Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 39 min czytania

Nasz Tajny Klub

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nasz Tajny Klub

Miał 300, może 400 lat. Mógł mieć zresztą nawet 1000. Ba, nie byłoby nierealnym, gdyby dłużej jeszcze stąpał po padole. Sprawiał on wrażenie, jakby zdążyły odcisnąć na nim swe piętno wszystkie możliwe oznaki starości, każda w krańcowo zaawansowanej odmianie. Jakoby życie jego zapomniało, iż w pewnym momencie powinno się zakończyć. A że świat nie przewidział dla ludzi tak długiego żywota, od pewnego momentu wiek nie mógł już naznaczać go w większym stopniu. Patrzył z zafascynowaniem na pomarszczoną twarz oświetloną pochodnią, delikatnie wtapiającą się w cień. Usta Wiekowca poruszały się powoli i spokojnie, z gracją formując się w kształty opowieści sprzed wieków. Gros z nich mężczyzna znał już za sprawą przekazywanych z pokolenia na pokolenie historii, jednak teraz był jedynym od dziesiątków lat słuchaczem wersji pochodzących od zapewne ostatniego żyjącego uczestnika większości z nich. Był więc sposobność do poznania szczegółów, których do tej pory nie poznał nikt przed nim (wyłączywszy naturalnie Wiekowca). Głos monotonny i hipnotyzujący, słaby już, ale wciąż pełen głębi tajemniczej, niemalże poruszającej skały, opowiadał mu o podziemnej cywilizacji prakretów - potężnych i dumnych prehistorycznych istot. Przed milionami lat zamieszkiwały one ogromne królestwo złożone z ukrytych głęboko sieci korytarzy i komnat. Millennia podziemnego panowania mądrych stworzeń zostały jednak ukrócone przez atak agresywnego, żyjącego na powierzchni ziemi gadziego plemienia, które łaknęło posiadanego przez prakrety złota i skarbów skrytych w odmętach gleb (który to atak był do tej pory mężczyźnie znany jako „tajemniczy kataklizm”). I choć prakrety broniły się dzielnie, były stworzeniami z natury pokojowymi, nieprzygotowanymi do boju o życie. Stąd ich koniec mógł nastąpić tylko mniej lub bardziej rychło. Zdając sobie z tego sprawę, król prakretów postanowił zniszczyć wroga z pomocą ostatecznego, najbardziej ryzykownego środka - zwabił mianowicie najeźdźców do głównego skarbca, by komnatę następnie zburzyć. Niestety, walący się skarbiec pociągnął za sobą pobliskie pomieszczenia, co ostatecznie doprowadziło do reakcji łańcuchowej, która całkowicie zniszczyła większą część królestwa, grzebiąc niemal wszystkich jego mieszkańców. Co stało się z tymi, którzy pozostali przy życiu - tego nawet Wiekowiec nie wiedział... Wiedział natomiast wiele o momencie skolonizowania pozostałej, niewielkiej części królestwa przez ludzi - wiele tysięcy lat po katastrofie. O czym również do tej pory mężczyzna nie miał pojęcia - odkrywcą szczątków podziemnej cywilizacji był Wiekowiec we własnej osobie - wtedy wędrowiec zwany Starcem. Był on również inicjatorem założenia w znalezionych tunelach podziemnego miasta, gdzie zamieszkał wraz z liczną grupą przyjaciół poznanych podczas wędrówek dookoła świata. Starzec, to jest Wiekowiec, liczył, że żyjąc w stworzonym przez niego mieście, grupa najlepszych ludzi jakich znał odgrodzi się od świata powierzchni - od wojen, od nikczemnej polityki, od braku tolerancji i od niegodziwości wszelkich innych rodzajów. Takoż i wiodło się przez blisko sto następnych lat. Wraz z nadejściem kolejnych pokoleń państewko zaczynały jednak nękać narastające problemy. Oto narosła chciwość, pojawił się rasizm, na nowo wykształciła się zbrodnia, więcej i więcej konfliktów zaczynało trawić idealne - w założeniach - społeczeństwo, dzieląc mieszkańców na wrogie sobie wzajemnie grupy. Byli też tacy, którzy stawali w zaciekłej opozycji wobec protekcyjnej, ojcowskiej roli Wiekowca. Chcieli oni silnej władzy, podporządkowania sobie innych, zmian organizacyjnych stawiających ich ponad ustanowionymi wcześniej - równającymi wszystkich - prawami. Wykształcił się rodzaj arystokracji, działającej bez porozumienia z Wiekowcem, robiącej wszystko, by wszystkiego mieć jak najwięcej, kosztem nawet innych mieszkańców. Kiedy sytuacja wymknęła się spod jakiejkolwiek kontroli, pochłonąwszy nadzieję na poprawę, Wiekowiec po raz pierwszy - i ostatni zarazem - w czasie swego panowania, zademonstrował gniew i posiadaną siłę. Jednego dnia wygnał wszystkich mieszkańców, by swe dalsze spory toczyli na powierzchni ziemi. Dopiero od tamtej pory zaczął władać państwem idealnym, gdzie zawsze panowała sprawiedliwość i zgoda…

