkach w takich entuzjastycznych zaproszeniach chodzi o jakieś uczuciowe historie, jeszcze z czasów licealnych. W te spotkania wdziera się nagle smutek, rozczarowanie szarością codzienności, ból z powodu obustronnego starzenia się, wyschnięte jak stary liść wspomnienia pierwszych miłosnych zauroczeń. Stąd też po takich wizytach zazwyczaj następuje kompletna cisza, często za obopólną niewypowiedzianą zgodą.
Po latach zauważyłem, że do takiego emigranta i dawnego kolegi zbliżają się osoby, które kiedyś, w jego dawnym polskim życiu, miały dla niego raczej drugoplanowe znaczenie. Tego typu odnowione znajomości mają często bardziej zawodowy charakter. Dobrze współpracuje mi się z Agnieszką, która po trzydziestu latach odezwała się nagle przez email. Pamiętam, że chodziliśmy razem na zajęcia z muzyki współczesnej w Akademii Muzycznej i razem występowaliśmy na „Warszawskiej Jesieni”. Agnieszka jest teraz dziekanem wydziału teorii muzyki w akademii muzycznej w C. Mamy całe tuziny wspólnych znajomych.
Są też osoby, które poznałem jeszcze w podstawówce i którym w jakimś momencie, jako profesor ważnej amerykańskiej uczelni pomogłem trochę w sprawach…