Przez chwilę paląca biel zastępowała mu widok przed oczyma. Potrzebował bolesnej chwili pełnej mrużenia oczu i ich przysłaniania dłonią, by biel rozlała się przyjmując kształt zielonej polany z błękitnym niebem powyżej. Jeszcze chwilę stał w miejscu, radując wzrok falującym morzem trawy, kołyszącymi się na jego powierzchni krzewami i dryfującymi cieniami pierzastych chmur. W tym momencie nawet codzienny ten widok sprawiał mu niecodzienną radość. Był dobrze zbudowanym mężczyzną wieku około 27, może 28 lat. Twarz miał mocną z nierówno ogolonym zarostem, włosy krótkie, w wiecznym nieładzie, odsłaniające pogodne, dziecinne właściwie, oczy. Nosił kuse skórzane spodnie - brudne i znoszone, nieudolnie pozszywane tu i ówdzie. Czarna zaś bluzka z żabotem i szerokimi rękawami, która kryła jego tors, nie będąc tak ubrudzoną, mogłaby służyć za wyjściowy ubiór eleganckiej damy - o którym to przeznaczeniu obecny właściciel szaty zapewne pojęcia nie miał. Lis - takim przezwiskiem przezywał sam siebie. Częściej jednak kompani nazywali go Psem. Chwilę jeszcze sycił oczy urodą zastanego dnia, nim szybkim krokiem ruszył przed siebie. Nie trwał jego spacer długo, gdy spostrzegł Komendanta, siedzącego na głazie, w cieniu niewielkiego krzewu. Właściwie Komendanta nazwano Komendantem zupełnie nie wiedząc, co też to słowo oznacza. Jakimś jednak sposobem kojarzyło się ono z jego władczym usposobieniem i przywódczym podejściem do innych, a nade wszystko z imponującym wojskowym hełmem, który Komendant nosił od zawsze - jeśli nie na głowie, to co najmniej blisko przy sobie. Komendant był postury bardziej jeszcze okazałej niż Lis, był też niewątpliwie starszy dobrych kilka lat. Ubrany również nieprzystojnie - w brudne, podarte łachmany i płaszcz (na którym jednak w owej chwili siedział), który dni swej świetności miał już dawno za sobą. Od przyjaciela odróżniał go nieco bardziej zadbany zarost, w postaci bujnych krzaczastych wąsów. Mniej bujna niż u Lisa była z kolei jego fryzura - czarne włosy zdążyły się już cofnąć i przerzedzić, ukazując widoczne prześwity na czubku głowy (co też można było w tamtym momencie bez problemu dostrzec, jako że znajdujący się w dłoniach właściciela hełm nie przysłaniał fryzury). Charakterystyczną jeszcze cechą Komendanta była niesłychana lubość, z jaką umieszczał i przechowywał różnego rodzaju przedmioty między zębami. Ustawicznie trafiały tam wszelkiej maści patyczki, gałązki, kwiatki, źdźbła i wszystko inne, co znajdowało się w zasięgu. Przypadłość owa nasilała się zwłaszcza w chwilach zdenerwowania, kiedy to Komendant bywał bliski zjedzenia przedmiotów najbardziej nawet odległych od posiadania właściwości spożywczych. Szczególne zaś rozbawienie wśród kompanów budziło, gdy z braku obiektów nadających się do trzymania w ustach, mężczyzna umieszczał tam własne palce, wyglądając niekiedy na wyjątkowo szpetne niemowlę. Które to oczywiście rozbawienie ograniczało się niemal wyłącznie do zduszonych chichotów, bowiem powszechnie wiedziano, jak nieprzyjaznym i irytującym był Komendant, gdy obrażał się na „podkomendnych”. - Co tak długo? - burknął Komendant miętosząc w zaciśniętych zębach kawałek zielska, a na kolegę ledwo zerkając, by większością atencji obdarzać polerowany właśnie z pomocą szerokiego liścia hełm. - Bez nerwów, szefuńciu! - odparł pogodnie Lis. - Piękna pogoda jest, sama rozkosz posiedzieć sobie na tym słonku. Powinieneś się cieszyć, że miałeś okazję do leniuchowania! - Taką samą pogodę mamy od pięciu dni, już mi się przejadła. Siedziałeś od rana w jaskini, to się teraz rozkoszuj, jak cię tak pogoda zachwyca. Ja miałbym masę lepszych pomysłów, co z tym czasem zrobić, niż siedzenie na trawie i gapienie się w chmurki. I nie mów do mnie „szefuńciu”, Psie! - Bez nerwów, trzeba było pójść do chłopaków robić tratwę... - Ktoś przecież musiał być w pogotowiu, kiedy byłeś w jaskini! - denerwował się coraz bardziej Komendant. - A tratw to oni pewnie z dziesięć już zrobili... Jeszcze nie powiedziałeś mi, co cię tak długo trzymało w tych tunelach. Glebę podziwiałeś?! - Nie no... przecież wiadomo, że tam jest za ciemno na podziwianie! Ten dziadek, Wiekowiec, się rozgadał... Zresztą, jak byś siedział tyle lat sam pod ziemią, to też by ci się chciało pogadać. Ale jakie historie mi opowiedział! O prakretach mi opowiedział, o kolonizacji... i jeszcze masę fajnych rzeczy mówił! - Phi! Też mi wciągające historie - takimi opowiastkami katowali nas, jak byliśmy mali... Mnie interesuje sprawa najważniejsza - czy Wiekowiec przekazał ci Bezpieczne Słowa? - Hehe! - rozweselił się Lis. - Właśnie przyszło mi do głowy, żeby sobie zażartować i powiedzieć, że mi przekazał, ale że wszystko zapomniałem! Tylko pewnie byś się jeszcze bardziej zdenerwował... Wiesz, że możesz na mnie liczyć - przekazał, zapamiętałem, wszystko w najlepszym porządku, szefuńciu! Komendant, pomimo nawet owego „szefuńcia” na koniec, zdążył się nieco uspokoić. Skończył polerować hełm, założył go na głowę i zwrócił twarz w stronę Lisa. - Ehhh... Żarty się ciebie trzymają, a tu chodzi o poważne sprawy! Ale dobrze, najważniejsze, że znasz Bezpieczne Słowa. Pamiętaj, by strzec ich, aż dojdziemy do Świątyni Gniewnego Bóstwa. Liczę na ciebie, Lisie. Dopiero, gdy Bezpieczne Słowa znajdą się w Świątyni, zakończymy naszą Misję.

- Fo! Długo was nie ubyło! - rzekł z osobliwym akcentem tubalny, niosący się znad rzeki głos. Należał on do tęgiego, półnagiego mężczyzny, którego wkrótce Lis i Komendant mogli ujrzeć z bliska. Czapa od zawsze był gruby. Nie w sensie krańcowej otyłości, ale z pewnością masy wyraźnie wykraczającej ponad przeciętną. Nawet, gdy żywili się wyłącznie lichej wartości roślinami - a nawet, gdy przez dłuższy czas nie jedli nic - on nigdy nie chudł. Inaczej może - chudł, ale oznaczało to dlań tyle tylko, że był gruby w mniejszym niż uprzednio stopniu. Cechą jednak Czapy, która okazała się bardziej od postury charakterystyczną, było niezwykłe wprost przywiązanie do nakrycia głowy. Dalej to nawet sięgało niż w przypadku Komendanta, który swój hełm po prostu lubił mieć przy sobie. Czerwona natomiast czapka, o zupełnie niespotykanym kształcie, której właścicielem był Czapa, na jego głowie gościła dosłownie przez cały czas, co też tłumaczył tradycją, której pozostali „i tak nie zrozumieją” (a zapewne nie rozumiał jej nawet on sam). Z tego to względu został nie Grubym, a Czapą właśnie. Czapa był mniej więcej w wieku Lisa, lecz postarzały go poważne rysy twarzy okraszone drastycznie zaniedbanym zarostem. Przez większość czasu chodził z odkrytym torsem, ponieważ jedyny strój, jaki spośród przez nich posiadanych był wystarczająco dla niego obszerny, zupełnie nie nadawał się do noszenia w upały. - Myślałem czasami o zniesieniu jajka, ale mi natura nie pozwala - marudził Czapa, gdy dotarli doń Komendant i Lis. - Nie narzekaj. Ważne, że mamy Bezpieczne Słowa. Pies, znaczy, je ma - tłumaczył Komendant. - Fo! Ważne, ważne. Ale jak by je szybciej doniósł, to też by się nie stało. - Pretensje to do Psa - jemu się zachciało pogadać. Tratwa gotowa, mam nadzieję? - zmienił temat Komendant. - Jak z bajki, kapitanie. Jeszcze tylko Czarny coś przy niej gmerzy, ale to pewnie coś z głupoty. W każdym bądź co bądź razie mam nadzieję, że zostanie mi policzone, jak się namęczyłem. Namęczyliśmy, znaczy. - Przepłyńmy najpierw morze w jednym kawałku, potem będzie czas na przechwałki.

- I co ty na to, Komendancie drogi? Ja tą piękność budowałem. Z Czapą, znaczy, oczywiście - chwalił się Czarny, pokazując tratwę i udając, że nie widzi karcącego spojrzenia Czapy. - No, komilitoni, wygląda ładnie - mówił Komendant wchodząc na tratwę i wkładając do ust znaleziony na niej patyczek. - Ale tratwa nie musi być ładna, tylko musi dobrze pływać - dodał. - Będzie pływać, Komendancie! To była dla nas kwestia, że tak powiem, kluczowa. Względy estetyczne były na drugim miejscu - mówił z przejęciem Czarny. - To powiedział ten, co tylko jakieś listki wtykał, a składanie desek gdzieś miał - powiedział Czapa z niezadowoleniem, ale cicho, tak by tylko Czarny słyszał. Czarny, jeśli już przy nim jesteśmy, był w istocie biały, a „czerń” swoją zawdzięczał kolorowi włosów, wraz z długą i gęstą brodą - kręconych, zwykle zmierzwionych, tworzących coś na kształt okalającego twarz krzewu. Miał lat około trzydziestu i był najniższy z całej grupy, a przy tym chudy i kościsty. Podobnie jak w przypadku kolegów, ubiór jego stanowiły niezbyt atrakcyjne, poniszczone łachmany, wśród których wyróżniały się jedynie wysokie, czerwone buty z cholewą. Sporo za duże. - O, zapasy trochę mizerne... - zauważył Komendant schodząc z tratwy i przyglądając się niewielkiej górce ryb leżącej nieopodal na plaży. - Jakoś nam nie brać chcą - tłumaczył się Czapa. - Byliśmy zajęci budowaniem tratwy - dodał Czarny, zupełnie niepomny faktu, iż w momencie, gdy Czapa istotnie budował, on miał zająć się gromadzeniem zapasów. - Za to wody nie wiedzieliśmy w co zapakować – przypomniał sobie Czapa. - A po co chcesz brać ze sobą wodę?! - zirytował się Komendant. - Mało ci wody na morzu?! Chciał dodać coś jeszcze, ale dalszą część wypowiedzi przerwało mu spojrzenie przyjaciół, kierujące i jego wzrok w przeciwną stronę. Konkretnie w stronę przylegającej do plaży polany, skąd nadchodziła jakowaś tajemnicza istota. Osłoniwszy oczy od słońca przyjaciele ujrzeli szczupłą, zgarbioną postać, poruszającą się w ich stronę krokiem przypominającym najbardziej chód pająka - bo tak zapewne poruszałby się pająk, gdyby wyposażono go w dwa tylko odnóża. Z pozostałych dwóch nadchodzącemu osobnikowi pozostały jedynie blizny odsłonięte przez coś na kształt odświętnej kamizelki w kolorze bordo. Był to człowiek z jasną, przysłaniającą oczy czupryną niezgrabnie układających się długich włosów, dzikiej aparycji, której dzikości jeszcze przydawał wizerunek niesionego w zębach pokaźnych rozmiarów kudłatego zwierza (czy też raczej jego trupa) - co najwyraźniej stanowiło powód wykrzywienia postury jegomościa. Bohaterowie nie byli jednakże widokiem tym zaniepokojeni - przeciwnie wręcz, wywołał on na ich twarzach szczere, radosne uśmiechy. - Urwis, czubku! - przywitał przybysza Lis, gdy ten znalazł się dostatecznie blisko. - Mięsiwo przyszło, panowie! - rzekł nowoprzybyły, jak tylko odrzucenie martwego zwierzaka w pobliże górki ryb uwolniło mu usta. Był to chłopak najmłodszy z grupy – najwyżej dwudziestopięcioletni, drobny i szczupły, długonogi. Jego twarz istotnie miała w sobie coś z dzikości, w tym momencie głównie jednak za sprawą ściekającej z ust i podbródka krwi. Gdy jednak, po efektownym skoku prosto do wody, krew ową zmył, okazało się, że przy nieprzeciętnej zadziorności spojrzenia niebieskich oczu, twarz jego wiele ma też młodzieńczego, dziecinnego wręcz uroku. - A to co znowu?! - zdziwił się Komendant patrząc na przyniesiony przez chłopaka futrzasty kawał cielska. - Nie wiem co, ale na pewno bardzo smaczne. No na pewno smaczniejsze od każdego rybska - odparł Urwis. - Chcesz to niby zabrać na tratwę? - No a co to za problem? Weźmiemy zamiast ciebie! Mój nowy przyjaciel jest milszy, spokojniejszy i bardziej puszysty! - Tym razem przegiąłeś! - zdenerwował się Komendant, rzuciwszy się w czasie wypowiedzi na Urwisa. Ten był jednak szybszy - niczym sprężyna odskoczył od napastnika i zaczął uciekać dookoła plaży (była ona bowiem rozmiarów właściwie symbolicznych) wydając z siebie przy okazji opętańczy śmiech poprzetykany tu i ówdzie wypowiedziami takimi jak „przepraszam”, „żartowałem”, „już nie będę”, czy „zostawimy Czarnego”.

Obudziło go ciche nucenie. Spokojna melodia z nostalgią dryfowała dookoła, oplatając go swą upajającą wonią. Otworzył oczy. Widział brzeg tratwy opierający się na przejrzystej, turkusowej tafli, ledwie kilka metrów dalej niknącej w bladych odmętach. Powoli podniósł głowę. Czy dryfowali, czy też unosili się w jednym wciąż miejscu - nie mógł stwierdzić. Rozejrzał się. Tratwa ich, wraz z kręgiem morskiego zwierciadła, unosiła się w nieprzeniknionych białościach gęstej mgły. Chwilę patrzył przed siebie, wsłuchując się w delikatną, przyjemnie ciepłą melodię, wyraźnie odcinającą się na tle powszechnej ciszy. Rzucił spojrzenie na tratwę. Czarny i Czapa spali skuleni naprzeciw siebie - jakby zasnęli rozmawiając. Komendant spał blisko brzegu tratwy, odwrócony do pozostałych plecami. Z przejęciem żuł przez sen kawałek wodorostu, wciąż zapewne obrażony za wczorajsze żarty z jego poważnej osoby. Nie spał, poza Lisem, jedynie Urwis. Leżał na wznak, wpatrując się otępiale w blade białości powyżej, nogi wyprostował, a rękami podpierał głowę - podpierałby raczej, gdyby je posiadał. Gdy obaj niesenni spostrzegli fakt wzajemnego niespania, tajemnicza melodia raptownie ucichła. Chwilę trwało nieme spoglądanie sobie w oczy. - To ty...? Ty śpiewałeś? - spytał Lis po cichu, dziwacznie zmieszany za sprawą nietypowo poważnego, smutnego wręcz, wyrazu twarzy Urwisa. - Nuciłem... - odparł Urwis po krótkiej chwili potrzebnej, by podobne zmieszanie zatrzeć w swojej wypowiedzi. - Co to było? Co właściwie nuciłeś, Urwis? - A taką tam sobie... melodyjkę... Pioseneczkę jakby, nie?... - odpowiedział, nieudolnie przywołując standardową dla siebie beztroskę. - Skąd ją znasz? - zapytał po dłuższej chwili milczenia Lis, rozwiewając pozory zakończenia dyskusji. - Gdzie tą pioseneczkę słyszałeś? - dodał zaraz, nie widząc u przyjaciela reakcji na zadane pytanie. - A bo ja wiem? Może mi ją mama śpiewała, no, albo coś... - Mama ci śpiewała? - dopytywał Lis wprost się czerwieniąc. - Nie pamiętam tekstu. Tylko melodię. Pewnie mnie tak usypiała, albo uspokajała, albo coś tam innego. No nie wiem, ledwo pamiętam. Lis potrzebował minuty, by zebrać myśli. - Urwis, nie powinieneś myśleć o mamie! - powiedział z nagłym zdecydowaniem. - Mamy są dla dzieciaków i dla dziewczyn! Ja nie powiem Komendantowi, ale... - Tak, tak, wiem, wiem, masz rację... - przerwał Urwis odwracając się na bok. Dłuższą chwilę okalała ich cisza bliska idealnej. Obydwu owa rozmowa wprowadziła w dziwny, nietypowy i nie całkiem dlań jasny stan. Urwis był bowiem tym, którego rolę w grupie stanowiło popisywanie się głupotą, przy jednoczesnej lubości w częstym spędzaniu czasu samotnie. Niezręcznie się poczuł schwytany w chwili, gdy jego zachowanie nie miało w sobie nic ze zgrywy, nic z popisu a nazbyt wiele z uczuć, ze szczerej emocji. Również dla Lisa zaskakującym było poznanie przyjaciela z tej dotąd niepoznanej strony. Jeszcze pewien czas obydwaj wpatrywali się każdy w swoim kierunku, udając myślenie o czym innym, jednocześnie myśląc o tym samym. Pewien jeszcze czas trwało bezsłowne zastygnięcie obydwu przyjaciół pośród lunatycznego nastroju mglistego poranka. Obaj w swoich - jeden leżącej, drugi siedzącej - pozycjach, wpatrując się w pustkę gęstej mgły myśleli i o wszystkim i o niczym jednocześnie. Zupełnie nagle chwilę ową senną i jakby nierzeczywistą brutalnie odepchnęło zdarzenie nazbyt aż realne, dotkliwie zmiatające ulotność niezwykłego nastroju. Oto monotonnie blade tło zaczęło stopniowo, acz skutecznie, wykształcać w pewnym miejscu obiekt o mniejszej przewidywalności - coś o kształcie na wpół powalonego drewnianego słupa. Nabranie przez kształt zdecydowanego wyrazu w czasie bardzo niedługim dało dwóm zbudzonym bohaterom wyraźnie do zrozumienia, że ich tratwa jednak - powoli, ale jednak - dryfuje. Do dwójki szybko dołączyli pozostali, gwałtownie przez tamtych wydarci z sennego stanu. - Co, u licha?! - zaklął Komendant patrząc na wyraźnie już wyklarowany obiekt, na którym za chwilę tratwa miała się oprzeć. Było to słup istotnie drewniany, sterczący krzywo z wody, w paru miejscach ozdobiony innymi, niezbyt konkretnie wyglądającymi elementami, również drewnianymi, na czele z drugą belką - obłamaną i przymocowaną prawie poziomo ponad głowami bohaterów. Całość cierpiała wyraźnie wskutek długotrwałego konfliktu z morzem i - być również może - z innymi, dawniejszymi jeszcze, nieprzychylnymi dlań czynnikami. - Drzewo jakieś, czy co? - rzekł Komendant wyrażając zdziwienie ogółu. - Jak to?! W środku morza?! Co to ma być? - Fo! Nie żądane drzewo! - odezwał się Czapa po chwili oględzin. - Drzewo to musi mieć liście, korę, dziuplę... Tutaj nie ma. To coś od statku, chyba tak myślę. - Widziałeś kiedykolwiek na żywo statek? - dziwił się Czarny. - Kiedyś jestem w paru portach, to i widziałem. Fo! Pewnie tu jakiś takiś statek sobie utonął. - Zatonął - poprawił Komendant. - No, mówię. - Hmmm... - zamyślił się nadto głośno i wyraźnie Komendant. - Jest statek, zatopiony, to muszą być też skarby! Do dzieła, komilitoni! - Do jakiego znowuż dzieła? - żachnął się Czapa. - I skąd wiesz, że będą jakieś skarby? - Niejedna opowieść o tym mówi – zaczął dłubiąc w zębach patyczkiem. - Więcej ci powiem - to w ogóle powszechna wiedza. Jak na kogoś, kto widział tyle różnych miejsc, niezbyt mało wiesz... Niezbyt dużo, chciałem powiedzieć... Lis, na tobie mogę polegać. Skocz no do wody, zobacz, do czego jest ten cały słup przyczepiony. Jeśli znajdziesz statek - poszukaj, czy nie ma też skarbów. - A na jakiego muchomora nam te skarby? - ciągnął z niezadowoleniem Czapa - Chyba nie chcesz wejść do Świątyni z pustymi rękami. Gniewne Bóstwo nie przyjęłoby nas, jakbyśmy nie mieli ofiary! W ogóle to nie muszę ci nic tłumaczyć. Nurkuj, Lisie, zobaczycie, że będą skarby. Nie potrzebował długo czekać na reakcję odważnego przyjaciela. Ten przeciągnął się tylko, wziął głęboki wdech i już za chwilę, znacznie zmąciwszy niezmąconą dotąd toń, zniknął w wilgotnej otchłani. Maszt okazał się wyższy, niż zdawać by się mogło widząc jedynie tę jego część, która wystawała ponad poziom wody. Lis sunął jednak niestrudzenie, nogami falując niczym niezwykłych kształtów płetwą, a ramion używając we współpracy z słupem, by jak najszybciej znaleźć się u jego źródła. Owe źródło okazało się w istocie stanowić statek. Czy raczej może jego lichą, mocno zniekształconą pozostałość, o drewnianym, ledwie się utrzymującym kształcie, nieliczne tylko dającym znaki dawnej świetności owej ex- jednostki pływającej. Lis chwilę przyglądał się temu zabytkowi zamierzchłych czasów, jak i my to przed chwilą uczyniliśmy, by prędko skierować się do najbliższego w nim otworu. Płynął przez pewien czas w przypadkowo wybranym kierunku, zwiedzając przy tym wnętrze z ledwością przypominające o dawniejszej w nim obecności ludzi. W pewnym momencie, przez szpary w jednym z niewielu obecnych na pokładzie egzemplarzy drzwi, ujrzał pomieszczenie od innych zachowane w znacznie lepszym stopniu. Po wpłynięciu do środka i wstępnych oględzinach doszedł do wniosku, że „pokój” należeć musiał do kogoś wyjątkowo ważnego, może jakiegoś szefa, gdyż zrobiony został z materiałów nie tylko ładniejszych, ale i dużo trwalszych niż te użyte do budowy pozostałej części okrętu. Niestety po przeszukaniu obecnych tam mebli Lis nie znalazł nic szczególnie ciekawego - ot, trochę brzydkich, na żółto się błyszczących metalowych krążków i innego sortu rupieci. Już Lisa zdążyła strwożyć zbliżająca się konieczność powrotu na powierzchnię, gdy w końcu, wewnątrz jednej z ostatnich szuflad, znalazł coś istotnie godnego zabrania ze sobą. By lepiej się obiektowi przyjrzeć mężczyzna uniósł go w stronę jednego z mdławych, przebijających się między deskami, strumieni światła. Niewielki, zbliżony rozmiarami do - na ten przykład - ludzkiej pięty, okrągły przedmiot zalśnił tajemniczo, dokładniej ukazując zatopione w szkle różnokolorowe kamyczki. - Faktycznie, jaki świetny skarb! - powiedział Lis w myślach, zafascynowany przywłaszczoną sobie przed chwilą szklaną kulką. Niestety, ciąg dalszy upajania się znaleziskiem musiał zostać w owym momencie odłożony, jako że nurek powoli zaczął odczuwać brak świeżego w płucach powietrza. Wracając do czwórki bohaterów pozostałych na tratwie cofniemy jednak czas do momentu ledwie ułamek sekundy odległego od chwili, gdy Lis zgrabnym ruchem wślizgnął się w mokre szmaragdowości. Jeszcze mężczyźni nie zdążyli znaleźć słowa komentarza dla rozpatrywanej przez każdego z nich w myślach perspektywy odkrycia podmorskiego skarbu, gdy na horyzoncie pojawiła się zupełnie nowa tajemnica. Oto bowiem przerzedzająca się już, ale wciąż odpowiednio gęsta mgła rodzić zaczęła kolejne niepokojące kształty - aż ostatecznie dorodziła się ich nieomal kilkanaście - masywnych, biało-czarnych wybrzuszeń, zwartym szykiem zbliżających się do tratwy, ostatecznie ją zewsząd otaczając.

-„Któż to nasze nawiedza pastwiska?! Któż wodorosty chce nam wyjadać spod pyska?” - - Ozwał się zwierzęcego rodowodu łeb rogaty, wychylając się na przedzie jednego z korpusów.

- Że co, przepraszam?! - zdziwił się Czarny, nie zresztą jako jedyny.

- Ludzkie czuję smrody! A już dawno nie psuły naszej wody! - - Dodała gniewnie inna istota, wynurzając łeb wraz z kilkoma kolejnymi.

- Krowy! To są krowy! - zauważył przytomnie Komendant, opętańczo kąsając kciuk - Krówki! Łaciate! - zachichotał kołysząc się Urwis.

- Morska” dodajcie przybysze do tamtego słowa! Morska się nie równa zwyczajna krowa! - - Poprawiła jedna z krów.

- Fo! Kto to słyszał, żeby krowa gada? - rzekł Czapa przyglądając się rogatym łbom.

- A czy waćpan próbował kiedy słuchać krowy?! Nie słuchając żadnej pan nie słyszy mowy!

Wtedy głos zabrała krowa mniejsza od pozostałych, ulokowana nieco dalej w tyle: -Ja coś od siebie powiem na dodatek Wszak wyjaśnieniom nie było dostatek My się od krowiego dawno odłączyły plemiona Choć z jednego pochodzimy łona Teraz zwykłą krową my pogardzamy Z tą dzielimy tylko plamy!

- Oto trafnie morska krowa rzecze! Bo nad morską krowę nic lepszego, człowiecze! My łąki zostawiły na rzecz morskiej wolności My odkryły myślenia słodkie zawiłości Nad to ludzkie w tyle zostawiły gnębienia Same radząc sobie z kwestią pożywienia!

- Bo choć człekiem szczerze my wzgardzamy To poezję wprost kochamy! - - przerwała tamtej inna krowa.

- Ach! Poezja! Tak, kochamy! Poetycką mową my wprost sramy! - - westchnęły chórem wszystkie krowy.

- To jedna z najbardziej porąbowanych rzeczy, jakie od początku Misji widzę! - skomentował Czapa, wzbudzając wśród morskich krów powszechne rozgniewanie.

- Porąbanych, hej, na tratwie ludziku?! Tak, ty - włochaty, tłusty dziku My przyjaźnie o nas tyle wam mówimy My na uprzejmość z szczerych chęci się silimy A wy takimi nam obelgami płacicie?! Czyż wspaniałości naszej wciąż nie widzicie?!

- Nie unoś się tak bardzo, krowi przyjacielu Wszak przed nimi było bardzo niewielu Trochę mocniej się wysilimy A w mig to proste plemię oświecimy

- Tak, pamiętajcie, że znakami naszymi pokój i kultura Są to filary, nie żadna bzdura

- Ale czy filary mówiły o pokoju z ludzkim rodem? Jak zgodzić kulturę z ich prymitywnym rodowodem?! - - powiedziała morska krowa jakby starsza od innych, jednak zignorowana przez pozostałe

- Kultura, rzeknę, pokój - także Ale zwłaszcza poezja, a jakże!

- Ja jeszcze dodam prozę - odezwał się nagle morsko-krowi osobnik jeszcze do niedawna milczący, trzymający się na uboczu.

- Prozę?! Prozę, zakało! Będzie cię to drogo kosztowało! - - zdenerwowała się duża, niemal w całości czarna krowa

- No co? Proza też jest fajna! - kontynuował wiadomy osobnik.

- Prozą my, co wiesz, gardzimy Albowiem z założenia jej nienawidzimy - - tłumaczyła jedna z niewielu wciąż w miarę spokojnych krów.

- Pokój, poezja, miłość, kultura Ale proza to makulatura!

- Zaraz, poczekaj łaciata, co za słowa? Miłość? Toć rzecz jest jakaś nowa!

- A łaty?! Właśnie, o łatach mi się przypomniało! U morskich krów ich właśnie być nie miało!

- I ja też mówię, że łaty są dla przykrości Z łatami giną resztki indywidualności

- Ja pamiętam, że każda morska krowa miała być inną barwą kolorowa!

- Nie! Kolory narażą nas na straty! Co więcej - ja kocham swoje łaty!

- Ja wciąż się pytam - o co chodzi? Z tą miłością - czy się godzi?

- Miłość - dobra, ale tylko w prozie.

- Milcz chamie! W prozie się dobrze tylko kłamie!

- Wy tu w sporze, a nam się wciąż kisi Ludzka kwestia wciąż nad nami wisi! - - odezwała się znów stara morska krowa - ponownie zignorowana.

- Ja pierdolę taką wolność, gdzie nie można lubić prozy.

- Kultura, kurwa, kultura! Która tak przeklina, która?!

- Wciąż, dodam, nie rozwiązana sprawa łaciata. Która chce kolory, która się ze mną zbrata?

- Entuzjastów poznasz prozowych Po futrze w barwach tęczowych Zechcecie też barwienia włosów łonowych?

- Toć o prozie nie ja wciąż biadolę! Jeno w walce o kolory staram się odegrać rolę!

- Wszystko jedno, która! Wszystkie jednakie, a każda szaro-bura!

- I o to właśnie chodzi!!! - - zdenerwował się krańcowo osobnik zainteresowany zamianą łat na kolory.

- Miłość?! To się nie godzi, to się nie godzi…

- Chcę przypomnieć skromnie, że ludzie przypłynęli nie tylko do mnie...

- Taka mnie myśl napadła nowa Futrem czy sierścią dysponuje krowa?

- Kultura! Pokój!

- Nie gadam z wami, skoro nie można prozą.

- Milcz chamie, daj prozie spokój!

- Ludzie...

- Krowy morskie - nie jak zwykłe, w budzie.

- ...Dalej stoją na tej łodzi!

- Która tak z pyska smrodzi?!

- Ta, co lubi kolory głupie!

- Ale chociaż nie jest taka gruba na dupie!

- To futro, czy sierść w końcu?

- … Chyba za długo siedziała na słońcu!

- Kultura…

- Która znowu, która?!

- Proza!

- Groza…

- Ej, do mnie się nie rymuje!

- A mnie się dalej ten problem z miłością snuje…

- Nosz kurwa…

- Chyba krowa!

- Słowa, słowa, słowa…

- Chamy!

- A właściwie - żeński czy męski rodzaj mamy?

- Chamice!

- Wszystkie krowy to samice.

- Kolory do obory!

- Tu ktoś znowu do obory skory!

- Ja na przykład, bo tam pewnie pozwolą mi stosować prozę.

- Płynę z tobą, bracie drogi! Tu jest konflikt znowu srogi!

- Ale to musisz się odzwyczaić mówić poetycko.

- Co zrobimy z ludźmi, ja się pytam?

- Wciąż się uczę. Prozę pojmę, jak przeczytam.

- Zdrajcy! Warchoły!

- Czy ktoś mówił - woły?

- Do obory!

- Mamy znowu problem spory…

- A tamte już odpływają! Też płynę, krowy stadem być mają!

- Tamte czy tamci?

- Ja ci dam - znaczy dam ci!

- I rozpieprzyła się idealna społeczność.

- Znowu! I znów przez drobną sprzeczność.

- Czy mi się zdaje, czy po raz wtóry słyszałam prozę? - Przepraszam, to ja.

- I kolejnych zwolenników prozy tutaj mamy! Na pal! Na pal nabijamy!

- Czy może zwolenniczki?

- Kolorowi na stryczki!

…

Pod znakiem chaosu podobnego jak powyżej upłynęło jeszcze kilka następnych minut, w którym to czasie grono otaczających bohaterów morskich krów stopniowo się zmniejszało. Ostatecznie została jedna, która, nim także odpłynęła, odezwała się do skonfundowanych bohaterów: - A tak naprawdę to jesteśmy krowy jeziorne. Tylko „morskie” dumniej nam brzmiało. I też lubię prozę, ale wstydziłam się przyznać. Jeszcze chwilę po zniknięciu krów - znaczy się Morskich Krów - bohaterowie stali na tratwie w oniemieniu gapiąc się na pozostałe po wizycie nietypowych gości fale. - Taaak, komilitoni, to było zdecydowanie dziwaczne - rzekł Komendant - Ale niejedno już widzieliśmy i trzeba się przygotować, że jeszcze więcej takich rzeczy zobaczymy przed końcem Misji. - Fo! Niezwykłość-pstrość! - powiedział głośno i zamaszyście Czapa. - Ja się teraz zastanawiam, dlaczego tych krówsków nie wzięliśmy i nie ukatrupiliśmy, żeby potem się nimi posiłować... Znaczy je zjeść. Rodząca się dyskusja wymagała jednak przerwy, ponieważ właśnie wtedy z wody wynurzył się Lis. Przykucnął na krawędzi tratwy, ilustrując widok ściekającej zeń wody odgłosem głośnego sapania. - O, Pies, prawie o tobie zapomniałem - zażartował z typowym dla siebie cynizmem Czapa. - I jak, są jakieś skarby? Piękne ubranka, fatałaszki, biżuteria, ślicznotki, drogocennotki? - ironizował. Głos Lisa wciąż blokowany był przez rytmiczne wciąganie i wypuszczanie powietrza. Przeto w odpowiedzi wyciągnął on dłoń mocno do tej pory zaciśniętą i ukazał leżącą na niej szklaną kulkę. Towarzysze raptownie ucichli, w zachwycie zbliżając twarze do przedmiotu. - Ładności - przyznał Urwis. - Tak, piękne! - jęknął nieomal Czarny. - Jest niezwykłe, wspaniałe! Ale cóż to jest? - Ozdoba. - wyjaśnił Komendant jednocześnie z delikatnością pieszcząc szkliwo zębów za pomocą drobnego listka. - Kobieca? - zapytał Czapa - Może... - mówił Komendant - Ale to bardzo ładna rzecz. Myślę, że się spodoba Gniewnemu Bóstwu. - Widzisz, Czapa! - zwrócił się do przyjaciela Czarny. - A mówiłeś, że we wraku nie znajdą się żadne skarby! - Bo nie znajdą! - bronił się Czapa. - Fo! Mówiąc o skarbach mam na myśli coś do zjedzenia, a tego czegoś się nie zje... Komendant formował właśnie w głowie wypowiedź o właściwościach reprymendy zawstydzającej czy nawet ośmieszającej Czapę, kiedy raptownie, wciąż głośno i bez skrępowania uzupełniając niedostatki tlenu w organizmie, odezwał się Lis: - Czemu się spodoba Gniewnemu Bóstwu? Jak to? Ja myślałem, że taki drobiazg to ja będę mógł sobie zatrzymać. - Lis, tępaku - zaczął ostro Komendant. - Drobiazg czy nie, Bóstwo może od nas wymagać ofiary! Myślisz że zapukamy sobie po prostu do Świątyni, Gniewne Bóstwo zobaczy nas przez wizjer, otworzy, zaprosi do środka...? Tak, tak myślisz? Bo to nie jest takie proste, komilitoni, Gniewne Bóstwo jest... gniewne! Tymczasem Lis zdążył już zaprzestać procederu sapania, jeno opuścił twarz, jej wyraz ubarwiając kaskadą o źródle pomiędzy włosami. Chwilę się w tej ponurej pozycji namyślał, by rzec gwałtownie, lecz z właściwą sobie pokorą, w kierunku Komendanta: - Komendancie, dlaczego nie mogę zatrzymać tej kulki? Sam ją przecież znalazłem i bardzo mi się ona podoba! - Przecież ci tłumaczyłem...! - Ale wcześniej nie było o tym mowy! Mieliśmy zanieść Bezpieczne Słowa do Świątyni, nic nie było o ofierze z mojej kulki. - Bo nie wiadomo, jak na nasze przybycie zareaguje Bóstwo. Może się okazać, że może chcieć ofiary... Na przykład z kulki, którą złowiłeś. - Bo ja wymyśliłem tak - zatrzymałbym sobie tą kulkę i jeśli Bóstwo nie będzie chciało ofiary, to ona dalej będzie moja... Co? Powiedz, że to dobry pomysł... - A jeśli będzie chciało? - To... To nie będzie moja. Ale przecież nie musi wcale chcieć, prawda? Może nie jest takie gniewne, żeby zażądać, może się tak tylko nazywa... - A może się nie nazywa! Eh, Psie, co ja z tobą mam... Niech ci będzie, ale żeby się nie okazało, że Bóstwo żąda, a ty nie dajesz - wtedy dasz bez gadania, zrozumiano? - Zrozumiano, szefuńciu! - ucieszył się Lis Czapa słuchając dyskusji wydał z siebie pełne ignorancji „Pfleee”, po czym posadził się na tratwie i zajął się konsumpcją ryby. Swój głos chciał za to zabrać Czarny. - Z całym szacunkiem, Komendancie – zaczął poważnie i uprzejmie. - Ale moim zdaniem, to Lis nie jest odpowiednio odpowiedzialny, żeby powierzać mu tak ważną funkcję. Myślę skromnie, że to ja powinienem zanieść kulkę Gniewnemu Bóstwu. Zwłaszcza, że Lis jest już powiernikiem Bezpiecznych Słów. Ja z pewnością nie będę miał problemu, żeby kulkę złożyć w ofierze. A przecież zrobienie wrażenia na Gniewnym Bóstwie jest dla nas sprawą kluczową. - Czarny, gdybym chciał, żebyś niósł kulkę, to bym cię poprosił - odparł Komendant. - A nie poprosiłem. To Lis będzie niósł kulkę, postanowione. A „sprawą kluczową” jest w tym momencie, żebyśmy dotarli do brzegu morza. - Ja się nie chcę wtrącać - wtrącił się Urwis, dotychczas biernie się przysłuchując - no, ale jedna z tych krów, ta co ostatnia odpłynęła, to mówiła, że są krowami JEZIORNYMI! Czyli że płyniemy sobie na tratewce na jeziorze. Czyli do brzegu pewnie nie tak daleko! Może nawet blisko! - Że co? Krowy? - zdziwił się Lis, teraz już radosny - No! I to jakie łaciate! - mówił Urwis. - Całkiem śmieszne, całkiem całkiem. Ja ci zaraz dokładnie opowiem...

- Nie i koniec, płyniemy dalej! Albo wy sobie wysiadajcie, a ja płynę sam! O! - irytował się Urwis. - Ej tam, a co nam zagrozi w głupim lesie? - nalegał Czapa. - KLĄTWA! - ryknął Urwis patrząc na Czapę oczyma z trocha jakby nieswoimi. - Fo! Straszna Kosmobestia, nieprawda? Wiemy te historie, od zawsze mnie nimi męczycie, a ja nigdy nie wierzę! Mieliśmy popłynąć do brzegu i wysiadać w drogę. Na brzegu stoi las, ale to nie wpływa na przeciw naszym planom! Nie powinno! - Czapa, ty wtedy zostałeś na łące... - mówił Lis - Mamy przecież taką zasadę, od zawsze ją mamy, że do lasu się nie wchodzi. Kiedy raz weszliśmy... - tutaj Lis się zająknął, z zakłopotaniem zerknął na Urwisa. - To już nie chcieliśmy potem wchodzić! - Dobra dobra, wszyscy wiemy, co się stało. - mówił Czapa - Ale to jest wybieg okoliczności, nikt nie każe się temu stawać jeszcze raz znowu. - Zgadzam się z Czapą - włączył się do rozmowy Czarny. - Nie musimy przecież wchodzić w głąb lasu, bo tak naprawdę wszyscy boimy się Kosmobestii. Myślę jednak, że na jego skraju żadne potwory nam nie grożą. Możemy przejść spokojnie, przy brzegu morza czy też jeziora i zapuścić się dalej dopiero, gdy las nie będzie już na naszej drodze. Sprawą kluczową jest, byśmy mogli w końcu stanąć na suchym lądzie - płyniemy od wczorajszego wieczoru i wszyscy jesteśmy zmęczeni. - Haha! - śmiał się Urwis nieszczerze. – No ja nie jestem! Ja sobie mogę pływać! A do żadnego lasu nie wchodzę! Po jego skraju też nie zamierzam łazić! - Ja też myślę, że możemy popłynąć jeszcze kawałek przy brzegu i wyjść na ląd, jak już nie będzie lasu - powiedział Lis. Dopiero teraz głos zabrał milczący do tej pory Komendant: - Pozwólcie, komilitoni, że opowiem wam pewną historię - zaczął tajemniczo i okropnie patetycznie. - Dawno temu, gdy ludzi żyło jeszcze bardzo niewielu, w ziemię uderzyła ogromna kometa. Nie była to taka zwyczajna kometa, ale Kosmobestia - potwór, którego jedynym celem było zniszczenie. Uderzenie było takie silne, że bestia znalazła się głęboko pod ziemią. Na szczęście istniały wtedy dobre duchy, które zdawały sobie sprawę z tego, jakie to wielkie zagrożenie i zanim bestia zbudziła się, by wyjść na powierzchnię i rozpocząć straszne dzieło, zasiały na przykrywającej ją glebie wiele różnych drzew, które bardzo szybko stworzyły duży las. Korzenie oplotły potwora, nie pozwalając mu wyjść. Od tego czasu Kosmobestia bezsilnie trwa w swym podziemnym więzieniu – rzekł, jakby powtarzał wielokrotnie słyszane zdanie. - Pożera jednak znajdujące się w lesie ofiary, by kiedyś urosnąć na tyle, że pękną krępujące ją więzy. - Bardzo ładnie, my znamy te bajki. - skomentował Czapa. - No ale na kiego muchomora znowu to opowiadasz? - Bajki, Czapa?! - zdenerwował się Komendant, aż opluwając rozmówcę. - Właśnie dlatego to opowiadam, żebyście to sobie wbili do głów! Do lasu się nie wchodzi! To jest ZASADA i trzeba ją przestrzegać. Nie dlatego, że tak mówi Urwis, ani że tak mówi Lis, tylko dlatego, że na lesie ciąży Klątwa Kosmobestii! Dlatego mamy taką zasadę! Raz jeden z nas ją złamał i dostał nauczkę. To, że nie pochodzisz z Wioski, nie znaczy, że ciebie nie dotyczą nasze zasady! Bo dotyczą nas wszystkich! - Dobra, Komendant, już się tak nie ekscesuj - odburknął Czapa. - I tak będzie tak jak tobie się chce... - Czapa, my po prostu nie mieliśmy racji i Komendant nam to udowodnił - mówił Czarny. - Raczej powinieneś się przyznać do błędu, zamiast się denerwować!

Popołudniowe słońce silnie sączyło się z bezchmurnego błękitu nasycając obraz piaszczystego wydmowiska przesłaniającego horyzont. - Pięknie, znowu pustynia! - rzekł Czapa niezadowolony schodząc z tratwy. - Fo, pustynia jest lepsza od lasu, nieprawda? - dodał cynicznie. Przekonani o swoim zmęczeniu bohaterowie siedli tudzież się położyli na pisaku ledwie chwilę po zejściu z tratwy, by poświęcić choć odrobinę czasu na regenerację sił straconych na rzecz czynności wiosłowania. Nawet Komendant, w takich chwilach zwykle kpiący i warczący, popędzający podpierając się Misją, legł teraz jak długi, zdjąwszy nawet hełm, by oddać się względnej bezczynności (słówko „względnej” pojawia się ze względu na proceder delikatnego skubania ustami gałązki, która wzięła się dużo wcześniej - a wzięła się spomiędzy desek tratwy). W tym momencie należy również nadmienić o przypadkowym, ale faktycznym, odcięciu się Lisa od przyjaciół. Tenże fakt faktyczny wykorzystał Czarny, gdy tylko jasnym stało się, że nie będzie pierwszym, który przerwie ciszę, po tym gdy zrobili to już Czapa i Komendant, rozpoczynając bliżej nieokreślonej treści dialog. - Pies, przyjacielu! - zagadał Czarny z uśmiechem rozsuwającym gęstą brodę - Jak ci się rejs podobał? - No podobał, się podobał - powiedział Lis sympatycznie, przy tym z nutą leniwej obojętności. - Ciężko się wiosłowało, zwłaszcza pod koniec, no i to całe słońce męczy, ale tak w ogóle to było fajnie. - Mnie się również podobało. W pewnym sensie jest to lepsze niż ciągłe maszerowanie. A jak ci się wrak podobał? Czy był ładny? - Był ładny. - Pewnie najładniejsza była kula, którą znalazłeś... Prawda, Psie...? - Tak, ta kula bardzo mi się podoba. No i cieszę się, że szefuńcio pozwolił mi ją zatrzymać! - Komendant, nie szefuńcio, drogi kolego. Bo tak sobie myślę... Oczywiście nie zrozum mnie źle, ale musisz pamiętać, że ten skarb ma być ofiarą dla Gniewnego Bóstwa. - No tak, ale nie wiadomo, czy na pewno będzie trzeba dać ofiarę! - Psie, psie mój kochany! Nie oszukuj się, wszyscy wiemy, że Gniewne Bóstwo jest... gniewne. To, że będzie chciało ofiary jest pewne! Bez ofiary w ogóle nas nie przyjmie. A jak wtedy wypełnimy Misję? - Misja jest najważniejsza... - Tak, właśnie tak, przyjacielu! Więc - nie zrozum mnie źle - myślę, że ktoś bardziej odpowiedzialny niż ty - oczywiście nie zrozum mnie źle! - powinien zaopiekować się tym skarbem. Złożenie go w odpowiedzialnych dłoniach jest kwestią, że tak powiem, kluczową. Nie zrozum mnie źle, ale obawiam się, że możesz ten przedmiot zgubić albo zniszczyć... Wiesz jaki jesteś, przyjacielu... - Komendant mi ufa - odparł Lis zdecydowanie, mniej już sympatycznie i mniej nawet leniwie, zarazem mniej obojętnie. - Ufa, ufa... To nie tak! Komendant chciał być miły, bo widział, jak bardzo podoba ci się owe znalezisko. Wierz mi jednak, kolego kochany, że również Komendant obawia się o losy ofiary dla Gniewnego Bóstwa. Właściwie powiedział mi potem, że wolałby, żebym to ja się zaopiekował kulką, ale że nie chciał cię skrzywdzić... Sam wiesz, jaki on jest...! Sam wiesz, jaki sam jesteś! Lis podniósł się do mniej odpoczywającej pozycji i spojrzał gniewnie na Czarnego zastanawiając się nad odpowiedzią. Tę jednak wstrzymało nadejście Komendanta i Czapy, chcących wciągnąć rozmawiającą dwójkę w dyskusję na temat najbliższego posiłku... Właściwie bezczynny odpoczynek trwał tylko chwilę, gdyż prędko okazało się, że głód ma więcej niż zmęczenie siły - i tą właśnie siłą napędza głodnych. Mimo wcześniejszej gotowości do żywienia się surowymi rybami, bogatsi o szczyptę piaskowego komfortu przyjaciele odkryli w sobie pokłady wybredności, którymi wypełnili pomysł zbudowania paleniska, dzięki któremu zimne zwłoki mogłyby nabrać kształt posiłku. Realizacją tegoż pomysłu miałby się zająć Czapa, w którego przypadku głód nie raz wyprzedzał wrodzone lenistwo. - No, no, talent nam się tu objawia - komentował Komendant koncept komilitona. - Najpierw buduje szałas przeciwdeszczowy i ratuje nas przed umieraniem na gorączki, potem pomaga przy budowie tratwy, a teraz chce nas uraczyć paleniskiem. No, no! - No, no, racja, racja! - odezwał się Urwis w lepszym niż gdy przepływali opodal lasu humorze. - Nie no, jeszcze do niedawna myślałem, że Czapa to w ogóle nie ma żadnych zalet! - Spadaj! - burknął Czapa nieznalazłszy w porę mocniejszego wyrazu dla swej riposty. - Dobra, dobra! - mówił Urwis - Wy tu sobie paleniskujcie, wcinajcie obślizgłe śmierdziele, no a ja se sam znajdę posiłek. I tym razem nic wam nie dam! O! Nie potrzebował wiele czasu do rozpoczęcia realizacji swego planu. Ledwie skończył mówić, już obracał się na pięcie. Ledwie zaś zakończył obracanie - ruszył w stronę wydm. Lis poddał się chwilowej konfuzji - spojrzał to na odchodzącego Urwisa, to na pozostałych przyjaciół. Kilka sekund się zastanowił, po czym rzekł: - Właściwie to ja też nie bardzo lubię ryby. Pójdę z Urwisem, to mu pomogę coś upolować.

Ciepło nie ustawało. Słońce konsekwentnie obdarzało ich uciążliwym żarem. Szli dość szybko, pędzeni apetytem - bardziej jednak niż apetytem, szparkim z natury Urwisem - zmagając się ze stawiającym wyraźny opór piaskiem. Szczególną trudność sprawiały czekające na drodze mniejsze i większe wzgórki, w jakie owe sypkości się z wyraźną lubością układały. Szli zatem w milczeniu, posapując jeno, poddani humorom nieubłaganej gwiazdy tudzież kaprysom nie mniej bezlitosnej fizjologii. Na szczęście pustynia skończyła się chwilę tylko po pokonaniu przez bohaterów kilku większych wydm. Dalej stopniowo wzbogacały ją trawy i krzewy, by po pojawieniu się coraz większej ilości roślin przeszła w coś na kształt oazy. Tutaj, w cieniu wysokich drzew o pniach bladych, prostych, grubszych przy ziemi, a od pewnego momentu cienkich i smukłych, zakończonych skupionymi na czubkach gęstymi koronami, mężczyznom szło się już dużo łatwiej i przyjemniej. Zbliżając się do skraju „oazy” Urwis i Lis spostrzegli, że tutaj korony charakterystycznych drzew nie były już jak bujne. Więcej - niektóre były całkiem pozbawione liści. Mężczyźni wiedzieli co to oznacza. Chwilę marszu później ujrzeli przed sobą rozległą łąkę... Słońce zawisło nisko nad horyzontem, naprzeciw bohaterów, jakby miało się niedługo schować gdzieś wśród wysokiej trawy. Nienapotykając przed sobą wyraźnie zaznaczonych przeszkód, obdarzało świat złotem, które pełzło nisko przy ziemi, wiło się i sunęło, wydłużając cienie i lśniąco naznaczając wszystko, czego dotknęło. Mężczyźni stali patrząc przed siebie. Widzieli znów owe drzewa z jasną korą, które tutaj rosły znacznie już mniej gęsto, lecz również z tych wiele miało całkiem bezlistne korony. Prędko dostrzegli przy jednym z nich sprawcę takiego stanu rzeczy: - Ej, zobacz, szyjacz! - powiedział Urwis wskazując na istotę stojącą pod jednym z drzew w oddali. - Szyjacz, faktycznie! - potwierdził Lis. - Dawno takich nie widzieliśmy. Zwierzę składało się z dwóch stosunkowo krótkich, ale masywnych przy tym nóg, które ledwie się połączyły, dawały początek szyi - długiej, chudej, umiejscawiającej niewielką okrągłą głowę z dużymi oczami i szeroką paszczą wysoko nad ziemią - na poziomie koron powszechnych lokalnie drzew. Do drzewa z tego rodzaju szyjacza upodabniał także kolor jego jasnobrązowego futra. Lis przyglądał się swemu kompanowi ostrzącemu zębami trzymany między nogami kij. Gdzieś wewnątrz czaszki, od jednego jej krańca do drugiego, kołatała mu się rozmowa – znów dialog, jak na tratwie, szczery, wytarty ze zgrywy i pozy, znów stawiający ich w rolach ludzi, którymi dotąd nie bywali. Gdzieś mu się ten dialog kołatał, sam nie wiedział dlaczego, miał go zacząć wcześniej już, ale odłożyło go onieśmielenie, które jednak przed samym sobą zastępował utrudniającym ewentualną wymianę myśli tempem przeprawy przez piaski pustynne. Jakoś ta tratwa popchnęła go by rozmawiać jak dotąd nie rozmawiał, by zadawać pytania, których by wcześniej nie zadawał. Nie wiedział przy tym, że towarzysz jego - mniej wprawdzie świadomie, a bardziej podświadomie, ale również czuł potrzebę nawiązania konwersacji. Zaczął przeto Lis dosyć niezgrabnie, wyraźnie wypowiedź naznaczywszy brakiem jakiegokolwiek talentu do składania myśli w zdania: - A te ręce to ci nie przeszkadzają, Urwis? Znaczy... Znaczy, że... Że ich nie masz? Nie przeszkadza ci to? Urwis przerwał więc proces wyrobu śmiercionośnej broni. Zawahał się chwilę, by nagle dokonać kilku następujących po sobie szybkich susów, które w ułamku sekundy posadziły go na gałęzi rosnącego w pobliżu drzewa (innego od tych, które okradał z liści szyjacz). Lis zrozumiał odpowiedź. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak on musiałby się napocić, by znaleźć się na tej samej gałęzi. Na tej samej, z którego patrzył na niego uśmiechający się łobuzersko, podgryzający kij półdziki człowiek. Właśnie ta twarz, wraz z poruszonym właśnie, a tak rzadko poruszanym tematem, pozwoliła Lisowi wyklarować myśl, której po części szukał, a po części ją odpędzał. Zobaczył twarz tą samą, ale mniej dziką, a bardziej dziecinną, zobaczył różowe policzki i jasne włoski. Zobaczył tą dziecięcą buźkę nie jak zwykle się uśmiechającą, ale wykrzywioną grymasem, który na stałe wypalił się w najbardziej znienawidzonych obszarach pamięci Lisa. Zobaczył ją zakrwawioną, rozdartą bólem i krzykiem, który przez kilka następnych dni słyszeli tak często, iż się Lisowi zapamiętało, że wszystkie te dni słyszał go bez przerwy. Usłyszał go teraz po raz kolejny - tym razem w wyobraźni, ale tak realny, że zgniatającego serce jak dla wyciśnięcia soku. Usłyszał ten nieludzki krzyk i zobaczył dziecko z wyrwanymi rękoma, wierzgające w kałuży krwi, bólem zmienione w odczłowieczone coś, co tylko cudem po wielu dniach znów przybrało ludzką postać. - Wiesz... Wtedy myślałem, że umrzesz. Że nie dasz rady. Znaczy wtedy w lesie. - odezwał się znowu Lis. - Nie umarłem - Odparł Urwis lakonicznie wprawdzie, ale wciąż z zadziornym tym uśmiechem, którego mknące bezdrożami jego świadomości wspomnienia nie zdołały zmącić w sposób zauważalny. - Urwis... - powiedział cicho, prawie do siebie Lis, zatrzymując mającą nastąpić po przywołaniu imienia przyjaciela wypowiedź, którą wyparło w tym momencie wspomnienie właśnie z imieniem związane. Lis przypomniał sobie, jak po tamtym wypadku usilnie szukali dla kolegi nowego pseudonimu. Urwis był urwisem, cały przemawiał tą urwisowością i aż do tamtej chwili nawet najskromniej nie mogliby pomyśleć, że Urwis mógłby być kimś innym niż Urwisem. A jednak…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Nasz Tajny Klub — czytnik · opowiadania